Siemiatycze - Bruksela

23.01.04, 13:31
Gdy nastają wakacje, nauczycielka informatyki Edyta Brzozowska wsiada do
autokaru relacji Siemiatycze - Bruksela. Odwiedza matkę, która od trzynastu
lat sprząta domy zamożnym Walonom. Pracuje na czarno, podobnie jak kilka
tysięcy mieszkańców Siemiatycz.

W szarym betonowym bloku na siemiatyckim osiedlu, w którym z mężem i czwórką
dzieci mieszka Edyta Brzozowska, są dwadzieścia cztery mieszkania. Brzozowska
liczy głośno, gdzie pracują jej sąsiedzi: Bruksela, Bruksela, Włochy,
Bruksela, Australia, Bruksela... Wypada, że w trzynastu rodzinach choć jedna
osoba dorabia w Brukseli, w dwóch - we Włoszech, w jednej na antypodach. Z
pracy w Siemiatyczach utrzymuje się jedna trzecia mieszkańców bloku.
Proporcje te można przenieść na całe miasto i wiele okolicznych wsi.

- W Bruskseli Polka sprząta mieszkania i biura, opiekuje się dziećmi, gotuje.
Polak robi remonty, buduje, zajmuje się ogrodem. A że połowa tych wszystkich
Polaków jest z Siemiatycz i okolic, więc Belgom się wydaje, że to musi być
duże miasto. Pewna Belgijka pytała mnie, ile w Siemiatyczach mamy teatrów,
ile kin, hoteli, muzeów i galerii sztuki - śmieje się Brzozowska.

W osiemnastotysięcznych Siemiatyczach nie ma ani teatrów, ani hoteli, ani
galerii sztuki, kin i muzeów z prawdziwego zdarzenia. Są okazałe kościoły i
cerkwie, odnowiona żydowska synagoga, dwie wypożyczalnie kaset wideo, dwie
lokalne gazety, jeden pensjonat, dwie restauracje, ładny park pośrodku rynku
i zalew rekreacyjny na obrzeżach. Zakłady Hortex kupił Holender, w mleczarni
Francuzi produkują sery. Według oficjalnych statystyk bez pracy pozostaje
dziewięć procent dorosłych siemiatyczan. To niedużo jak na średnią krajową
(17,6 procent).

We wszystkich szkołach dzieci uczą się francuskiego, język ten zna wielu
dorosłych mieszkańców. Firmy budowlane i remontowe oferują najnowsze
technologie i poziom usług prosto ze stolicy Belgii.

Trzynaście lat temu miejscowa PKS połączyła Siemiatycze stałą linią
autobusową ze stolicą Unii Europejskiej. Dzisiaj w rozkładzie jazdy PKS ma
dwie linie międzynarodowe relacji Siemiatycze - Bruksela i Siemiatycze -
Londyn. Wyjazd w piątek i sobotę. W pozostałe dni tygodnia do stolicy Belgii
kursują prywatne busy i linia z Białej Podlaskiej. Z Siemiatycz do Brukseli
ludzie jeżdżą częściej niż do Warszawy czy Białegostoku.

- Przed Bożym Narodzeniem PKS wysyła do Brukseli wszystkie autokary -
dwanaście - i jeszcze wypożycza od innych firm, bo do przywiezienia jest
ponad półtora tysiąca ludzi. Wielu wraca także swoimi autami i korzysta z
usług prywatnych przewoźników - opwiada burmistrz Zbigniew Radomski,
wcześniej dyrektor PKS.

(Rzeczpospolita, Przez tę babę z Perlejewa, 23 stycznia 2004 r.)

www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040123/publicystyka/publicystyka_a_1.html

    • h.olender część 2 - Ładniejszy krajobraz 03.02.04, 08:44
      Wszystko zaczęło się ćwierć wieku temu. Górale i Kurpie wyjeżdżali na saksy do
      Stanów, Mazurzy i Ślązacy do Niemiec, a mieszkańcy Siemiatycz do stolicy Belgii.

      - Wszystko przez tę babę z Perlejewa - śmieje się burmistrz, powtarzając
      obiegową odpowiedź na pytanie, od kogo ta wędrówka ludu się zaczęła.

      Wyjazdy do Brukseli tworzą łańcuch, w którym na początku jest owa "baba", potem
      jej rodzina, dalsi krewni, sąsiedzi, znajomi sąsiadów... z tej samej wsi, potem
      z sąsiedniej i kolejnej. Perlejewo to wieś malowniczo położona w dolinie rzeki
      Pełchówka, ponad dwadzieścia kilometrów od Siemiatycz. Wygląda dziwnie. Przy
      głównej ulicy stoją ciągiem stare drewniane chałupy, a za nimi rozsiadły się
      okazałe betonowe wille.

      - Nasi mieszkańcy są pracowici i oszczędni. Co zarobią w Belgii, to zainwestują
      w Polsce - mówi o widocznej zasobności gminy wójt Krzysztof Radziszewski,
      jedyny chyba obywatel Perlejewa, który w Brukseli nie był. - Dzięki temu
      ładniejszy u nas krajobraz. Ludzie kupują dobry sprzęt, stawiają porządne
      obejścia, posyłają dzieci do dobrych szkół. A i gmina z tej prosperity
      korzysta, rozwija się - argumentuje wójt i odsyła do rodziny Jankiewskich z
      Twarogów Lackich, bo to "chyba oni pierwsi pojechali".
    • h.olender część 3 - Na czarno u Jego Ekscelencji 10.02.04, 09:09
      Joanna Jankiewska potwierdza, że jej szwagier pojechał do Brukseli na początku
      lat osiemdziesiątych, ale nie był pierwszy. - Wcześniej znalazł się tam nasz
      sąsiad Tadeusz Usiński. To on załatwił zaproszenie dla szwagra. Potem żeśmy po
      wizę do Warszawy pojechali. A do Brukseli samolotem trzeba było lecieć, bo nikt
      nie słyszał, by z Polski pekaes do Brukseli jeździł - opowiada.

