sloggi
16.01.06, 22:46
Nie powołują się na Prousta, Gide'a czy Geneta. Nie organizują Parad Równości,
nie wznoszą tęczowych sztandarów, nie wykrzykują porywających haseł w rodzaju:
"Proletariusze wszystkich krajów, pieśćcie się!". Nie mają swoich
stowarzyszeń, nie dysponują wpływowym lobbingiem, nie są siłą polityczną,
społeczną, ani żadną inną. Jeszcze nie. Ale... z czasem - kto wie?
Kim są? Sami siebie nazywają jedną literą - "A", od słowa - "aseksualiści".
Niektórzy z nich walczą już o uznanie własnej odrębności, jako czwartej
orientacji seksualnej, na tych samych zasadach, co hetero-, homo- i biseksualiści.
Aseksualiści nie uprawiają miłości fizycznej - nie z powodu tłumienia popędu
płciowego, czy względów moralnych dotyczących wyznawania jakiejś
wysublimowanej abstynencji seksualnej, czy też swoistego rodzaju pruderii.
Stają się dobrowolnymi aseksualistami, jakby w sposób naturalny, bo, jak
deklarują, nie odczuwają pożądania seksualnego, a jedynie przyjemność
budowania wzajemnych związków w oparciu o miłość pozbawioną kontaktów fizycznych.
kobieta.interia.pl/news?inf=706055