kriss67
19.09.06, 09:00
Przeczytane w dzisiejszym Metrze:
"Kiedy Elżbieta Zadrożna przejeżdżała swoim tirem główną ulicą Lublina i
zatrzymała się przed pasami dla pieszych, nikt nie chciał przejść. Mężczyźni
stali jak osłupiali. Jak kobieta może panować nad takim kolosem? Bez
problemu, o czym świadczy nie tylko przykład pani Elżbiety, ale też jej dwóch
sióstr - Beaty i Anny. Elżbieta i Anna bez obawy wybierają się nawet w trudne
trasy na Wschód - do Kazachstanu, Kirgistanu i dalekiej Rosji. - Tam dopiero
budzą sensację - śmieje się ich tata. - Rosyjskim milicjantom czy kazachskim
pogranicznikom aż szczęki opadają na ich widok. Długo nie wierzyli, że
kobieta może prowadzić takie samochody. - Żenszczina woditiel? Nie możet
byt' - powtarzali. W Polsce nie było lepiej. - Wózkiem, a nie ciężarówką! -
takie docinki słyszała jeszcze niedawno każda z obecnych szoferek na
parkingach dla tirów. Dziś na szczęście wiele się zmieniło, ale panie uznanie
u kolegów musiały sobie wywalczyć.
- W trasie jestem prawie cały tydzień - mówi Arleta Kmita z Łodzi. - Po
powrocie do domu mam czas tylko na kąpiel i szybkie przepakowanie. I znowu w
trasę - mówi.
- To życie wiecznego wędrowca - wtóruje jej pani Ania. - Samochód to nasza
sypialnia, jadalnia i miejsce pracy. Jakby nasz drugi dom - dodaje.
Jak to się dzieje, że panie decydują się na taki nietypowy zawód? Wyborem
często rządzi przypadek. Arleta za kierownicę tira trafiła prosto z ośrodka
jeździeckiego w Danii. Pewnego dnia nie było żadnego kierowcy, który mógłby
przewieźć konie kilkadziesiąt kilometrów. Wsiadła więc za kółko i... już tam
została. Przez następne pół roku jeździła tirem dzień w dzień. I to bez prawa
jazdy. Po przyjeździe do Polski zapisała się na kurs jazdy ciężarówkami. -
Robiłam go eksternistycznie, bo czego oni mogli mnie tam nauczyć - wspomina. -
Egzaminator nie mógł wyjść z podziwu, jak za pierwszym razem zaparkowałam
tyłem.
Później zaczęła szukać pracy w nowym fachu. Ciężko było, bo nikt nie chciał
zatrudnić kobiety. W końcu przyjechała ciężarówką do swojej obecnej firmy. -
Wszyscy wybiegli, by zobaczyć, jak sobie poradzę z wjazdem. Byli zachwyceni.
To wystarczyło. Pracę dostałam natychmiast - opowiada. Dziś cztery razy w
miesiącu jeździ na Zachód, najczęściej do Hiszpanii lub Anglii, służbową 430-
konną maszyną. - To DAF XF super space cup - wyjaśnia z dumą. Wcześniej
jeździła volvo na trasie Bruksela - Moskwa, przewożąc artykuły żywnościowe.
Później przesiadła się na scanię 113. Obecnie ma już drugiego DAF-a.
Izabelę Słomkowską z Poznania miłością do ogromnych aut zaraził mąż. Choć
nieco przez przypadek. Małżonek pani Izy zawodowo jeździ po całej Europie.
Zabrał ją kiedyś w trasę i się zaczęło. Wkrótce zrobiła prawo jazdy i dwa
lata temu sama ruszyła w pierwszy kurs. Zamiłowanie do tirów przeniosło się
także na dwójkę jej synów - siedmioletni Arek i dziewięcioletni Mikołaj już
dziś marzą, by mieć w przyszłości duże samochody.
Nasze panie radzą sobie świetnie. - W Kazachstanie, gdy moja córka miała
zaparkować przed rampą, wszyscy wyszli, żeby to zobaczyć - mówi Tadeusz
Zadrożny. - Zaparkowała za pierwszym razem.
- Jeżdżą lepiej niż wielu moich kolegów - przyznaje Paweł Grzegorczyk,
kierowca tira z Łodzi. Potwierdza to Jan Buczek, sekretarz generalny
Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce. - Do prowadzenia
tira nie potrzeba wielkich mięśni, tylko mądrej głowy. A one je mają. Nie
docierają do nas żadne skargi ani informacje o wypadkach. Tylko komplementy -
śmieje się.
- Znajomi pytają, dlaczego jeżdżę takim kolosem? Odpowiadam, że to daje mi
dużą frajdę - mówi Arleta. - Lubię jeździć tirami i tyle. "
Pozdro
Krzysztof