      Za bratem do Brukseli trafił mąż Jankiewskiej, a w 1988 roku pojechała ona. Mąż
      pracował na budowie, ona sprzątała domy. Były to dobre czasy dla polskich
      gastarbeiterów. Przez belgijskich gospodarzy byli cenieni, konkurencji dużej
      nie mieli. A przede wszystkim obca waluta miała w kraju dużo wyższą niż dziś
      wartość.

      - Belgowie to ludzie, którzy cenią sobie czas wolny. Dlatego biorą Polaków,
      byśmy za nich sprzątali, zajmowali się dziećmi, ogrodem. A oni wypoczywają, tak
      jak lubią. Sprzątałam u pani, której hobby było szycie zasłon. Całymi dniami
      siedziała w pracowni, projektowała i szyła zasłony - opowiada Jankiewska.

      Najgorzej wspomina pracę u ambasadora Austrii. - W domu obowiązywała etykieta.
      To był horror. Witając się rano, nie mogłam powiedzieć po prostu "dzień dobry".
      Musiałam mówić "dzień dobry, panie ambasadorze", "jak się pani miewa, pani
      ambasadorowo". Na każdym kroku byłam strofowana, pouczana. Nawet łóżka nie
      mogłam pościelić, bo to już robiła wykwalifikowana pokojówka. Czułam się tam
      źle, sama odeszłam - opowiada.

      W 1993 roku wróciła do Polski. Czasy się zmieniły, frank stracił na wartości.
      Urodziła trójkę dzieci, dopilnowała budowy nowego domu, zajęła się
      gospodarstwem. O Belgach ma dobre zdanie: - Nie zadają pytań, nie spisują
      danych z paszportów. Cenią nas, bo w przeciwieństwie do Portugalczyków czy
      Marokanów Polak to dobry pracownik.

      Jej mąż wciąż jeździ do Brukseli na zarobek. Niedawno zadzwonił z drogi. - Mówi
      mi: Aśka, co się dzieje? Na autostradzie sami Polacy.
    • h.olender część 4 - To dla mnie pestka, "ma cherie" 12.02.04, 16:45
      Szukam dalej. Joanna Jankiewska podpowiada, że w Moczydłach-Pszczółkach mieszka
      Janina Smolikowska, która do Brukseli wyjechała jeszcze przed T. Usińskim.

      Dzisiaj 77-letnia staruszka mieszka w domu przy przystanku autobusowym. Pod
      koniec 1979 roku jako 52-letnia kobieta opuszczała drewnianą, biedną wieś z
      jedną walizką. - Początkowo było ciężko. Nie znałam języka, ale miałam dobrą
      pamięć, więc szybko się uczyłam. Sprzątałam, prasowałam i gotowałam u jednych
      profesorów i patronka sama zaoferowała się z pomocą przy nauce francuskiego.
      Potem zaczął się u nas stan wojenny i przez pięć lat nie byłam w Polsce, bo się
      obawiałam, że mnie już nie wypuszczą. Pomagałam rodzinie. Słałam pieniądze,
      paczki, załatwiałam zaproszenia - opowiada.

      - Zajmowałam się domem dyplomaty. Żona dyplomaty była doktorem, bardzo mnie
      lubili. Gotowałam im obiady polskie, piekłam pączki, robiłam pierogi, gołąbki,
      za którymi przepadali. Oni tam jedzą szybko, najczęściej z tych puszków, więc
      mnie cenili. Dyplomata dostał placówkę w Stanach Zjednoczonych. Koniecznie
      chcieli mnie ze sobą zabrać. Tłumaczę mu, że potrzebna wiza, pozwolenie na
      pracę. A on mi na to: "ma cherie, dla mnie to pestka, tylko się zgódź".

      Nie zgodziła się, uznała, że jest za stara na nowe życie za oceanem. W roku
      upadku komunistycznej Polski Janina Smolikowska wróciła do Moczydeł.
      Przepracowała w Brukseli dziesięć lat. W tym czasie w Moczydłach stanął nowy
      dom.

      Kto ją do Brukseli zaprosił? - No, jak to kto? Ta, która pojechała pierwsza -
      Katarzyna Nowecka z Perlejewa.

      Obszerny dom rodziny Noweckich góruje nad drewnianą chatą z międzywojnia. W
      rozległym obejściu stoją murowane obory i stodoła, maszyny, ciągniki. Nowecka
      nie lubi wspominać przeszłości. Do Brukseli pojechała pod koniec 1978 roku.
      Była niecałe dwa lata. Wróciła odchować dzieci. Potem pracowała między innymi
      we Francji. Jej rodzina do dziś jeździ do Brukseli. Katarzyna wspomina czasy
      socjalistycznej reglamentacji, a źle wyraża się o Polsce współczesnej.

      Czy była w Brukseli pierwsza z tych terenów?

      - Z gminy pewnie tak. Zaproszenie przysłała koleżanka z Warszawy - mówi. I tak
      to się zaczęło.
    • h.olender część 5 - Ludzie stali się kulturalni 13.02.04, 13:38
      Edyta Brzozowska kończy lekcję informatyki w Zespole Szkół Rolniczych w
      Ostrożanach i wraca piętnaście kilometrów do Siemiatycz. W tygodniu uczy także
      w ogólniaku w Drohiczynie, pisze artykuły do "Głosu Siemiatycz". O sobie
      mówi "kobieta pracująca". W ciągu 32 lat życia ta szczupła blondynka zdążyła
      nie tylko urodzić czwórkę dzieci, ale też skończyć studia na dwóch uczelniach -
      nauczanie początkowe w Białymstoku i matematykę z informatyką na Uniwersytecie
      Warszawskim. Jest też absolwentką siemiatyckiej szkoły muzycznej, gra na flecie
      i pianinie. Gdyby urodziła się w Brukseli, jej rodzina nie miałaby trosk
      materialnych. - Ale mieszkam w Polsce, od dziesięciu lat w wakacje zastępuję
      więc mamę w pracy w Brukseli, a mama wraca do Siemiatycz odpocząć - opowiada.

