am98
06.05.06, 01:27
Doszłam właśnie do wniosku, idąc śladem sprzed kilku tygodni wątku, że
najlepiej mi idzie, a właściwie leży "realizacja" acendentu.
Nie lubiłam nigdy tego określenia (realizacja w kontekście astrologii),
ponieważ odbierałam je jako rozczłonkowanie bądź co bądź jednej osoby,
człowieka żywego. A tu tak: mój ascendent, moja Wenus, Twój Mars, czyjeś
węzły, moje Słońce i inne Urany i Bóg sam wie jeden co jeszcze moje. Ale
gdzie ja jestem?
Anyway, muszę stwierdzić, że poniekąd w realizacji ascendentu się spełniam! O
zgrozo! I tak się złożyło, że nie widzę właściwie żadnych zakłoceń w tej
części, a nawet coś tam mi sprzyja (Jowisz i Wenus).
Taraka, znakomicie to opisuje - wylegiwanie się na miękkiej kanapie
(ascendent w Byku) a ja, jak nigdy wcześniej właściwie nic innego nie robię,
jak leżę... poza jakimiś tam obowiązkami względem siebie samej. Nawet, gdy
piszę przy komputerze to też leżę na miękkiej kanapie, od czasu do czasu
spoglądając na przepiękne widoki za oknem za dnia(całe w zieleniach góry), co
też nie wymaga większego wysiłku, bo zaledwie przekręcenia głowy o 180 stopni
chyba?
Nie lubiłam kiedyś swojego ascendentu, bo wydawał mi się taki jakiś gnuśny i
nijak nie pasował mi do mojego powietrznego Słońca. Stwierdziłam jednak, że
taka pozycja jednego względem drugiego jest znakomita, ponieważ nie ma nic
lepszego jak wylegiwanie się i mędrkowanie

)).