kriss67
10.06.13, 13:24
Czołem
Poniżej macie bardzo ciekawy tekst o rowerowych podróżach. O apsektach poznawczych wycieczek na dwóch kółkach, o pokonywaniu własnych słabości, wreszcie..... o drobnych korzyściach duchowo-materialnych.
Autor: Pan Jan Cywiński:
"Góra była zabójcza. Cały szereg gór – podjazd, zjazd, podjazd. Wspinałem się powoli, pedałując z trudem. Czułem się niemal jak podczas Tour de France w 1970 r. Eddy Merckx zmierzający resztką sił na metę etapu na szczycie Mont Ventoux. Albo – gdyby to było dziś – jak podczas Giro d’Italia Przemysław Niemiec i Rafał Majka. Jakie to straszne góry tak mi się dały we znaki? Wstyd powiedzieć: skromne kaszubskie wzniesienia na trasie Gdańsk – Kartuzy. Byłem zwykłym turystą, kolarzem amatorem. 17-letnim niemądrym amatorem. Coś mnie podkusiło i pieniądze przeznaczone na obiad wydałem na lody z bitą śmietaną i krem w gdańskim koktajlbarze. W 1973 r. takie przybytki były w Polsce rzadkością, nie potrafiłem sobie odmówić. Oczywiście kalorie uzyskane w ten sposób wystarczyły na krótko i teraz, umierając na podjazdach, marzyłem o banalnym kawałku chleba.
Ten epizod to tylko ułamek szosowych i wokółszosowych atrakcji, które stały się moim udziałem od wczesnych lat 70. Jeździłem na obozy rowerowe organizowane przez Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Świetne przeżycie – sportowe, towarzyskie, formacyjne. Zjeździliśmy całą Polskę.
Szosy i polne drogi. Na szlaku duże miasta – Kraków czy Wrocław – i dziesiątki małych, od Sokółki po Krosno Odrzańskie. I ta radość po przejechaniu 90 km, kiedy widzisz wdole miejscowość, do której masz dotrzeć. Jeszcze kilometr zjazdu, a potem w nagrodę kolacja i odpoczynek.
Dochodziły inne nagrody, pozasportowe, właściwe czasom peerelowskiej gospodarki niedoboru. Wmałych księgarniach czy wręcz sklepach papierniczych gdzieś przy szosie można było dostać księgarskie hity od dawna wyczerpane w Warszawie – „Alfabet wspomnień” Słonimskiego, „Rozmowy z katem” Moczarskiego. Łupy były obfite. Co kilka dni wysyłaliśmy do Warszawy kolejną paczkę.
Jednak najważniejsze były przyjemności kolarskie. Np. spotkanie z prawdziwym wyścigiem. Może nie najwyższej rangi, ale z udziałem polskiej czołówki. Udało nam się dostać na murawę stadionu, na którym kończył się któryś z etapów. Bodaj sam Ryszard Szurkowski pozwolił mojemu koledze podnieść i zważyć w rękach swój rower. Zrobiony zapewne ze stopu lekkich metali był ze dwa razy lżejszy od każdego z naszych poczciwych albatrosów i kormoranów z bydgoskiego Rometu.
Na tych zwykłych rowerach udawało się nam jednak osiągać całkiem spore dystanse. W lipcu 1980 r. planowaliśmy – był to już koniec dłuższej trasy – przejazd z Kielc do Radomia (ok. 80 km) i drugiego dnia z Radomia do Warszawy (100). Ale tak nam się dobrze jechało (czterem najbardziej zapalonym), że postanowiliśmy dotrzeć jednym ciągiem do Warszawy. Za Radomiem zatrzymaliśmy się na obiad. Naraz poczułem, że mam dosyć – i od razu pojawiła się pokusa: wypiję piwo i będę zwolniony z obowiązku dalszej jazdy. Skończyło się na mineralnej, pojechaliśmy i przed północą byliśmy w domu. 180 km jednego dnia, chyba niezły wynik.
Żeby jeździć rowerem po drogach publicznych, trzeba było mieć kartę rowerową. Zgubiłem ją i musiałem zdawać egzamin. Takie egzaminy prowadziła np. Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (ORMO). Instytucja nieciekawa, „bijące serce Partii”, bo często brała udział w tłumieniu antysystemowych protestów.
Udałem się do placówki ORMO w centrum Warszawy. Przed salą, wktórej odbywały się egzaminy, tłoczyły się nastolatki. Był akurat 1 czerwca, Dzień Dziecka, i z tej okazji osobnicy poniżej 18. roku życia mogli zdawać za darmo, bez specjalnej opłaty. Stanąłem przed sympatycznym nawet panem w średnim wieku. Zadał mi kilka pytań z przepisów ruchu drogowego. Zdałem bez trudu.
– Czym się pan zajmuje? – zaciekawił się na koniec. – Studiuję filologię klasyczną – wyjaśniłem. Na jego twarzy pojawiło się zdumienie. – O, filolog klasyczny na rowerze. Rzadki przypadek…
Tak jakby filologowie pogrążeni byli głównie w manuskryptach z tekstami starożytnych autorów, a jeśli mieliby już na czymś jeździć, to pewnie na rydwanach, niczym woźnice w rzymskim Circus Maximus za Trajana. Chyba z tego zdziwienia przybił mi na karcie, tak jak młodszym zdającym, pieczątkę „Wydano bezpłatnie”. Nie protestowałem
Rowerowym wyprawom nie towarzyszą już dziś takie atrakcje jak
gonitwa za nieosiągalnymi towarami, ale inne z opisanych - jak najbardziej.
Filologu, pedagogu i murarzu, tramwajarzu, kolejarzu i włókniarzu, 12-latku i
60-latku, wsiadaj na rower. Jak Merckx, Szurkowski, Majka."
autor Jan Cywiński
Pozdrawiam
Krzysztof