"Sprzedaż znaczków. Znaczków brak"

25.05.06, 03:05
Znaczki pocztowe stały się towarem deficytowym. Poczta Polska wprowadziła
miesięczne limity ich sprzedaży. Znaczków jest tak mało, że w centrach dużych
miast kończą się już w połowie miesiąca.
Ograniczenia dotyczą punktów sprzedaży znaczków poza pocztami: księgarń czy
kiosków z gazetami. Dyrekcja Poczty Polskiej w specjalnym rozporządzeniu
zdecydowała, że księgarze i kioskarze mogą miesięcznie sprzedać w jednym
punkcie znaczków najwyżej za 4 tys. zł. Takie stanowisko zaskoczyło handlowców.

- To jakiś absurd, przecież sprzedawanie znaczków to dla nas żaden interes.
Bardziej robimy grzeczność pocztowcom, a w rewanżu Poczta traktuje nas jak
jakichś spekulantów w PRL-u - denerwuje się Józef Suchanik z Księgarni
Hetmańskiej przy krakowskim Rynku. - W maju sprzedaliśmy sporo znaczków. W tym
tygodniu poszedłem więc je dokupić, bo do Krakowa zjechało wielu turystów.

Na poczcie jednak księgarzowi odmówiono sprzedaży i poinformowano o
wprowadzeniu limitów.

- I co mam teraz mówić turystom? - pyta pan Józef. - Na wystawie jest
informacja o sprzedaży znaczków, a ja muszę im tłumaczyć, że znaczki już się
skończyły. Pocztowcy doradzili mi, żebym zdejmował tę tabliczkę, kiedy
wyprzedam miesięczny limit. Zacznę chyba jak w filmach Barei wystawiać
tabliczkę "Sprzedaż znaczków. Znaczków brak". Turyści są zdumieni, zwłaszcza
ci z zagranicy. Anglicy dopytują się, czy to jest może relikt z czasów komunizmu.

Limity nie są jednak pozostałością po PRL. - To nowe rozporządzenie centralnej
dyrekcji naszej firmy - przyznaje Bartłomiej Kierzkowski, rzecznik prasowy
krakowskiego okręgu Poczty Polskiej. - Została w nim ustalona wysokość upustu
cen znaczków dla handlowców, którzy sprzedają ich w ciągu miesiąca za kwotę do
4 tys. zł. Upust wynosi trzy procent.

W rozporządzeniu nie została jednak przewidziana sytuacja, w której ktoś
sprzedaje znaczków więcej. Stąd biorą się ograniczenia w ich dystrybucji, bo
pocztowcy nie wiedzą, jaki upust mają dać handlowcom, którzy chcą sprzedawać
więcej.

Krakowski księgarz podejrzewa pocztowców o posunięte do absurdu zapędy
monopolistyczne. - Kiedy kończą mi się znaczki, to odsyłam zdziwionych
turystów na pocztę. Żal mi ich, bo tam muszą stać w długich kolejkach - dodaje
Józef Suchanik. - Wygląda na to, że Poczta postanowiła ograniczyć sprzedaż
znaczków poza swoimi punktami, by zaoszczędzić kilka procent na upustach dla
handlowców zewnętrznych. Efekt tej oszczędności jest taki, że w centrach
polskich miast turysta nie może kupić w jednym miejscu kartki i znaczka.
Przecież to zniechęca przyjezdnych do przesyłania pozdrowień z naszego kraju.
I tak naprawdę, zamiast zarabiać, poczta na tym traci.

Poczta Polska obiecuje przeanalizować sprawę. - Rzeczywiście, wygląda na to,
że w nasze rozporządzenie wkradło się niedopatrzenie. Myślę, że uda nam się
rozwiązać tę sprawę, tak by nigdzie nie brakowało znaczków pocztowych -
zapowiada Bartłomiej Kierzkowski.
miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,3368797.html
Pełna wersja