my.fair
01.05.10, 21:41
Znalazłam taki artykuł:
Piloci mający wiele godzin nalotów na Tu-154 postanowili zabrać głos
po tym, jak premier Donald Tusk publicznie wykluczył możliwość
awarii remontowanej w rosyjskiej Samarze sowieckiej konstrukcji. Jak
twierdzą, przebieg zdarzeń na lotnisku w Smoleńsku wskazuje na
poważne uszkodzenie maszyny.
Do tej pory, ze względu na dobro śledztwa, milczeli. Czarę goryczy
przelały jednak coraz bardziej natarczywe i w żaden sposób
nieudokumentowane próby obarczania odpowiedzialnością za katastrofę
prezydenckiego samolotu z 10 kwietnia na lotnisku w Smoleńsku mjr.
Arkadiusza Protasiuka. Podobnie jak rodziny katyńskie piloci
zwracają uwagę, że na pogrzeb kapitana w Grodzisku Mazowieckim nie
raczył się pofatygować żaden z członków rządu. To niechlubny
precedens w historii lotnictwa.
Założenie, że prezydencki Tu-154M właściwie do samego kontaktu z
ziemią był technicznie sprawny, a winę za wypadek ponoszą piloci,
jest co najmniej nie na miejscu - uważają piloci, którzy wylatali
wiele godzin na tutkach. W ich ocenie, załoga prezydenckiej maszyny
była zespołem znakomitych specjalistów, a przebieg zdarzeń w
Smoleńsku wskazuje na awarię maszyny. - To, co się działo z
samolotem od wysokości ok. 200 m, jest nienormalne i wygląda, jakby
piloci stracili sterowność nad maszyną. Jeśli tak, to katastrofy nie
dało się uniknąć - oceniają.
"Nasz Dziennik" dotarł do pilotów latających na Tu-154. Nie chcą, by
publicznie ujawniono ich nazwiska. Jednak postanowili zabrać głos w
dyskusji, widząc, jak ich koledzy po fachu są bezpodstawnie
obciążani za spowodowanie katastrofy prezydenckiego tupolewa. W
ocenie pilotów, publiczne wypowiedzi m.in. czołowych polityków,
sugerujące, że samolot do chwili rozbicia działał bez zarzutów -
podobnie jak zakładanie błędu pilotów czy nacisków na nich - są
oburzające, szczególnie że nie znamy - a być może nigdy nie poznamy -
zapisów z tzw. czarnych skrzynek. W ocenie lotników, to, co działo
się przed katastrofą z samolotem, jest rzeczą niebywałą w sprawnie
działającej maszynie. - To, co się stało na ostatnim etapie lotu
prezydenckiego samolotu, to nie było żadne podejście do lądowania,
to był wynik tego, co się wydarzyło wcześniej, i to wymaga ustaleń -
oceniają. Z pozostawionych śladów wynika, że samolot nad samą ziemią
zawadził o drzewo - brakuje jednak informacji, jaką częścią i czy to
było przyczyną dalszych zdarzeń - samolot mógł już wcześniej nie
mieć sterowności. Z pojawiających się relacji można wnioskować, że
piloci wiedzieli, na jakiej byli wysokości, byli nawet o tym
ostrzegani, ale najwyraźniej nie mogli zareagować.
- Na pewno robili wszystko, by ratować życie swoje i ludzi na
pokładzie, ale mając niesterowny samolot, nie mogli nic zmienić -
mówią nasi rozmówcy. Co zatem mogło przyczynić się do katastrofy?
Być może doszło do zalodzenia płatowca lub wlotów powietrza do
silnika. To prawdopodobne, bo z danych meteorologicznych wynika, że
panowały ku temu warunki. Gdyby założyć, że w wyniku zalodzenia
doszło do uszkodzenia silnika środkowego, który umieszczony jest
nieopodal instalacji hydraulicznej odpowiadającej za przeniesienie
sterowania samolotem i uszkodzenia tej instalacji, piloci straciliby
kontrolę nad maszyną, zarówno w położeniu horyzontalnym, jak i
wertykalnym. - Wydaje się, że nie można tu mówić, iż pilot schodził,
bo chciał być nisko nad ziemią, czy przed czymś uciekał. Pilot nie
miał sterownego samolotu - dodają. Relacje świadków wskazują też, że
pilot Tu-154M przed upadkiem próbował jeszcze podejść do góry -
bezskutecznie - co także może wskazywać na utratę kontroli nad
samolotem. W ocenie pilotów, od chwili kiedy Tu-154M znalazł się na
wysokości ok. 200 m, z samolotem działy się dziwne rzeczy i wygląda
to tak, jak gdyby samolot nie był już pilotowany, a po prostu spadał.