      Matka Edyty była w Siemiatyczach sprzedawczynią. Gdy w 1991 roku straciła
      pracę, koleżanka z Perlejewa przysłała jej zaproszenie do ... Holandii. -
      Koleżanka pomogła jej znaleźć sprzątanie na godziny - opowiada Brzozowska.

      Sama pierwszy raz do stolicy Belgii pojechała w 1994 roku busikiem. - Podróż
      trwa ponad 20 godzin, ludzi pili, palili, głośno się zachowywali - wspomina.
      Teraz jeździ tylko klimatyzowanymi autokarami z ubikacją i barkiem.

      Zmieniły się także obyczaje podróżnych. - Ludzie wiele się w Brukseli nauczyli.
      Stali się kulturalniejsi, w podróży nie ma picia ani palenia - opowiada.
      • h.olender część 6 - Belgijski wspolnik 07.04.04, 11:00
        Nie wszyscy pracuja w Brukseli na czarno. Marcin Cichocki jest
        wspolwlascicielem belgijsko-polskiej firmy remontowo-budowlanej. - Mialem w
        Siemiatyczach dzialalnosc gospodarcza, ale zbankrutowalem. Siedzialem na
        kuroniowce, kiedy zadzwonila z Brukseli mama. Przeczytala ogloszenie, ze Belg
        poszukuje Polaka na legalnego wspolnika. Mama wyjechala do Belgii dwanascie lat
        temu, poslubila Belga i duzo o tamtym rynku wie. Poradzila mi sprobowac. I tak
        zostalem mniejszosciowym udzialowcem spolki - opowiada.

        Firma remontowa zatrudnia prawie samych Polakow - dwunastu, siedemnastu
        robotnikow. - Jezeli ktos sie nie sprawdza, pije lub nie zna sie na robocie, to
        robimy zebranie i go usuwamy - tlumaczy Cichocki.

        W Brukseli wynajmuje szescdziesieciometrowe mieszkanie. Czynsz pochlania jedna
        trzecia dochodow. Rodzina przyjezdza na dluzsze pobyty, dzieci ucza sie
        francuskiego, ale swieta zawsze spedzaja w Polsce. - W Brukseli na kazdym kroku
        spotyka sie Polakow. Przykro patrzec, jak mlodzi, wyksztalceni ludzie sprzataja
        mieszkania czy klada kafle. Sam nie lubie tam pracowac, nie odpowiada mi
        tamntejszy styl zycia. Chcialbym zyc i pracowac w Polsce, ale nie mam wyjscia,
        bo w Siemiatyczach pracy nie ma - mowi z gorycza.

        Jest za to, postawione za brukselskie pieniadze, osiedle kilkuset willi zwane
        ironicznie przez miejscowych osiedlem biednych. Siemiatyczanie zainwestowali
        franki i euro w firmy budowlane, sklepy i gastronomie. Ale coraz czesciej wiaza
        przyszlosc z Bruksela, nie z Polska.
      • h.olender część 7 - Kto zostanie w Siemiatyczach 16.04.04, 13:25
        Jan Masiel, ktorego ojciec wciaz mieszka w Siemiatyczach, po skonczeniu
        dziesiec lat temu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego otworzyl w Brukseli
        szkole jezyka francuskiego dla Polakow. Robi tlumaczenia, doradza w zakladaniu
        firm.
        W dzielnicy St. Gilles ("na Sanzulu", jak mowia siemiatyczanie), w ktorej
        mieszka najwiecej polskich pracownikow, dzialaja polskie delikatesy, krawcy,
        zaklady fryzjerskie, kosmetyczne, warsztaty samochodowe, kancelarie prawnicze.
        Wychodzi tez bezplatny polski miesiecznik "Gazetka", w ktorym obok ogloszen,
        reklam polskich sklepow i najrozniejszych uslug (w tym zakladu pogrzebowego z
        Siemiatycz specjalizujacego sie w "miedzynarodowym przewozie zwlok") sa drobne
        ogloszenia.
        Ludzie szukaja pracy stalej, czyli "stalki", sprzedaja polskie mieszkania. -
        Mama nie mysli o powrocie. Czuje sie w Brukseli bezpiecznie, ma dosc pieniedzy
        na zachcianki, odpowiada jej tamtejszy, luzny styl zycia - opowiada Edyta
        Brzozowska.

        W Siemiatyczach przy ulicy Grodzienskiej w malym drewnianym domku Adam
        Boratynski prowadzi wypozyczalnie kaset wideo. Przed czterema laty blizniacza,
        ale wieksza wypozyczalnie filmow polskojezycznych otworzyla w Brukseli jego
        siostra. Wczesniej do stolicy Belgii pojechala matka Adama.
        - Kazdy, kto do Brukseli wyjedzie i dwa, trzy lata popracuje, to juz tu nie
        wroci. Pieniadze tak mu swiat zawiaza, ze ciagle ich bedzie malo - uwaza
        Boratynski.
        Sam woli zyc w Siemiatyczach. - Mniejsze pieniadze, ale zawsze u siebie. A jak
        wszyscy do tej Brukseli wyjada, to kto tutaj zostanie?

        (i to juz koniec reportazu Iwony Trusewicz "Przez te babe z Pelejewa",
        Rzeczpospolita, 23 stycznia 2004 r.)

        PS. Tak a propos, Janek Masiel to moj kolega z rownoleglej klasy w liceum.
      • h.olender P.S. 20.04.04, 12:13
        Artykul ten wywolal skromna dyskusje na forum Belgia - Polska:

        forum.gazeta.pl/forum/72.2.html?f=10432&w=10332372
        • h.olender Re: P.S. 20.04.04, 17:08
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10432&w=10332372&a=10399580
    • h.olender ambasador Belgii w Siemiatyczach 01.04.04, 14:29
      W ubieglym tygodniu w Siemiatyczach goscil Bruno Nove de Mevergnies, ambasador
      Krolestwa Belgii w Polsce. Wizyta trwala zaledwie kilka godzin, ale gosc
      zapowiedzial, ze w tym roku przynajmniej jeszcze raz odwiedzi nasze miasto.

