sloggi
22.12.05, 02:05
Kręcił się taki typek pod drzwiami. Podeszli do niego policjanci i poprosili o
dokumenty. Po chwili rzucili go na ścianę i zakuli w kajdanki - opowiada
gorzowski taksówkarz
Poszukiwania nastolatka, który w poniedziałek wieczorem śmiertelnie postrzelił
matkę i zranił ojczyma, trwały ponad dobę. W nocy z wtorku na środę Remigiusza
M. zatrzymał w centrum Gorzowa mieszany patrol policji i żandarmerii.
Było kilkanaście minut po północy. 19-letni Remigiusz M. bawił się w pubie
"Studnia", zaledwie kilkadziesiąt metrów od komisariatu policji. - Wyszedł
przed lokal i usiadł na schodkach. Był pijany w sztok. I wtedy zauważył go
patrol. Policjanci podeszli do gościa, żeby go wylegitymować. Gdy zorientowali
się, że to poszukiwany morderca, rzucili go na ścianę i zakuli w kajdanki. Po
chwili przyjechał radiowóz i zabrał gościa - opowiada gorzowski taksówkarz,
który na pobliskim postoju obserwował zatrzymanie Remigiusza M.
- Mężczyzna był pod wpływem alkoholu i trafił do policyjnej izby zatrzymań. W
środę rano został przewieziony do prokuratury w Międzyrzeczu - mówi Agata
Sałatka, rzeczniczka lubuskiej policji. Kilka godzin później zatrzymano
pasera, któremu Remigiusz M. sprzedał zabrane z domu przedmioty: laptopa i
aparat cyfrowy. Wziął za to 400 zł zaliczki.
Od poniedziałku Remigiusza M. poszukiwało kilkudziesięciu lubuskich
policjantów. - Jego zdjęcie widzieli na odprawach wszyscy funkcjonariusze.
Przeszukaliśmy okoliczne lasy i pola, przesłuchaliśmy też znajomych i kolegów
poszukiwanego. Mieliśmy informację, że może być w Gorzowie i to się
potwierdziło - mówi Sałatka.
Rodzinna tragedia rozegrała się w poniedziałek w Żółwinie (powiat
międzyrzecki). Postrzelona w klatkę piersiową matka Remigiusza M. zmarła
podczas reanimacji, a ranny w udo mąż kobiety po operacji wraca do zdrowia w
szpitalu. Strzały ze sztucera padły, gdy wracająca z zakupów rodzina wchodziła
do domu. Remigiusz M. próbował gonić jeszcze swojego ojczyma i starszego
brata. Jedynie ten ostatni uniknął postrzału.
Za zabójstwo Remigiuszowi M. grozi kara dożywotniego więzienia.
/GW/