kriss67
13.08.08, 09:20
Czołem
Ech...w Pekinie na razie Polska ponosi klęske. Poza siatkarzami.
(ups, co by nie zapeszyć).
Tak sobie patrze na klasyfikacje medalową. Prowadzą Chińczycy, tuż
za nimi USA. W sumie medale do teraz zdobyli przedstawiciele 25
państw. W tym takie kraje jak Tadżykistan, Kirgistan, Togo,
Uzbekistan. A my nic...
A tu tekst Pana Rafała Steca, który zastanawia sie komu kibicować:
"Początek igrzysk przebiegał w sposób zbyt banalnie przewidywalny,
by całkiem wykluczyć, że wszystko zostało zapisane w tajemnych
księgach już kilka tysięcy lat temu, w czasach odlegle
przedkonfucjańskich. Na otwarcie gospodarze przyładowali światu po
oczach eksplozjami, które pewnie nie kosztowały wyraźnie mniej niż
amunicja wystrzelona w Iraku, i niemal oficjalnie ogłosiły, że
nadchodzi szczęśliwa era ogólnoplanetarnego bicia pokłonów wielkiemu
narodowi chińskiemu. Bicia oczywiście z rozanieloną miną tubylca,
który czuje dozgonną wdzięczność dla partii, że mógł zostać
wysiedlony z Pekinu dla dobra igrzysk. Nazajutrz sztangistka Chen
Xiexia podniosła inauguracyjne chińskie złoto i pobiła rekord
świata, chyba nawet nie zauważając, że dźwiga coś cięższego niż dwa
koła rowerowe. Potem Chińczycy obowiązkowo rozsiedli się na szczycie
klasyfikacji medalowej. Aż wreszcie swój rytualik odbębnili Polacy.
Przegrały szablistki, przegrały siatkarki, przegrali pływacy. Tylko
nad koniem rozskakał się, by dzień pierwszy nie był całkiem czarny,
Leszek Blanik. Na razie co prawda w eliminacjach, ale przecież dwa
równe skoki wróżą pomyślny finał.
Nieudane wprawki polskie skierowały moje myśli na obcych, bo
wiadomo, że oglądać sportu zupełnie bez kibicowania się nie da i
komuś życzyć dobrze trzeba. Kogo dopingować, gdybym naszym tym razem
akurat nie wyszło? Nie rozmyślałem długo, właściwie od razu
wiedziałem, że w Pekinie wyjątkowo postawię na tzw. kibicowanie
negatywne - przeciw komuś, motywowane paskudną chęcią podglądania
cudzego nieszczęścia. A za wroga obrałem sobie - obrazoburczo, wbrew
woli partii - Chiny.
Dla jasności, by nie wyjść na fanatyka modnego dziś wyznania
prymitywnie antychińskiego: nie chcę ich medalowego triumfu nawet
nie ze względu na winy dyktatury. Nie ze względu na nasz strach, że
bicie im pokłonów wcale nas nie uszczęśliwi. Nie ze względu na smog
i płynące korytami rzek cuchnące ścieki. Nie ze względu na
niewypowiedziane podejrzenie, iż sportowców szprycują. Życzę im
przygnębiającego drugiego miejsca - o trzecim wstydzę się marzyć - w
klasyfikacji generalnej igrzysk dlatego, że nie lubię ich
nienaturalnej, przemysłowej, bezdusznej, zabijającej entuzjazm wizji
zawodowego sportu.
Wyobraźcie sobie, że do waszego województwa przychodzi polecenie z
Warszawy, by zaszczepić okolicy miłość krykieta. Pewnie
słyszeliście, w czym rzecz - jeden wali kanciatym kijem w skórzaną
piłkę, inny ją rzuca, jeszcze inny chce złapać i tak w kółko czasem
nawet przez pięć dni. Wyobraźcie sobie, że wyciągają z domów
najzdolniejsze dzieciaki, zamykają ich w ni to klasztorach, ni to
koszarach zwanych pieszczotliwie szkołami, wciskają im kanciate kije
do rąk. I że wyprane dziecięce mózgi istotnie przyjmują przekaz, że
kanciaty kij zmieni ich życie w bajkę, bo rozsławią wielki naród
polski.
Znów: nie posuwam się w tej analogii do posądzania Chińczyków, iż
młodych sportowców do katorżniczych treningów zmuszają (choć
proceder wyszedł na jaw). Nawet bowiem bez ewidentnego łajdactwa
skrajnie wynaturzony wydaje mi się pomysł na sport, który obywa się
całkowicie bez autentycznej fascynacji i spontaniczności, którym
sterują odgórne dyrektywy, co trenować warto, a czego nie warto. Nie
warto oczywiście z punktu widzenia olimpijskim rankingu, gdy np. w
danej dyscyplinie rozdają tylko jeden marny komplet medali.
Koncept chiński stoi na głowie. Sport rekreacyjny istnieje tutaj w
ilościach śladowych, w żadnej mierze nieproporcjonalnych do zapędów
gospodarzy igrzysk, by w zawodowstwie panować na całym świecie.
Chińczycy wznoszą budowlę wyglądającą jak pałac, choć wewnątrz pod
wypłowiałym dywanem gnije podłoga, a z rur cieknie woda. Trzymają
się tej samej strategii, przez którą schowali zagracone, piszczące
biedą pekińskie podwórka za błyszczącymi billboardami z emblematyką
olimpijską.
Po drugiej stronie lustra leżą państewka rzeczywiście zafascynowane
swoimi ulubionymi dyscyplinami i właśnie ich drużynom tradycyjnie
życzę wszystkiego najlepszego. Lubię koszykarzy z Litwy, która ma
koszykarskiego bzika i w koszykówkę skromnymi siłami trzymilionowego
narodu potrafi regularnie zdobywać medale olimpijskie. Lubię
rugbystów z trochę tylko liczniejszej Nowej Zelandii, która szaleje
na punkcie rugby i zawsze aspiruje do podium Pucharu Świata. (Są
jeszcze mocne w jajowatą piłkę niewielkie okoliczne wyspy, zagrożone
zatonięciem, a Chiny pchając dwutlenek węgla do atmosfery, to
zagrożenie zwiększają. Swoją drogą to skandal, że tego sportu nie ma
na igrzyskach). Lubię sprinterów z Jamajki, na której każdy chce
biegać i która spośród niespełna trzech milionów Jamajczyków potrafi
wyszperać dwóch ludzi konsekwentnie zbliżających się do prędkości
światła. Lubię długodystansowców z Kenii i Etiopii, lubię siatkarki
z Japonii, które rzadko wyrastają ponad Adama Małysza, więc
obmyśliły własny sposób gry, polegający mniej na skakaniu, a
bardziej na nieustającym ruchu i usiłowaniu przykrycia sobą całego
boiska.
Chińczycy też mają swojego konika - pingpongowego, szczerze fetują
przepychającego się z wielkoludami z NBA Yao Minga, chyba polubią
piłkę nożną. Ale olimpijską reprezentację zmienili w plującą złotem,
srebrem i brązem kolubrynę bez właściwości, której sens istnienia
zginie wraz z końcem igrzysk. To litewscy koszykarze, nowozelandzcy
rugbyści i jamajscy sprinterzy pozostaną narodowymi bohaterami
porywającymi wyobraźnię rodaków na ciut dłużej niż dzień czy dwa
tygodnie."
Pozdro
Krzysztof