      - Pan ambasador przyjechal wraz z ekipa belgijskiej telewizji publicznej -
      powiedzial Zbigniew Radomski, burmistrz Siemiatycz. - Zwiedzil czesc naszego
      miasta. Byl tez w restauracji "Cezar". Zostal przez nas przywitany na granicy
      miasta chlebem, ktory upiekla specjalnie na te okazje piekarnia PSS "Spolem".
      Rozmawialismy o mozliwosci wspolpracy i nawiazania partnerskiego kontaktu z
      jednym z miast w Belgii. Chcielibysmy nawiazac taka wspolprace, by ozywily sie
      jeszcze bardziej nasze kontakty z Belgia. Jest duza szansa na to, ze w
      niedlugim czasie z jednym z miast taka umowa zostanie podpisana. Widze potrzebe
      nawiazania takiej wspolpracy. Najwiecej moglaby skorzystac na tym mlodziez i
      dzieci. Nasze miasto tez dzieki temu mogloby ozywic sie kulturalnie i
      ekonomicznie. Pan ambasador wiosna ma przyjechac powtornie do Siemiatycz, byc
      moze na dzien lub dwa. Chcialby tez odwiedzic skansen w Ciechanowcu.

      - Spotkanie bylo bardzo sympatyczne. Ambasador byl bardzo zaskoczony tak
      cieplym przywitaniem - powiedzial Zdzislaw Warpechowski, przewodniczacy Rady
      Miasta. - Podczas rozmow bardzo interesowal sie, dlaczego tak wielu mieszkancow
      Siemiatycz wyjezdza do pracy w Brukseli. Ambasada nie ma zadnych problemow z
      naszymi mieszkancami przebywajacymi w Brukseli. Jedynie zwiazki zawodowe w
      Belgii protestuja przeciwko przyzwoleniu na nielegalna prace, ktora wykonuja
      tez nasi mieszkancy, bo rowniez w Belgii rzad ma coraz wieksze problemy z
      bezrobociem. Z zapowiedzi ambasadora wynika, ze w tym roku przyjedzie do nas
      jeszcze raz. Mysle, ze nawiazanie blizszych kontaktow z ambasada jest dla nas
      potrzebne i w przyszlosci moze przyniesc wymierne korzysci dla obu stron.

      (Glos Siemiatycz, wydanie internetowe z 24 marca 2004 r.)

      Znowu pokaza w belgijskiej TV siemiatyckie kurniki?
    • h.olender artykul "Superexpressu" 29.04.04, 14:18
      Z cyklu "chlopcy z mojego podworka" prezentuje artykul kolegi z klasy licealnej
      Jerzego Danilewicza, dziennikarza "Superexpressu", wczesniej "Kuriera
      Podlaskiego". Artykul "A bo my to jacy tacy" opublikowano 9 stycznia 2004 r.
      Podtytul: Polskie sklepy, piekarnie, firmy budowlane. Polscy tlumacze i
      fryzjerki na telefon. A nawet klub anonimowych alkoholikow. To Warszawa? Nie,
      Bruksela!

      Nasi w Belgii nie czekaja, az Polska wstapi do Unii Europejskiej - sami
      organizuja sobie legalna prace. Zakladaja firmy i placa podatki. Jest ich juz
      okolo tysiaca. Po Nowym Roku ma powstac Stowarzyszenie Przedsiebiorcow Polskich
      w Brukseli.

      - Przestalem zyc w stresie, ze zlapie mnie policja - mowi Bernard Backiel (35
      lat), ktory po 8 latach "turystycznego" pobytu zalozyl z kolegami spolke.
      Backiel, rodem spod Bialegostoku, i jego czterech wspolnikow remontuja w
      Brukseli kamienice. Jej wlascicielka - Francuzka pracuje w przedstawicielstwie
      swojego kraju przy Unii Europejskiej. Budowlancy paraduja po ulicy w roboczych
      ubraniach, nie boja sie glosno rozmawiac po polsku. Jeszcze niedawno byloby to
      nie do pomyslenia. Musieli kryc sie przed inspekcja pracy.
      Ciag dalszy nastapi...
      • h.olender odc. 2 - trojkat brukselski 06.05.04, 08:38
        Do Belgii pierwszy raz przyjechal w 1992 r. Bez znajomosci, calkiem w ciemno, w
        dodatku zeby pracowac na czarno. W Polsce byl dobrym fachowcem, po budowlance.
        W Brukseli nie mial problemu z zatrudnieniem. Tu przy kazdej ulicy jest dom,
        ktory remontowali Polacy. Backiel zaczal sie dorabiac, az go zlapali i
        deportowali. Dzis dziala legalnie. Jak to mozliwe?
        - Od konca lat 90. Polacy mogli prowadzic w Belgii dzialalnosc gospodarcza na
        wlasny rachunek - mowi Backiel. - Tylko niewielu o tym wiedzialo, a poza tym
        wiaza sie z tym koszty. Trzeba zaplacic 600 euro polskiemu posrednikowi, ktory
        zalatwil wszelkie procedury, kolejne 200 idzie na tlumaczenia dokumentow, po
        200 na oplaty administracyjne i znaczki skarbowe w Polsce. W sumie okolo 1200
        euro. Ale teraz zona Backiela i dwoje dzieci legalnie zyja w Belgii, maja
        ubezpieczenie.
        - 13-letnia corka chodzi do belgijskiej szkoly i jest w czolowce klasy -
        podkresla z duma budowlaniec.
        - Ale sa tez minusy - wtraca Radoslaw Tyminski (37 lat), jeden ze wspolnikow.
        - Zarabiamy mniej niz na czarno, bo musimy odprowadzac VAT i placic
        ubezpieczenie. To okolo 30 procent dochodu. Ale i tak stac nas na wygodne
        zycie - dodaje.
        Marek Kutylowski (43 lat) nie ma czasu, zeby dobrze pozyc, chociaz juz moglby.
        Od kilku miesiecy piecze w Brukseli polski chleb. Tylko w weekend sprzedaje
        ponad tysiac bochenkow. Chleb jest na zakwasie, z dobrej zytniej maki. W soboty
        i niedziele pod sklepem Kutylowskiego zakreca sie kolejka. Otworzyl tez drugi
        sklep przy piekarni. Ma ambicje, zeby byl "narodowy" - sprzedaje tylko polskie
        produkty: pieczywo, wedliny, kiszone ogorki i kapuste, slodycze. Jak nie moze
        sprowadzic z kraju np. mleka - nie sprzedaje zadnego.
        Zaczynal jak wszyscy - na czarno. Przyjechal w 1989 r. z Ciechanowca.
        - To byl taki trojkat brukselski: Siemiatycze, Ciechanowiec i Perlejewo -
        wspomina. Chcial w Belgii zarobic i przy okazji wyprostowac sobie zycie. Polski
        zyciorys, jakich w Belgii wiele.
        - Juz w Polsce lubilem wypic, ale myslalem, ze jak bede zasuwac, zabraknie
        czasu na picie. Nic z tego. Wiedzialem, ze po trzech latach takiego zycia nie
        ma z czym wrocic do Polski, a po pieciu nie ma juz do kogo.
        Otrzasnal sie przed 5 laty. W Belgii poznal Beate. Pracowala w brukselskiej
        restauracji, gdzie ja przylapano na czarnej robocie i deportowano do kraju.
        Wrocila. Dzis zajmuje sie sklepem, a Marek - piekarnia.
        - Najlepiej idzie polski chleb pszenno-zytni. No i drozdzowki - mowi
        Kutylowski. - Tylko z paczkami gorzej - martwi sie, bo u niego sukces musi
        paczkowac.
      • h.olender odc. 3 - macha scierka legalnie 12.05.04, 09:11
        Aneta Czadek (28 l.) mieszka w dzielnicy Schaerbeek, na drugim koncu miasta.
        Nie ma wiec czasu, zeby wyskoczyc po polskie drozdzowki. Od rana do wieczora
        pracuje, potem odbiera z przedszkola 4-letnia corke. Aneta ma jednooobowa
        firme - zajmuje sie sprzataniem. Robi to, co wiekszosc polskich kobiet, tyle ze
        legalnie. W Brukseli jest od 5 lat. Pochodzi z Olsztynskiego. Przyjechala do
        kolezanki. Znalazla prace, na czarno. Po roku urodzila sie Sara. O ojcu Aneta
        nie mowi, Sare wychowuje sama.

