skiela1
26.01.10, 04:10
W lutym tego roku profesor Michael Baum opublikował na łamach brytyjskiego
„The Times” list zaczynający się od słów:
„Trudno winić ludzi, że wciąż wierzą w siłę wczesnej diagnozy jako
podstawowego oręża w walce z rakiem piersi. W Europie panuje przekonanie o
zbawiennej roli skriningu (...). Program Badań Przesiewowych został uznany za
wielki sukces i to jemu przypisuje się spadek liczby zgonów z powodu raka piersi.
Tymczasem jednak ten sam program wczesnego wykrywania nowotworów niesie ze
sobą wiele zagrożeń, które nie są wcale szeroko znane.
Można wykazać, że blisko połowa nowotworów i stanów przednowotworowych
wykrywanych podczas skriningu nie dałaby żadnych objawów podczas życia
pacjentek. Natomiast wykryte podczas badań każą zaliczyć kobietę w poczet
pacjentek onkologicznych: zostanie poddana zabiegowi chirurgicznemu,
radioterapii i zapewne chemioterapii, niewykluczone też, że dotkną ją problemy
natury socjologicznej i psychologicznej.
Ów stygmat choroby może przejść na kolejne pokolenia i córki pacjentek
onkologicznych mogą zostać obciążone wyższymi składkami ubezpieczenia
zdrowotnego” (10).
Baum i 23 pozostałych sygnatariuszy listu oskarżają rząd brytyjski o
nieetyczne i tendencyjnie przedstawianie kobietom rachunku zysków i strat w
ulotkach zachęcających do wzięcia udziału w programie. Ich zdaniem powinna
zmienić się formuła badań przesiewowych – nie powinny dotyczyć całej
populacji, a tylko i wyłącznie kobiet starszych niż 50-letnie i należących do
grupy ryzyka. Ale – dodaje Baum natychmiast – „z góry współczuję każdemu, kto
pokusi się o zamach na świętą krowę skriningu”.
www.przekroj.pl/cywilizacja_nauka_artykul,5677.html