Dodaj do ulubionych

Zdarzyło sie dzis 17.10.1973.Wembley zdobyte:):)

17.10.08, 08:27
Czołemsmile

17 października 1973 roku - bardzo ważna data dla polskiej piłki i
polskich, kibicowskich serc...

Tego dnia polska reprezentacja wybiegła na słynne Wembley. Na
przeciwko druzyny Pana Kazimierza Górskiego stanęła jedenastka
angielska. Były to eliminacje do niemieckiego mundialu, który miał
odbyc się w 1974 roku. Żeby awansowac, Anglicy musieli wygrać.
Polakom wystarczał remis….

Jan Grzegorczyk, pisarz i publicysta…

…” O dwudziestej zaczęło się. Ruszyła nawałnica na polską bramkę.
Ratują nas słupki, poprzeczki, wszyscy święci i Jan Tomaszewski.
Anglicy nazwali go przed meczem pajacem i pisali, że nigdy wcześniej
na Wembley nie występował tak kiepski bramkarz. Czytając te obelgi,
czułem się jakby ktoś publicznie spotwarzył kogoś z najbliższej
rodziny. W 56. minucie Kasperczak odbiera piłkę Clarke’owi i
wypuszcza Latę. Obrońcy angielscy rzucają się, by uniemożliwić
przejęcie piłki wybiegającemu Gadosze, a wtedy Lato podaje do
nieobstawionego Domarskiego. Strzał! Shilton kapituluje. Gooooool!!!
Mój głos zespala się w jedno z głosem Jana Ciszewskiego, wuja i
ojca. 1:0 dla Polski! Anglicy rzucają się do desperackiego ataku.
Sześć minut później sędzia dyktuje dla nich niesprawiedliwie rzut
karny za faul Musiała na Petersie przed polem karnym! Boże! Zakrywam
oczy, otwieram. Zaciskam dłonie. Cudu nie ma. Tomaszewski wyjmuje
piłkę z siatki. Jest 1:1. 27 minut do końca. Jak przetrzymać? W 82.
minucie Grzegorz Lato wyrywa się angielskim obrońcom. Najszybszy
piłkarz świata (a już na pewno tego dnia na Wembley). Ma 40 metrów
do bramki i tylko Shiltona przed sobą. Ale McFarland — ten sam
McFarland, który sfaulował w Chorzowie Lubańskiego tak skutecznie,
że uniemożliwił mu grę w tym meczu — chwyta go za plecy i głowę.
Sędzia nie daje mu czerwonej kartki. Puszczają nerwy. Ojciec, który
jak tylko pamiętam, nigdy się piłką specjalnie nie emocjonował, wali
z całej siły pięścią w stół i wykrzykuje na arbitra.
Pięć minut przed końcem Kazimierz Górski zakrywa twarz i idzie do
szatni. Serce może tego nie wytrzymać. Nie wiem, co się ze mną
działo, gdy sędzia — tym razem szczęśliwie dla nas — odgwizdał
koniec spotkania o minutę wcześniej niż należało. 1:1! Dumny Albion
rzucony na kolana. Polska pierwsza w grupie! Jedziemy na mistrzostwa
świata! Remis, który jest największym zwycięstwem w dziejach
polskiej piłki nożnej.”
Mówi strzlec złotej brami, Pan Jan Domarski…
Jak padł gol, który zmienił historię polskiego futbolu - wszyscy
wiedzą. To elementarz prawdziwego kibica drużyny narodowej.
Kasperczak odbiera piłkę rywalowi, podaje do Laty, ten zbiega z
lewej strony do środka i kiedy Gadocha przebiega przed szesnastką w
jego stronę, ściągając za sobą dwóch obrońców - podaje na prawo do
Domarskiego. Ten strzela najmocniej jak potrafi z linii pola
karnego. Piłka wpada do siatki pod brzuchem angielskiego bramkarza
Petera Shiltona.

- Oczywiście, Shilton mógł obronić. Ale puścił i to jest jego
problem, nie mój - mówi Domarski. I rozprawia się z mitem. - Wielką
krzywdę robią mi ci, którzy piszą, że podobno sam tego gola opisałem
tak: "naszła, zeszła, weszła" czy jakoś tak. To bzdura, nigdy czegoś
takiego nie powiedziałem. Myślę, że to robota niektórych
dziennikarzy, którzy nie mogli przeboleć, że złotego gola na Wembley
zdobył nikomu nieznany Jasiu Domarski gdzieś tam z Rzeszowa. No to
ja w rewanżu wymyśliłem, że od czasu Wembley Shilton co roku
pocztówke mi przysyła na święta. Puściłem to w obieg, a dziennikarze
oczywiście napisali. Niektórzy zresztą piszą do dziś. A jak Shilton
ma mi pocztówki przysyłać, jak on adresu mojego nie zna?