        - Nikt mnie nie kontrolowal, ale i tak czulam sie fatalnie pracujac na czarno.
        Corka rosla, zaczelam sie zastanawiac, jak zalegalizowac pobyt - mowi. Trafila
        do firmy Jana Masiela (40 l.) Ten absolwent psychologii na KUL-u (i
        niedokonczone studia doktoranckie na Uniwersytecie Leuven w Belgii) prowadzi w
        Brukseli szkole jezyka francuskiego, zajmuje sie tlumaczeniami i pomaga Polakom
        w zakladaniu firm (za 600 euro od sprawy). Aneta zgromadzila dokumenty, dostala
        wize na 6 miesiecy (bedzie przedluzona, jesli wykaze, ze nie zalega z
        podatkami). Co trzy miesiace placi 500 euro na ubezpieczenie. Duzo? I tak
        zostaje jej tyle, zeby zyc i jeszcze odlozyc. Wieczorami uczy sie jezyka
        francuskiego. Chce zostac tlumaczka. Nie zamierza cale zycie machac scierka.
        Nawet legalnie.

        Jan Masiel zalozyl juz rodakom co najmniej kilkadziesiat firm. Co roku w swojej
        szkole uczy tez francuskiego ponad 200 naszych emigrantow. Czasem tlumaczy
        spotkania miedzynarodowe, m.in. w siedzibie NATO. Masiel przyjechal do Belgii w
        1989 r. Zapisal sie na Uniwersytet w Leuven i zalapal sie na czarno do pracy w
        restauracji.
        - Opowiadala mi jedna ze sluchaczek na kursie, ze pracowala na czarno jako
        gospodyni w pewnej bogatej belgijskiej rodzinie, ktoregos wieczoru na przyjecie
        przyszedl znany polityk Willy Claes. Przedstawiono ja, uscisneli sobie dlonie.
        Wielu urzednikow zatrudnia nielegalnie polskie sprzataczki (zarabiaja 1200-1500
        euro).
      • h.olender odc. 4 - na własny rachunek 18.05.04, 10:52
        W 2000 r. Belgia postanowiła uporządkować status nielegalnych cudzoziemców.
        Żeby starać się o zgodę na pobyt stały, trzeba było udowodnić, że jest się tu
        od 6 lat. Wtedy zgodę taką dostali m.in. Marek i Beata.
        - Z możliwości zalegalizowania nie skorzystało jednak wielu Polaków. Bali się,
        bo poszła plotka, że rząd chce w ten sposób nas wyłapać i odesłać do Polski -
        śmieje się Marek.
        Jan Masiel pamięta, że do rana tłumaczył urzędową broszurę o zasadach
        legalizacji. Pomógł załatwić wtedy pobyt stały ponad 100 polskim rodzinom.
        - A pierwszy wniosek sam złożyłem - uśmiecha się.

        Ostatnio coraz więcej Polaków zgłasza się do niego, żeby pomógł im założyć
        firmę. Masiel nie ukrywa, że się dorobił. I to zaledwie w trzy lata. Ale ciężko
        pracuje, kończy o północy.
        - Moja specjalność to kupowanie domów - mówi. Kupuje na kredyt, remontuje i
        wynajmuje. Ma trzy kamienice w Brukseli. Nie myśli o pracy w instytucjach UE.
        - Co prawda pracownicy UE dostają w bankach duże kredyty. Ale ja wolę pracować
        na własny rachunek - mówi.

