kinga3
01.03.05, 22:51
Rodziłam na Polnej, w Poznaniu.
Nikomu nie płaciłam, większość personelu była bardzo miła i troskliwa
(właściwie porodówka cała, zastrzeżenia miałam tylko do niektórych person z
o/położniczego, a zwłaszcza do "specjalistek" od laktacji).
Było tak:
Ostatnia wizyta u ginekologa, w Walentynki, skończyła się skierowaniem do
szpitala na 21.02 w celu wywołania porodu. Lekarz zalecił przy tym, że jakby
co, to od razu mam pędzić do szpitala i nie dać się przegonić, a już na pewno
powinnam zrobić sobie jeszcze jedno KTG przed tym poniedziałkiem.
Tymczasem wsłuchiwałam się w każdy szmer w moim ciele, nic nie zwiastowało
porodu, wyobraźnia pracowała, i z każdym dniem denerwowałam się coraz
bardziej.
W czwartek skoczyło mi ciśnienie, co nie byłoby dziwne, gdybym miewała takie
skoki wcześniej, ale z natury ciśnienie mam bardzo niskie, a tu nagle 141/90,
138/91, 140/88. I tak cały wieczór i w piątek rano też.
Nie namyślałam się długo. Torby nie brałam, bo coś mi mówiło, że pewnie i tak
mnie przegonią. Pojechałam po 12.00. Poprosiłam o KTG. Podłączyli mnie na
prawie godzinę, a tu niespodzianka- Pani ma już duże skurcze! Czy Pani coś
czuje? Ja mówię, że tak, ciągle mi się brzuch napina, i to dość mocno, ale
nic mnie nie boli. Zrobili mi badanie i dalej na górę- lepiej już niech Pani
u nas zostanie, to może być w ten weekend, co Pani będzie jeździć...
Na wspólnej sali "oczekiwań" znów KTG, ale już po 40 minutach przylecieli do
mnie: jedziemy na salę porodową, bo dziecko wymaga bardzo dokładnego
monitorowania, a tam wszystkie urządzenia są pod czujnym okiem komputera.
Ok. 17.00 położyli mnie na łóżku porodowym. Leżałam tak kilka godzin, skurcze
dochodziły do 80%, ale bólu nie było. Tętno Antosia rzeczywiście spadało do
112, 100, 98, po czym rosło na trochę. Kazali mi się nie martwić, bo to w
normie. W pewnym momencie jednak jego tętno spadło do 60, zaraz zleciało się
kilku lekarzy, przywlekli USG i sprawdzili stan Antosia. Okazało się, że
obrócił się z położenia główkowego do miednicowego, taki wysiłek zakłócił
pracę jego serca. Wszystko to zaczęło wyglądać nieciekawie.Była 23.00.
Łożysko ocenili na bardzo niewydolne, za mało było płynu owodniowego, duże
dziecko- pomiędzy 4100 a 4600g, jak na mnie, za duże.
Zaczął się ból. Rósł i rósł, aż stał się nieznośny. Około 1.00 położyłam się
na boku, by ulżyć sobie nieco, i po kilku minutach pękł mi pęcherz. ody
płodowe chlusnęły ciepłą falą, i mimo że zorientowałam się, co to, byłam
przerażona i zawsztydzona. Potem wylewały się jeszcze z różnym natężeniem
przy niektórych ruchach. Skurcze 100, 106%, a rozwarcie tylko na 1,5cm.
Początkowo skurcze były co 5 minut, potem już co 2,5 minuty, na 40-50 sekund.
Po drodze kilka bardzo nieprzyjemnych, bolesnych badań stanu mojej szyjki. Od
3.00 w nocy był już ze mną mój mąż, wymęczony i zmartwiony, napatrzył się jak
cierpię tej nocy, co chwilę podawał mi wodę, bo od środków przeciwbólowych
strasznie zasychało mi w gardle.
Aż mi się nie chce wierzyć, ale wszystko to trwało prawie 15 godzin. Ostatnie
osiem minęło nie wiem jak, trochę przysypiałam, choć leki nie działały, a
raczej działały ok.10 minut. Ból wtedy nie lżał, ale moja reakcja na niego
słabła, plątał mi się język i było trochę niedobrze.
W końcu przyszedł jakiś ważny siwy Pan, pewnie profesor, i spokojnie mi
wyjaśnił, jak będzie wyglądać nacięcie na moim brzuchu. Dali mi się
wysiusiać, przewieźli na salę operacyjną (brr, jak tam zimno!)
Stół operacyjny był taki maleńki! Anestezjolog był cudowny, wkłuł się tak,
jak się krew pobiera- delikatne ukłucie i po wszystkim. Odrętwienie przyszło
natychmiastowo. Nie chciałam myśleć, co się dzieje za zielonym parawanikiem,
ale czułam wszystko, niestety. Byłam jak worek ziemniaków, w którym gmerają
niecierpliwe ręce. Fuj! W 4 minuty wyciągnęli Antosia, widziałam go z boku,
zawrzeszczał głośno. Była to szalenie wzruszająca chwila. Druga taka
nastąpiła, gdy mi go przystawili do twarzy, bym go mogła ucałować. Był
ciepły, pachniał dzieckiem i tak cudownie, cichutko oddychał. Nigdy tego nie
zapomnę.
ANTOŚ URODZIŁ SIĘ 19 LUTEGO O 13.34, MIAŁ 53CM I WAŻYŁ 3950G.
Lekarze śmiali się, że pobili chyba rekord, i teraz mają 20 minut na szycie-
pewnie będą haftować! Dziś przyznaję, że szew im się udał, jest równy i
ładnie się zrasta.
Na sali pooperacyjnej przeleżałam 8 godzin, Antoś już po niecałej godzinie
był z nami. Mąż był strasznie wzruszony i nie mógł oderwać od niego oczu
(zostało mu to do dziś).
Reszta historii miała miejsce na o/położniczym i była średnio wesoła. Bolało
strasznie 3 pełne dni, przy każdym ruchu, podnoszeniu nogi (szpitalne łóżka
są takie wysokie) wciąż mi było niedobrze (poruszyli przecież wszystkie
flaczki), do tego narastało przerażenie nową sytuacją, miałam problemy z
samodzielnym przystawianiem do piersi, 1-dniową depresję. We wtorek
postanowiłam wziąć sie w garść, ból wreszcie nieco zelżał, a samopoczucie
poprawiło się 3x. Wiecie jak się cieszyłam, gdy 4.dnia, w środę o 12.00 mnie
wypisali? Ozdrowiałam w okamgnieniu!
W podsumowaniu- nawet najgorszy ból dało się przeżyć. Nie wiadomo skąd
przychodzi odwaga i wytrwałość. Robi się to, co trzeba, i przestaje myśleć o
sobie. To niesamowite. Pozdrawiam wszystkie oczekujące mamy i życzę jak
najszczęśliwszego rozwiązania! Kinga