Mówi Pan Kazimierz Górski:

„Pamiętam, jakby to było wczoraj. Remis dawał nam awans. Po golach
Domarskiego i Clarka z karnego Anglików czas gonił coraz bardziej i
strzelali z każdej pozycji. Gdy do końca zostały trzy minuty wstałem
z ławki i wolno poszedłem w kierunku szatni. Pomyślałem, że jak
dojde do linii środkowej, będzie już koniec. Ale sędzia przedłużył
mecz o 3-4 minuty. Nie mogłem stac na środku, wiec podreptałem w
kierunku chorągiewki na wysokości naszej bramki. Doszedłem aż za
bramke, a mecz trwał. Przed moimi oczami Tomaszewski dalej się
gimnastykował. Antek Szymanowski wybił piłke z linii bramkowej.
Wreszcie koniec.

- I co? Radośc?
Nic, cisza. Przejmująca cisza na trybunach. Starsi angielscy kibice
mieli łzy w oczach. W czasie meczu panował taki huk, że nic nie było
słychać. A teraz mogłem cos powiedzieć normalnym głosem i słychac by
mnie było pod druga bramką.

- Anglicy się obrazili?
Nie przyszli na pomeczową kolację. Prasa napisała, że Anglia po raz
drugi nie doceniła Polaków – wczesniej w czasie wojny. Pamiętam
tytuł jednej z gazet: „Koniec świata”. Ale sami sobie winni.

-Dlaczego?
Bo zdenerwowali naszych zawodników. Przed meczem, gdy moi piłkarze
wyszli sprawdzić trawe, wrucili do szatni wzburzeni. Ci angielscy
dżentelmeni krzyczeli na nich „zwierzęta”. Wczesniej w telewizji
gospodarze pokazali dzungle, dzikie zwierzaki i nasz zespół. Tytuł
jednej z gazet: „Przyjechały kmiotki”. Już wiedziałem, że nie musze
nikogo motywować. Pierwszy raz spotkałem się wtedy z wojną
psychologiczną. Nikt nam nie dawał szans. Nie było pytanie czy
przegramy, tylko ile. Po latach czuje satysfakcje, bo pamiętam
dobrze, jak nas określali. "

Bohaterowie z Wembley:

Jan Tomaszewski. Niespełniony trener, spełniony felietonista i
(głównie we własnym przekonaniu) reformator polskiego futbolu.

Antoni Szymanowski. Najbardziej sfrustrowany, przekonany, że nie
umiano go właściwie docenić. Po powrocie z saksów w Belgii
nauczyciel wf. w krakowskiej podstawówce. Potem trener kadry
juniorów, rezerw Wisły, a obecnie czwartoligowego Przeboju Wolbrom.

Jerzy Gorgoń. Karierę kończył w St. Gallen w Szwajcarii, gdzie
mieszka do dzisiaj i ma firmę budowlaną. Od lat 80. z dawnymi
kolegami nie utrzymuje kontaktów. Z piłką nie ma nic wspólnego.
Grywa tylko w tenisa.

Mirosław Bulzacki. Trener juniorów w łódzkiej Szkole Mistrzostwa
Sportowego im. Kazimierza Górskiego.

Adam Musiał. Człowiek rozrywkowy. Już na MŚ '74 ukarany przez
Kazimierza Górskiego absencją w meczu ze Szwedami, bo najdłużej
świętował sukcesy.Dziś administrator stadionu Wisły.

Henryk Kasperczak. Jedyny z tamtej drużyny, który sprawdził się jako
trener - we Francji, w Afryce, w Wiśle...

Kazimierz Deyna. Uznany za trzeciego gracza MŚ '74 po Cruyffie i
Beckenbauerze. Niespełniony w Manchester City, do którego przeszedł
z Legii. Renomę odzyskał w USA, głównie w lidze halowej. Zginął w
1989 roku w wypadku samochodowym.

Lesław Ćmikiewicz. W Niemczech pierwszy rezerwowy - jego miejsce
zajął Zygmunt Maszczyk. Po zakończeniu kariery prowadził kilka
zespołów ligowych. Przeszedł do historii jako pierwszy selekcjoner,
który z reprezentacją Polski przegrał wszystkie spotkania (trzy).
Obecnie trener Tura Turek w III lidze.