        Marek Kutyłowski liczy, że na Unii zarobi. Już obliczył: docelowo przyjedzie do
        Brukseli trzy tysiące polskich pracowników. Z rodzinami to ok. 7 tys. osób. Już
        przygotowuje dla nich żywnościową ofensywę. Ma też nadzieję, że znikną
        ograniczenia w imporcie z Polski. Chciałby sprzedawać np. pierogi z mięsem, a
        nie może. Kutyłowski wraz z kilkoma innymi polskimi przedsiębiorcami chce
        założyć Stowarzyszenie Przedsiębiorców Polskich w Brukseli. Będą pomagać innym
        Polakom, którzy zechcą prowadzić legalny biznes. Pomysł wspiera polska ambasada.
        - Zainteresowanych jest około 30 polskich przedsiębiorców - mówi Jerzy
        Michałowski, radca handlowy polskiej ambasady w Brukseli. - Oceniam, że w całej
        Belgii polskich firm jest około tysiąca. Ostrożnie szacujemy, że w Belgii
        przebywa, legalnie i nielegalnie, ok. 50 tysięcy Polaków, z czego 30 tysięcy -
        w Brukseli. Myślę, że stowarzyszenie zawiąże się zaraz po Nowym Roku - dodaje.

        Bernard Backiel, Aneta Czadek, Jan Masiel i Kutyłowscy święta spędzili w
        Brukseli. Zresztą - co to za święta? Jeden dzień i do pracy. Marek Kutyłowski
        wykupił miejsce targowe na rynku głównym w Brukseli. Do 4 stycznia będzie
        sprzedawał polskie pieczywo. To czas, kiedy można zarobić.
        W biurze Masiela co chwila dzwoni telefon. Miesięcznie zgłasza się do niego 10-
        15 Polaków, którzy chcą "wyjść z podziemia". Cieszy go, że może w końcu Polacy
        nie będą się kojarzyć z pracą na czarno.
        - Nie pytają, co dobrego da im Unia - tylko myślą, co mogą zrobić sami dla
        siebie - podkreśla.
    • h.olender wpis nr 1200 - z Brukseli do dentysty 29.08.04, 09:31
      Samochody na zachodnich numerach rejestracyjnych, młodzi uśmiechnięci ludzie na
      ulicach miasta oraz spory ruch w prywatnych gabinetach stomatologicznych i
      kosmetycznych - to znak, że do Siemiatycz na letni wypoczynek zjeżdżają się
      mieszkańcy pracujący na stałe w Belgii.
      - Korzystają zazwyczaj z solarium, zabiegów kosmetycznych oraz masaży ciała.
      Tego typu usługi są w Belgii o wiele droższe i to im się na pewno opłaca -
      powiedziała właścicielka jednego z siemiatyckich gabinetów kosmetycznych.
      Maciek Walendziuk pracuje w Belgii od trzech lat. Wyjechał z Siemiatycz,
      ponieważ na miejscu nie mógł znaleźć pracy. Co roku wraca, aby się zobaczyć z
      bliskimi z Polski.
      - Przeciętnie mężczyzna zatrudniony przy pracach wykończeniowych zarabia 7 euro
      za godzinę. Prawie wszyscy siemiatyczanie czekają na moment, kiedy będą mogli
      legalnie pracować. Wówczas będą korzystać z bezpłatnej opieki medycznej i
      ubezpieczenia. Obecnie wszyscy przyjeżdżają do kraju i tutaj korzystają z usług
      lekarzy, stomatologów i kosmetyczek - tłumaczy Walendziuk.
      Według szacunkowych danych firm przewozowych, na terenie Brukseli pracuje
      nielegalnie blisko trzy tysiące mieszkańców powiatu siemiatyckiego. Mężczyźni
      wykonują zazwyczaj prace budowlane, kobiety sprzątają mieszkania i opiekują się
      dziećmi. Zdarza się, że zatrudnieni na czarno wpadają na belgijskie kontrole.
      - Często słyszy się o nalotach inspekcji pracy. Ja w ubiegłym roku zostałem
      zatrzymany i deportowany do Polski. Jednak zaraz po przylocie pojechałem
      ponownie, ponieważ wówczas już w paszportach nikt nie wbijał pieczątek o
      zakazie wjazdu na teren Belgii. Władze przymykają na to oko - mówi Walendziuk.

      (Gazeta Współczesna, 20 lipca 2004 r.)
    • high_level polski sklep w Brukseli 05.04.05, 18:47
      Życie w Belgii nie należy do najłatwiejszych. Wielu Polaków wyjeżdża tam bez
      znajomości języka, kultury, zwyczajów. Po spędzonych tam latach i pracy "na
      czarno", niektórzy decydują się na założenie oficjalnej działalności
      gospodarczej. Jak wygląda więc rzeczywistość, jaki wpływ miała integracja z UE,
      czy nasi rodacy radzą sobie bez problemów?
      Belgia jest krajem atrakcyjnym do założenia w nim własnego przedsiębiorstwa -
      ze względu na przewidywalność sytuacji gospodarczej i stabilność rozwoju.
      Ponadto Polacy cieszą się w Belgii opinią solidnych i tanich wykonawców,
      zwłaszcza w zakresie usług remontowych. - można przeczytać na popularnym
      serwisie internetowym "Pierwsza praca".
      Postanowiłem sprawdzić, czy powszechnie publikowane informacje zachęcające do
      założenia własnej działalności na terenie państw członkowskich, mają pokrycie w
      surowych realiach.

      Ewa Boratyńska pochodzi z Siemiatycz, jej rodzice prowadzą miejscową
      wypożyczalnię video. Podróże w kierunku Belgii zaczęła już 16 lat temu,
      pracując głównie dorywczo jako opiekunka do dzieci.
      Po skończeniu szkoły, w wieku 20 lat wyjechała już na stałe. Wykorzystała
      zdobyty w Polsce zawód i podjęła pracę w domu starców jako pielęgniarka.
      - Zdecydowałam się na wyjazd i dołączyłam do przebywającej tu wówczas matki.
      Przywiodła mnie głównie wizja lepszego życia, zarobków. To były ciężkie lata w
      Polsce - przemiany polityczne i gospodarcze. Tu poznałam męża i wspólnie
      postanowiliśmy otworzyć wypożyczalnię video, do czego namawiała nas również
      moja mama.
      Przez kilka lat rozwijaliśmy działalność, w sierpniu 2004 r. zdecydowaliśmy
      poszerzyć ofertę o polski sklep. Tego tutaj bardzo brakowało. Jak się okazało,
      było to dobre posunięcie.

