skiela1
07.04.06, 15:23
Rz: Czy polityk może dziś nie znać angielskiego?
Paweł Kowalewski: Ostatnio miałem okazję wysłuchać prelekcji José Marii
Aznara, byłego premiera Hiszpanii. Jego wystąpienie po angielsku to była droga
przez mękę. We wszystkich krajach romańskich jest z tym problem, bo tam z
definicji nie uczą się angielskiego. Europa Wschodnia musiała się nauczyć
angielskiego, przyjęliśmy go wraz z dobrodziejstwem wolności, wolnego rynku.
Język ten rozpowszechniony jest w marketingu, reklamie i biznesie.
A w polityce?
Politycy większą część swej aktywności spędzają na potyczkach słownych w
języku ojczystym. Stąd to kuriozum, że wśród polityków, od których byśmy
oczekiwali, że po 15 latach w nowej rzeczywistości będą mówić w innych
językach, tak niewielu umie powiedzieć coś nawet na poziomie podstawowym.
Angielski był przecież piętą achillesową obydwu kandydatów na prezydenta.
Nieznajomość angielskiego ogranicza polityka?
Na pewno zamyka pewien horyzont, nie pozwala porozmawiać swobodnie z przywódcą
innego państwa. Oczywiście na spotkania jeździ się z tłumaczem, ale to
rozleniwia. Czasem zdarza się w biznesie i polityce, że ktoś udaje, że nie zna
języka, by mieć więcej czasu na odpowiedź. Daj Boże, żeby wszyscy politycy w
Polsce taki trick mogli stosować. Angielski jest konieczny, jeśli myśli się o
Polsce jako o części Europy. Nie trzeba się popisywać angielskim przed Tonym
Blairem, ale już np. w kontaktach z przywódcami krajów w naszej części Europy
mógłby pomóc w nawiązaniu kontaktu osobistego.
A bez umiejętności swobodnej rozmowy to niemożliwe.
Tak. Ja na przykład marzę o tym, żeby usiąść np. obok Madeleine Albright. A
znam opowieść o jednym z naszych polityków, który jak ognia unikał jej
sąsiedztwa podczas obiadu, bo bał się rozmowy. To żenujące. I nie chodzi o to,
by wdawać się w skomplikowane dyskusje, ale o wymianę kilku zdań na poziomie
konwersacji przy obiedzie. Od tego naprawdę wiele zależy. Tego typu relacje
mogą bardzo pomóc.
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060407/kraj/kraj_a_10.html