Rozsypywał się w powietrzu?
Piloci uważają, że także wielkość zniszczeń maszyny przemawia za
wersją jej awarii. Ich zdaniem, samolot rozpadł się - ale nie w
powietrzu, jak niektórzy sugerują - ale przy kontakcie z ziemią. Pół
beczki, jakie wykonał samolot, spowodowało, że kadłub był
nierównomiernie obciążony i maszyna już po zderzeniu z ziemią
zaczęła się rozrywać - górna część kadłuba jest słabiej chroniona,
stąd mogą wynikać wielkie zniszczenia. Mniejsze uszkodzenia maszyny
byłyby możliwe, gdyby samolot uderzył o ziemię podwoziem. Wówczas
mimo dużej prędkości samolotu i szybkości jego zniżania do ziemi
byłaby szansa, że ktoś by przeżył. Pod siedzeniami znajduje się
bowiem jeszcze strefa bagażowa, ciągnąca się przez cały kadłub,
która stanowiłaby dodatkową ochronę. - Także pasy bezpieczeństwa
pracują w "normalnym" położeniu samolotu. W pozycji "odwróconej",
przy zderzeniu z ziemią górnej części kadłuba, pasy dodatkowo mogły
ciąć tułowia ludzi - ocenia jeden z pilotów.
Zdaniem lotników, ogólnie Tu-154 był stosunkowo dobrym samolotem,
miał jednak kilka czułych punktów. Dlatego warto przyjrzeć się
katastrofom, jakim ulegały te maszyny. Wiele z nich było właśnie
efektem awarii drugiego silnika, który następnie niszczył instalację
hydrauliczną odpowiadającą za sterownie samolotem. Skoro tak, to
dlaczego wersja awarii maszyny została tak szybko odrzucona na
boczny tor przez rosyjskich śledczych? Przecież pierwsze dość
kategoryczne zapewnienia, że samolot był sprawy, pojawiły się już
dzień po katastrofie. Czy może to być związane z faktem, że rozbity
samolot niedawno przechodził remont generalny w zakładach
rosyjskiego producenta? Czy wówczas coś mogło zostać przeoczone?
Piloci musieli wiedzieć, co robią
Wśród hipotetycznych przyczyn katastrofy pojawiają się także tezy
dotyczące sposobu podejścia do lądowania i korzystanie - bądź nie -
z systemów wspomagających ten proces. Czy piloci mogli się pomylić w
przypadku, gdyby lądowali "na radiolatarnie"? W ocenie
doświadczonych lotników, to mało prawdopodobne, zwłaszcza że pogoda
w okolicach Smoleńska była stabilna, nie wiały mocne wiatry, a
panująca wówczas mgła świadczyła, iż nad lotniskiem zalegała masa
stojącego powietrza. Mimo ograniczenia widoczności lądowanie w
takich bezwietrznych warunkach nie jest trudne, a samolot łatwiej
naprowadzić dokładnie na pas startowy. - Uważam, że cała kampania
mająca sugerować błędy pilotów, naciski na nich, jest nie na
miejscu. Jako pilot uważam, że trzeba zrobić wszystko, by nie
dopuścić do bezpodstawnego oskarżania lotników - podkreślił nasz
rozmówca. Jak dodał, przypadku tupolewa nie można też łączyć linią
prostą z katastrofą w Mirosławcu, gdzie wskazywano na słabe
wyszkolenie załogi. - To są dwa zupełnie różne wypadki - dodał.
Piloci zgodnie twierdzą, że przede wszystkim trzeba wyjaśnić, z
jakich powodów samolot pod koniec lotu nie był sterowny. Te
informacje muszą zawierać czarne skrzynki, a odczytać powinni je
polscy specjaliści.
- Śledztwo może się toczyć dalej, ale zapisy skrzynek powinny być
już szerzej znane. Ich odczyt nie jest aż tak czasochłonny. Moim
zdaniem, maszyna nie pozwoliła na wykonanie tego, co chcieli piloci.
Dowiedzmy się, dlaczego - zauważył nasz rozmówca.
Warto przypomnieć, że tuż po katastrofie dr inż. Ryszard Drozdowicz,
pilot, specjalista ds. aerodynamiki lotnictwa, analizując wypadek,
sugerował, iż błąd pilota był mało prawdopodobny. Zaznaczał wówczas,
że okoliczności mogą wskazywać na poważną awarię lub zablokowanie
układu sterowania.
Marcin Austyn