      Sklep pani Ewy znajduje się w północnej części Brukseli, w dawniej obficie
      zamieszkanej przez Polaków dzielnicy Schaerbeek.

      - Otworzyliśmy w styczniu kolejny sklep w Antwerpii, niebawem powstanie
      następny. Niestety, technologiczny postęp oraz zmiana przyzwyczajeń ludzi,
      wymusiła na nas decyzję o zamknięciu wypożyczalni video. Po tylu latach pracy i
      włożonego w to czasu było mi niezwykle ciężko wywiesić kartkę, iż wypożyczalnia
      została zamknięta - ze smutkiem dodała pani Ewa.

      Sklep na Schaerbeek wygląda jak typowy sklep w Polsce. Na półkach wyłącznie
      polskie produkty, nawet chleb, który dostarczany jest tu z polskiej piekarni na
      terenie Brukseli. Zakupy umila muzyka z polskiego radia, dostępnego przez
      internet.

      W czasie mojej rozmowy z właścicielką do sklepu przychodzi wiele osób, wiele
      twarzy da się rozpoznać, to osoby z naszych stron.

      - Jak ocenia pan pomysł stworzenia takiego sklepu? - pytam jednego z klientów.
      - Jestem bardzo zadowolony, codziennie robię tu zakupy. Przyjechałem tu z żoną
      i dziećmi ponad 9 lat temu i mimo długiego już pobytu odczuwamy niezwykle silny
      sentyment do naszych polskich produktów, które smakują zupełnie inaczej niż te
      lokalne. Do tego rozmawiamy w naszym ojczystym języku..
      Podobne opinie dominują wśród pozostałych klientów.

      Niebawem minie rok od integracji Polski z UE, pani Ewa ocenia ten okres bardzo
      pozytywnie.
      - Uważam, iż decyzja o wejściu do Unii była bardzo dobra. Fakt integracji
      wywołał u nas chęć do otworzenia sklepu. Niestety, w praktyce aż tak dużo się
      nie zmieniło, jak tego wszyscy oczekiwaliśmy. Na granicy polsko-niemieckiej
      nadal są problemy, gdy przywozimy towar z Polski. Dlatego często dokonujemy
      zakupów u pośrednika z Niemiec, omijając w ten sposób często nieprzyjemną
      procedurę.
      Istotną sprawą jest również fakt częstych kontroli, zdarza się, że niemal co
      tydzień przyjeżdża tu kilkunastoosobowa grupa kontrolerów, którzy skrupulatnie
      sprawdzają, czy każdy towar został oclony.

      Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

      Jarosław B. Surmacz, Glos Siemiatycz
    • high_level polska piekarnia w Brukseli 16.04.05, 09:52
      Polska piekarnia w Brukseli
      Radość z owocnej pracy

      Marek Kotłowski pochodzi z Ciechanowca, wyjechał do Belgii 16 lat temu.
      Wygoniła go tu zła sytuacja ekonomiczna w Polsce. Po wielu latach ciężkiej
      pracy "na czarno" postanowił otworzyć w Brukseli polską piekarnię.

      W pogoni za chlebem
      - Nigdy nie chciałem wyjechać na stałe - po kilku latach pracy miałem wrócić do
      kraju. Niestety, realia często przełamują plany i zamierzenia. Największym
      problemem są dzieci, wiele rodzin zostaje tu głównie dla nich. Cały czas myślę
      o powrocie, do Polski jeżdżę niemal co miesiąc. Myślałem kiedyś nad firmą
      budowlaną w Warszawie, jednak i tam dobiegł końca tak dobry okres dla rozwoju
      budowlanego biznesu. Trzeba było twardo postanowić, czym się zająć. Na
      początku, tak jak każdy, pracowałem jako zwykły robotnik na budowie. Dokładnie
      przyglądałem się swoim pracodawcom, analizując, w jaki sposób prowadzą biznes -
      język, środki transportu, narzędzia, układy.
      W krótkim czasie postanowiłem, iż sam stworzę taki interes. Za priorytet
      uznałem solidność i pracowitość. Byłem wymagający wobec siebie i pracowników.
      Dzięki temu zdobywaliśmy wielu klientów, którzy zadowoleni przekazywali
      informacje następnym osobom. Pracowników traktowałem po przyjacielsku, nie
      zdarzyło mi się, aby nie zapłacić komuś za wykonaną robotę, nawet jeśli była
      zła i trzeba było to poprawiać. W ten sposób minęło wiele lat.
      Do 2001 roku przebywałem i pracowałem "na czarno", potem belgijski rząd dał
      szansę legalizacji pobytu i pracy, z której wraz z żoną skorzystaliśmy.
      Dzięki temu otworzyły się zupełnie nowe perspektywy życia i pracy. Nadal
      dominowała we mnie chęć prowadzenia własnego biznesu.
      W styczniu 2002 otworzyliśmy sklep "Polskie Delikatesy" z wyłącznie polskimi
      produktami.

      Niemiecki chleb
      - Miałem wiele pomysłów, bardziej lub mniej realnych. Chciałem zrobić to, czego
      tu brakowało. Przez wiele lat pracy, zaobserwowałem, że pracownicy przynoszą
      kanapki zrobione z niemieckiego chleba i polskiej wędliny. Pomyślałem, że skoro
      powstał już zakład produkujący polskie wędliny, który całkiem nieźle
      prosperuje, można by stworzyć piekarnię i wypiekać chleb na polskich surowcach
      i według oryginalnych receptur.

