skiela1
03.04.06, 02:33
By zaistniała intymność, musimy być blisko. Fizycznie? Czy nie wystarczy tu
bliskość tworzona przez łącza internetowe?
„Intymność oznacza bliskość” – tak w książce „Zachowania intymne” napisał
znany brytyjski zoolog i antropolog Desmond Morris. „Akt intymności dokonuje
się, gdy dwie osoby wchodzą ze sobą w kontakt cielesny: uścisk dłoni,
poklepanie po plecach czy akt miłosny. Intymność dorosłych ludzi kojarzy się z
seksem. Jest tak dlatego, że nawet najbardziej »niedotykalski« osobnik w akcie
płciowym musi dotykać i być dotykanym” – wyjaśnia Morris.
Czy to oznacza, że intymność w Internecie nie istnieje? Na czacie rysunek
witających się dłoni zastępuje podanie ręki, a wirtualny seks to przecież
tylko rozgrywka słowna, a nie żaden program oferujący trójwymiarowe doznania.
Intymność to jednak także obietnica dotyku, a ten warunek internetowe związki
spełniają. Dwoje w oknie rozmów, wyraźna relacja „ja – ty”; oddzieleni od
reszty rozmawiających internauci tkają swoją intymność. Już pierwsza seria
pytań: skąd klikasz? jak masz na imię? ile masz lat? zapowiada (choć może
niesłusznie) gotowość na zacieśnienie znajomości.
Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego, pedagoga seksualnego, wynika, że 70
proc. internautów nigdy nie podaje swojego adresu zamieszkania, 64 proc.
numeru telefonu stacjonarnego, a 58 proc. nazwiska – jakby nie traktując
nawiązywanej znajomości i całej sytuacji poważnie.
Wystarczy „delete”?
Czy wobec tego prawdziwa bliskość w sieci nie istnieje?
kiosk.onet.pl/charaktery/1322241,1250,artykul.html