Grzegorz Lato. Jedyny z tego grona, która grał w trzech
mistrzostwach świata (strzelając 10 goli). Ze 104 występami w kadrze
lider Klubu Wybitnego Reprezentanta.

Jan Domarski. Strzelec gola na Wembley, później jako piłkarz wiele
już nie dokonał. Trener na Rzeszowszczyźnie.

Robert Gadocha. Pierwszy wyjechał za granicę. Prowadził interesy w
USA, od dawna trenuje amatorską drużynę LOT-u, pomagał też
reprezentacji księży.




Pozdro
Krzysztof
Obserwuj wątek
          • kriss67 Mówi Pan Jan Ciszewski:) 17.10.08, 12:09
            I jeszcze niezapomniany Jan Ciszewski…


            Jak sam przyznaje, transmisja z tego meczu należała do
            najtrudniejszych w jego życiu..

            Oto jak to opisuje..

            „..Trochę się spóźniłem na konferencje prasowa przed meczem. W
            wielkiej Sali siedziało już 30 dobrze ubranych panów, wśród których
            rozpoznałem wielu starych kolegów po mikrofonie z różnych państw…Po
            raz pierwszy w karierze dziennikarza nie ja pytałem o wiele róznych
            spraw, lecz mnie pytano. A wiec „co z Lubańskim”, „kto to jest
            Deyna” itp.

            Byłem w zywiole, ale denerwowało mnie głosne zachowanie komentatorów
            angielskich. Ich nie interesował polska druzyna. Oni jak gdyby sobie
            z niej dworowali. Pomyślałem – ten się śmieje, kto się smieje
            ostatni.

            Staruszek Wembley dysponował urządzeniami, których nie remontowano
            od dnia premiery. Na stanowiska komentatorskie jedzie się 20-osobową
            windą. Kiedy weszliśmy do okropnie skrzypiącego wielkiego pudła,
            francuski komentator z ironicznym uśmiechem zapytał mnie czy
            oglądałem film Pt „Windą na szafot”. A niech cie diabli wezmą –
            pomyślałem. Ja ci to kiedys przypomne.

            Tuz przed transmisją na olbrzymim kartonie napisałem flamastrem
            wielkimi literami „SPOKOJNIE”. Karton umieściłem na monitorze i co
            chwila nan patrzyłem. Jak twierdzili później recenzenci, byłem tego
            dnia spokojny, konkretny i rzeczowy.

            Nie będę opisywał przebiegu wydarzeń. To wszyscy znają. Po lewej
            stronie mojej kabiny pracował Węgier Vitray. Często wychylał się zza
            ścianyi zaciskając kciuk dawał do zrozumienia, że wierzy w naszych
            chłopców. Trzy pietra niżej, na płycie boiska, trwał heroiczny bój.
            Prawym uchem łowiłem głos komentatora angielskiego, Allena Weeksa,
            jak stawał się coraz mniej pewny siebie. Pare minut przed końcem
            jego twarz była żałosną ilustracją tego, co w tym momencie działo
            się z kilkudziesięcioma milionami Anglików. Wrak nie człowiek!

            Koniec meczu. Nawet tu, wysoko nad stadionem słychac było „Jeszcze
            Polska nie zgineła”. Kochani rodacy rzucali się sobie w objęcia,
            płacząc ze szczęścia. Widok ten wzruszył mnie do głębi, przestałem
            nad sobą panowac. Patrzyłem na bezgranicznie szczęsliwy tłum i głos
            mi się załamał. Oczyma wyobraźni widziałem tysiące mieszkan w
            Polsce, gdzie ludzie w szlaenczym uniesieniu płakali jak bobry.

            W chwile potem jechałem skrzypiącym urządzeniem w dół. Wpadłem
            wprost w ramiona Janka Tomaszewskiego który złapał mnie wpół i
            uniósł w powietrze jakbym był piórko…”

            Pozdro
            Krzysztof
            • prazanka44 Re: Mówi Pan Jan Ciszewski:) 17.10.08, 20:19
              Czas by było od legend przejść do czynów. Mogłoby się to zdarzyć, gdyby
              nasza reprezentacja przegrała z dziesięć meczów pod rząd i to co najmniej po
              0:3. Wtedy rozpoczęłaby się pewnie jakaś odnowa i sanacja
              polskiej piłki.
              To się jednak nie zdarzy, bo wszak piłka jest okrągła i każdy, minimalny choćby
              sukces będzie stanowił powód do samozadowolenia dzia-
              łaczy.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka