sloggi
09.08.05, 00:29
Premier Japonii rozwiązał parlament, który nie zgodził się na prywatyzację
państwowej poczty. Przyspieszone wybory już za miesiąc
Wyższa Izba pogrzebała prywatyzację stosunkiem głosów 125 do 108. To wyjątkowo
bolesna porażka dla premiera Juncziro Koizumiego, liberała, który uczynił z
niej jeden z głównych punktów swojego programu. Tym boleśniejsza, że przeciw
prywatyzacji zagłosowało 22 kolegów z jego własnej partii.
Japońska poczta jest nieprawdopodobnym molochem - zatrudnia prawie 300 tys.
osób i ma 25 tys. urzędów pocztowych w całym kraju (dla porównania państwowe
banki mają w sumie ok. 2,6 tys. oddziałów). Jest jednocześnie bankiem,
ubezpieczalnią, a w małych miasteczkach i wioskach - centrum kulturalnym i
politycznym. Japończycy tradycyjnie, od dziesiątek lat, lokują na poczcie
swoje oszczędności. Do dziś zgromadzili (w przeliczeniu) 3 biliony dolarów, co
czyni z niej największy na świecie bank depozytowy. Ta suma to 25 proc.
wszystkich oszczędności Japończyków.
Premier od objęcia urzędu w 2001 roku zapowiadał reformę poczty. Pomstował na
nieefektywność molocha i liczył, że prywatyzacja stanie się impulsem do
rozwoju gospodarki. Uważał, że gigantyczne oszczędności powinny znaleźć się w
rękach prywatnych inwestorów. Poczta miała zostać za dwa lata podzielona na
kilka przedsiębiorstw zajmujących się oddzielnie dostarczaniem przesyłek,
bankowością i ubezpieczeniami, a do 2017 r. całkowicie sprywatyzowana. Z kolei
przeciwnicy reformy bali się, że tysiące ludzi utracą pracę, a prywatni
właściciele w ramach oszczędności pogorszą jakość usług pocztowych.
Koizumi nie ma prawa rozwiązać Izby Wyższej, więc rozwiązał Niższą i zwołał
przyspieszone wybory na 11 września. Zapowiedział, że jeśli liberałowie utracą
w nich większość, zrezygnuje z przewodnictwa partii. Partyjnym buntownikom
obiecał, że na listach wyborczych się nie znajdą. - Parlament odrzucił mój
rząd i jego plan reform - mówił. - Chcę spytać Japończyków, czy się na to
zgadzają. Jesteśmy na rozdrożu i musimy zdecydować, jaki model państwa
wybieramy: rozbudowany czy oszczędny.
Pokerowe zagranie premiera pogłębiło i tak niemałe niesnaski w partii
rządzącej. Liberałowie, najczęściej rządzący Japonią w ostatnim półwieczu,
coraz słabiej wypadają w sondażach (w ostatnich rząd miał 47 proc. poparcia).
W obliczu wewnątrzpartyjnej czystki buntownicy zapowiadają odejście i
stworzenie nowego ugrupowania. Na wczorajszym posiedzeniu rządu do dymisji
podał się na znak protestu minister rolnictwa. Mediom zdradził, że nie był
jedynym ministrem, którego oburzyła decyzja premiera. Inni działacze liberałów
publicznie sugerowali, że Koizumi zamiast rozwiązywać parlament, powinien sam
podać się do dymisji. - Te wybory to samobójstwo - mówił jeden z nich.
Tymczasem opozycyjni demokraci zacierają ręce. - Reforma Japonii zaczyna się
dziś. Nie ma przyszłości dla rządu Koizumiego, który cały czas trawi na
wewnętrznych sporach - mówił ich przywódca Katsuya Okada.
/gazeta.pl/