Gość: krajan
IP: 212.244.106.*
26.03.02, 19:22
Obserwuję z daleka smutną wojnę Kalisza z Ostrowem (a może odwrotnie). Oba
miasta od dawna dosłownie prześcigają się, kto się głupiej zachowa. Wydaje się,
że dla wygranej w tym wyścigu gotowe są poświęcić swoje najżywotniejsze
interesy.
Najgorszym skutkiem wojny jest nie wykorzystanie niemałych jeszcze możliwości
zespołu Kalisz-Ostrów, jego 200 tys. mieszkańców, niezłego jak na Polskę
potencjału gospodarczego i położenia w naprawdę strategicznym miejscu - w
środku trójkąta, w którego wierzchołkach, stosunkowo blisko, leżą wielkie
aglomeracje: Łódź, Poznań i Wrocław. Aż się prosi o lokowanie w takim miejscu
oddziałów firm, które na tych rynkach mogą operować.
Ciekawe, że nawet w gminie, która najbardziej mogłaby skorzystać na współpracy,
a zwłaszcza na wspólnej promocji Kalisza i Ostrowa, tj. w Skalmierzycach, nikt
nie próbuje poprawić tych chorobliwych stosunków. Na ich internetowych stronach
opiewa się Nowe Skalmierzyce jako maleńkie miasteczko, stolicę sielskiej,
rolniczej gminy w ogóle nie zauważając tego, co przybyszowi z zewnątrz od razu
rzuca się w oczy: oprócz Nowych Skalmierzyc zurbanizowały się też przyległe do
nich dawne wioski, a obecne osiedla miasta faktycznie dwa razy większego od
Nowych Skalmierzyc. Ale tablice wyznaczające dawne granice pomiędzy
miejscowościami stoją bez sensu na ulicach i nikt tego nie próbuje zmienić. A
przecież to nie takie już małe (faktycznie 10 tys., a nie 5 tys. za jakie się
uważa!) miasto najwięcej może wygrać na własnej konsolidacji i zurbanizowaniu
przestrzeni pomiędzy Kaliszem i Ostrowem.
Kiedyś Kalisz aspirował do tego, żeby być drugim centrum Wielkopolski, a Ostrów
starał się go w tej roli prześcignąć. To było przynajmniej ambitne. Dzisiaj
jest jeszcze możliwe, ale już tylko wspólnie. Wojna to degradacja, zepchnięcie
obu miast do roli podrzędnych małych miast. Czy moi krajanie całkiem już
zbzikowali i nadal przeciw własnym interesom będą prowadzić zawstydzającą wojnę
domową?