sloggi
01.12.04, 22:09
Jest sobie para z jakimś tam stażem, mają dom, albo mieszkanko. Może mają
dzieci, może psa i być może jakiś tam samochód. Opatrzyli się sobie i w sumie
można śmiało powiedzieć, że nie są dla siebie już atrakcyjni. Tajemnicą
Poliszynela jest to, że oboje kogoś mają. Ona chciałaby lub ma jakiegoś gacha,
a on ma apetyt na inną kobietę, lub ma już kochankę.
Taki stan sobie trwa, no ale związek nie jest idyllą, a oni nie są parą
gruchających gołąbków. Nadchodzi więc ten moment, że jedno z nich postanawia
ułożyć sobie życie z tym kimś, kto do tej pory stał z boku.
No i zaczyna się cyrk, że niby teraz to zdrada, że rozbijanie rodziny, że brak
szacunku, że biedne dzieci....
A ja się pytam, o co ten cały cyrk, skoro oboje nie są święci?