dawkorn
06.07.05, 11:06
Na początku zaznaczę, że bardzo lubię to resto.
Ale...
Nie wiem, czy to wina wakacji, czy oszczędności Dolce-szefa. Wyobraźcie
sobie, że np. wczoraj prawie wszystkie stoliki zajęte, czyli ruch w interesie
kręci się jak ruletka, my (trzy pary) zamawiamy to i owo, łącznie z piwem
i... czekamy sobie w nieskończoność na zamówienie.
Czekamy na salaterkę lodów - ponad 34 minuty.
Czekamy na cztery piwa - 20 i kilka minut.
I tak dalej.
Pytamy kelnerki, co jest.
Ona: Sama jestem.
No dobrze, rozumiemy to, ale tak nie można, to niepoważne.
Nie czepiamy się kelnerki, ona Bogu ducha winna krążyła po Dolce jak
na skuterze, czepiamy się owych Dolce-przełożonych. Jak można tak
eksploatować jednego człowieka? Bo co, inni wzięli urlopy, nie zatrudnię
nikogo do pomocy, może zaoszczędzę? A w ramach przystawki cierpią na tym
klienci, którzy zamiast rozkoszować się Słodkim Nicnierobieniem,
gimnastykują swoje szyje wypatrując w nieskończoność,
czy niosą im zamówienie itd.