      Ciężkie początki
      - Było jednak jedno "ale", zupełnie się na tym nie znałem. Uznałem, że trzeba
      nawiązać współpracę z zawodowym piekarzem, najlepiej z Polski. Ważne było, aby
      dobrze znał się na fachu i umiał to wszystko poprowadzić. Odpowiednią osobę
      znalazłem w rodzinnym Ciechanowcu. Kupiliśmy starą, mocno zaniedbaną piekarnię,
      którą trzeba było solidnie wyremontować. Jak się jednak później okazało,
      najtrudniejsze przyszło z czasem.
      Uważam, że w biznesie podstawą jest dobry pomysł i przede wszystkim upór w jego
      realizacji, tak było i w tym przypadku. Niezliczone bariery, w tym językowe,
      spędzały mi sen z oczu przez dłuższy czas. Najtrudniej było w urzędach. Nie
      znałem języka technicznego i nie chciano mnie w związku z tym przyjmować.
      Potrafiłem być na tyle uparty, że wchodziłem po kilka razy. Niektórzy
      traktowali to ze zrozumieniem, inni nie.

      Kapitał - rzecz niezbędna
      - Aspekt finansowy był jednym z najważniejszych. Mieliśmy świeżo wybudowane
      mieszkanie w Warszawie, planowaliśmy tam zamieszkać, a utrzymywać się z
      działalności firmy budowlanej, o której wspomniałem na początku. Niestety, aby
      pozyskać wystarczająco duży kapitał, byliśmy zmuszeni je sprzedać. To była
      trudna, aczkolwiek konieczna decyzja.

      Polskie maszyny
      - Musiałem podjąć decyzję o zakupie maszyn do wypieku. Każdy doradzał coś
      innego. Miałem wybór pomiędzy znakomitymi, lecz używanymi maszynami z Niemiec
      lub nowymi z Polski. Rada doświadczonego piekarza brzmiała - "co nowe, to
      nowe", dlatego zdecydowałem się na zakup w Polsce.

      Belgijska papka
      Nigdy nie lubiłem lokalnego pieczywa, konsystencją przypomina "papkę" z nawałem
      konserwantów i polepszaczy. Uznałem, że do produkcji będziemy używać tylko
      polskiej mąki, która nadała specyficzny charakter naszemu pieczywu. Liczyłem
      się z tym, iż sprowadzanie surowca z kraju będzie bardziej kosztowne niż zakup
      na miejscu belgijskiej mąki. Najważniejszy był wypiek według starych,
      sprawdzonych polskich receptur - to miała być recepta na sukces.

      Nieustanna praca
      Ruszyliśmy pełną parą z lipcem 2003 roku. Wypiekamy codziennie siedem rodzajów
      chleba, drożdżówek, bułek. W każdy czwartek pieczemy ciasta: serniki, makowce,
      szarlotki, pierniki, torty. Realizujemy również nietypowe zamówienia - torty
      okolicznościowe, torty weselne. Posiadając własny, specjalistyczny transport,
      prowadzimy sprzedaż hurtową pieczywa. Jest bardzo dużo pracy, śpię po pięć
      godzin dziennie, często maszyny pracują po 24 godziny na dobę przez kilkanaście
      dni. Towar idzie tylko i wyłącznie do polskich sklepów. Staramy się wspierać
      niemal każdą polonijną inicjatywę - imprezy, wydarzenia - zazwyczaj w postaci
      produktów - pieczywa, ciasta, pączków.
      Stworzyliśmy również stronę internetową - www.rarytassprl.com, po to, aby można
      nas było znaleźć i zobaczyć ofertę.

      Nikt nie czeka tu na łapówkę
      - To, co odróżnia Zachód od Polski, to brak bezmyślnej i niewyrozumiałej
      biurokracji. Kontrole zdarzają się tu bardzo często, jednak ich głównym celem
      nie jest zamknięcie firmy za byle szczegół, nie chcą utrudniać nikomu życia.
      Zawsze idą na układ - pytają się, np. ile czasu mają mi dać na usunięcie
      jakiegoś niedopatrzenia tak, aby nie zakłóciło mi to porządku pracy. Nikt nie
      czeka tu na łapówkę i nie stara się też jej wymusić. Belgowie zwracają wielką
      uwagę na czystość - trzeba zawsze o nią dbać.
      Aby inwestować w firmę, musiałem zaciągnąć sporą pożyczkę, tutaj to jednak
      żaden problem. Belgijska gospodarka jest bardzo stabilna, tak więc szybko
      uporam się ze spłatą kredytu.

      Rok w Unii
      Jak wielu Polaków, byłem gorącym zwolennikiem integracji z Unią Europejską.
      Widziałem w tym szansę Polski na wyjście z kryzysu gospodarczego.
      Niestety, po ocenie kilku ostatnich miesięcy, mój zapał znacznie osłabł. Bardzo
      niepokoi mnie wroga polityka Francji i Niemiec, które ewidentnie działają na
      naszą niekorzyść. Martwi mnie również lewactwo zachodniej Europy, w którym
      widzę zagrożenie w przyszłości. Miałem nadzieję, iż powiew umiarkowanego
      konserwatyzmu z nowo przyjętych krajów, zwłaszcza Polski, zmieni odrobinę
      nastawienie Zachodu.
      To temat polityczny, ale warto o nim wspominać. Europa zachodnia nie
      zasmakowała komunizmu tak jak my, dlatego trzeba ciągle o tym mówić, może to
      coś pomoże.

      Wzloty i upadki
      - Każdy ma w życiu ciężkie i radosne chwile. W moim przypadku było podobnie.
      Nie wstydzę się do tego przyznawać - po niemal dziesięciu latach pobytu
      straciłem wszystko, nawet przysłowiowe "buty". Problemy z alkoholem sprowadziły
      mnie na samo dno, życie wydawało się bezwzględne i ponure.
      Wrodzony optymizm i upór umożliwiły mi wydostanie się z czeluści alkoholizmu. W
      szybkim czasie stanąłem na nogi i kontynuowałem prowadzenie interesu. Teraz
      czerpię radość i motywację z ciężkiej, ale owocnej pracy, która nadaje sens
      życiu, dając przy okazji środki na godną egzystencję.

      Jarosław B. Surmacz, Glos Siemiatycz
      siemiatycze.com/aktual.html
Pełna wersja