absurdello
27.05.10, 13:58
pt. Ananke ... opis katastrofy rakiety "Ariel" podchodzącej do
lądowania na Marsie. :||
"(...) Nagle stało się kilka rzeczy naraz. Obraz rufowych
dysz „Ariela”, w koronie zielonych płomieni, zadrgał inaczej niż
dotąd. W głośniku rozległ się jakiś niezrozumiały bełkot, okrzyk,
coś jakby „ręczna!”, a może „raczej”! - jedno niepojęte słowo
wykrzyczane ludzkim głosem, tak odmiennym, że chyba nie był to
Klyne. Zieleń buchająca z rufy „Ariela” nagle zbladła. Był to ułamek
sekundy. Był to ułamek sekundy. W następnym mgnieniu rozkrzaczyła
się straszliwym, błękitnobiałym błyskiem i Pirx zrozumiał od razu, w
dreszczu osłupienia, który przeszył go od stóp do głów, tak że
głuchy, ogromny głos, co wyrwał się z głośnika, nie zaskoczył go
wcale.
„Ariel” - sapnięcie. - Zmiana procedury. Od meteorytu. Całą naprzód
na osi! Uwaga! Cały ciąg!
Był to automat. W tle tego głosu ktoś jakby krzyczał. W każdym razie
Pirx prawidłowo zinterpretował zmianę barwy ognia wylotowego :
borowodory zastąpił pełny ciąg reaktorów i olbrzymi statek,
zahamowany jakby straszliwym uderzeniem niewidzialnej pięści,
dygocąc wszystkimi spojeniami, zatrzymał się - a przynajmniej tak to
patrzącym wyglądało - w rozrzedzonym powietrzu, tych pięć czy cztery
ledwo kilometry nad tarczą kosmodromu. Chodziło o manewr
niesamowity - zakazany przez wszystkie reguły, postanowienia,
wykraczający poza całą kosmolocję: żeby powstrzymać stutysięczną
masę - bo wszak trzeba było chyżość jej spadania wygasić pierwej,
nim mogła na powrót wystrzelić wzwyż. Pirx zobaczył w
perspektywicznym skrócie bok olbrzymiego cylindra. Rakieta straciła
pion. Przechylała się. Zaczęła, niezwykle powoli, prostować się, ale
wychyliło ją w drugą stronę jak gigantyczne wahadło; ponowny
przechył ćwierćmilowego kadłuba w przeciwną stronę był już większy.
Przy tak małej szybkości utrata równowagi była w tej amplitudzie nie
do opanowania; dopiero w owych sekundach doszedł Pirxa krzyk
głównego kontrolera:
- „Ariel”, „Ariel”! Co robicie?! Co się u was dzieje?!
Jak wiele rzeczy mogło zajść w cząstkach sekund!
Pirx, przy równoległym, nie obsadzonym pulpicie, krzyczał całą
piersią w mikrofon:
-Klyne! Na ręczną!!! Na ręczną do lądowania!!! Na ręczną!!!.
Wtedy nakrył ich nadchodzący przeciągły nieustanny grom. Dopiero
teraz dobiegła ich fala dźwiękowa! Jak krótko musiało wszystko
trwać! Stojący u okien krzyknęli jednym głosem. Kontrolerzy oderwali
się od pulpitów. „Ariel” spadał młyńcem jak kamień, ślepo waląc w
atmosferę smugami zataczającego się ognia ruf; kręcił się powoli,
bezwładny na podobieństwo trupa, jak gdyby ktoś olbrzymią żelazną
wieżę cisnął z nieba ku brudnym wydmom pustyni. Wszyscy stali jak
wryci, w głuchej, straszliwej ciszy, bo już nic nie można było
zrobić; głośnik niewyraźnie chrypiał, bormotał odległą wrzawą, czy
hukiem morza, nie wiadomo było, czy to ludzkie głosy, wszystko się
tam zlewało w jeden chaos; a biały, jakby skąpany w blaskach,
niesamowicie długi cylinder gnał coraz szybciej w dół; wydawało się,
że trafi w samą kontrolę; ktoś przy Pirxie jęknął. Skurczyli się
odruchowo.
Kadłub wyrżnął skosem w jedno z niskich obmurowań poza tarczą,
złamał się na dwoje jakąś dziwaczną powolnością pękając dalej, że
buchnęlo szczątkami na wszystkie strony, zarył się w piach; w
okamgnieniu powstała tam na dziesięć pięter wysoka chmura, w której
zagrzmiało, zagruchotało, trysnęło ognistymi szwami, ponad
zgrzywioną zasłonę wyrzuconego piasku wychynął oślepiająco biały
wciąż dziób statku, oderwał się od reszty, przeleciał kilkaset
metrów w powietrzu, poczuli jedno, drugie, trzecie potężne
uderzenie, te wstrząsy gruntu były tak mocne, jak przy trzęsieniu
ziemi. Cały budynek podniosło, poszedł w górę i opadł niczym łódka
na fali. Potem w piekielnym rumorze rozłamywanego żelastwa wszystko
zakryła przed nimi brązowoczarna ściana dymu i kurzu. I to był
koniec „Ariela”.