To Jarosław Kaczyński wyznacza dziś kryteria, kto

05.09.10, 19:53




To Jarosław Kaczyński wyznacza dziś kryteria, kto w Polsce jest katolikiem


Fot. MACIEK KONRAD/AGENCJA GAZETA
23 maja 1999 r. Oświęcim, Żwirowisko. Kazimierz Świtoń (pierwszy od lewej)...
ZOBACZ TAKŻE
Krzyż Komorowskiego
Homilia to nie mowa oskarżycielska
"Gdzie jest Kościół?" - pytają ze zdziwieniem ci, którzy z troską obserwują eskalację nienawiści wokół krzyża stojącego przed Pałacem Prezydenckim. Gdzie są księża, którzy jeszcze wczoraj, w kampanii prezydenckiej, tak ochoczo popierali Jarosława Kaczyńskiego, a dziś milczą, choć widać, jak krzyż - symbol miłości i poświęcenia - przez zwolenników PiS przerabiany jest na pałkę na politycznych przeciwników? Gdzie biskupi, którzy na wzmiankę o podnoszonej przez polityków - szczególnie PO - refundacji zapłodnienia in vitro wszczynają alarm, że do Polski nadciąga "cywilizacja śmierci", a umywają ręce, kiedy samozwańczy obrońcy krzyża krzyczą o obronie chrześcijaństwa?

W Polsce nikt krzyży nie atakuje, nie mówi, iż powinny one zniknąć z naszego społecznego krajobrazu. To jednak nie przeszkodziło przed kilku laty Kazimierzowi Świtoniowi uznać się za jedynego obrońcę krzyża i Kościoła, gdy okupował oświęcimskie żwirowisko.

REKLAMY GOOGLE
Pokarmy Spalające Tłuszcz
Jak Odchudzają Się Lekarze..? Najnowsze Odkrycie! SPRAWDŹ
PogotowieBikini.net/Raport
Ile lat dożyjesz?
Kalkulator długości życia Sprawdź ile jeszcze lat przed Tobą
stolat.test-4.me
Przybądź do Ziemi Świętej
Pielgrzymka do Ziemi Świętej - podróżą Twego życia
www.holyland-pilgrimage.org/pl
Biskupi obchodzili się z nim wówczas niczym z jajkiem, podobnie jak dziś obchodzą się z samozwańczymi obrońcami "krzyża prezydenckiego", ludźmi, którzy szykują się właśnie do rozbicia "miasteczka krzyżowego" przed Pałacem Prezydenckim.

Doskonale pamiętamy tygodniowe, podobne do dzisiejszych dyskusje, w których katoliccy publicyści przekonywali, że krzyż ma łączyć, a nie dzielić, że jest znakiem miłości bliźniego, a nie nienawiści, i - a jakże - trzeba sprawę szybko zakończyć, bo cierpi na tym autorytet Kościoła. Kiedy więc intelektualiści, napuszeni w swym oburzeniu i niesmaku, mówili rzeczy tak oczywiste, Świtoń doskonale wykorzystywał media (a pamiętajmy, że wtedy nie było jeszcze TVN 24), prezentując się niemal jako komandos - jedyny sprawiedliwy, który narażając życie, broni krzyża, katolickości Narodu (pisanego z wielkiej litery) przed, oczywiście, Żydami.

Także i dziś widzimy ludzi, którzy gotowi są, jak twierdzą, oddać życie, jeśli ktoś zechce ten krzyż z Krakowskiego Przedmieścia przenieść w inne - jak zasugerował prezydent elekt Bronisław Komorowski - bardziej godne miejsce. Także i oni puszą się do kamer, które rejestrują ich święte oburzenie. Im dłużej więc brak jasnych i szybkich decyzji w sprawie przenosin krzyża, tym więcej będzie pojawiać się samozwańczych jego czcicieli i obrońców. [Tekst powstał przed decyzją o przeniesieniu krzyża do kościoła św. Anny]

Przypomnijmy: "problem Świtonia" i krzyży na oświęcimskim żwirowisku przestał budzić emocje, gdy tylko media przestały zajmować się Świtoniem. Podobnie będzie i tu: kiedy krzyż zostanie w procesji, przy asyście księży, przeniesiony do kościoła, a kamery telewizyjne nie będą już czatować przed Pałacem, licząc, że może których z obrońców krzyża zdecyduje się do niego przykuć, problem sam zniknie.

Ale to nie wszystko. Bo sęk w tym, że - jak poucza Jezus - "nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego" (Mt 7,21). Analogicznie: nie każdy, kto dziś krzyczy, że broni krzyża, jest wiernym uczniem Mistrza z Nazaretu. Ba, oglądając tych, którzy "bronią" krzyża, trudno oprzeć się wrażeniu, że są oni przede wszystkim wyznawcami Kościoła Jarosława Kaczyńskiego, a nie Kościoła Jezusa Chrystusa. I rzeczywiście: Jarosław Kaczyński zachowuje się dziś jak świecki prymas.

A przecież jeszcze na początku lat 90. ten polityk karcił styl działania liderów partyjnych, głównie ZCHN, sprowadzający się do wykorzystywania religii w wojnie politycznej, który dziś sam uprawia. Mówił, że najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski wiedzie przez ZChN. Dziś, na co ślepi są księża i biskupi, najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez PiS.

Bo mało kto dostrzega, że to prezes PiS, a nie biskupi czy księża, wyznacza dziś kryteria, kto jest katolikiem w Polsce, a kto nie jest. Dobrymi katolikami są ci, którzy - podobnie jak Kaczyński - obstają za tym, by krzyż przyniesiony przez harcerzy w dniach żałoby stał przed Pałacem Prezydenckim. Złymi katolikami są ci, którzy uważają, że krzyż powinien zostać przeniesiony do jednego z pobliskich kościołów. Już nie wiara w to, że Jezus jest prawdą, drogą i życiem, czyni kogoś chrześcijaninem, ale to, czy podzielasz przekonania, które wobec krzyża formułuje przywódca partii.

Cóż jednak na to abp Kazimierz Nycz - ordynariusz archidiecezji warszawskiej? Co na to inni hierarchowie? Nic. Milczą. Umywają ręce, podobnie jak umywali ręce, kiedy Świtoń pouczał ich, jak powinni bronić krzyża. Jeśli jednak Kościół umywa ręce w sytuacji, która stanowi naturalne pole jego działalności, to cóż nam po Kościele? Cóż po biskupach, którzy powinni zareagować natychmiast, gdy okazało się jasne, że nie chodzi tu o obronę krzyża, lecz o polityczną hucpę? Czego boją się biskupi? Że zostaną oskarżeni przez samozwańczych obrońców krzyża, iż są zdrajcami jego i polskości, bo przecież nie Ewangelii Jezusa Chrystusa? Boją się, że przez wyznawców Jarosława Kaczyńskiego zostaną nazwani sprzedawczykami?

No tak, oskarżyć biskupa, że stoi tam, gdzie stoją wrogowie Kościoła i krzyża, a nie stoi tu, gdzie prawdziwi Polacy i prawdziwy katolicy, to dla niego śmiertelny cios. Lęk przed taką łatką każe zachować milczenie wobec zła i profanacji krzyża. Ale przecież ten typ agresywnej i politycznej religijności, który dziś obserwujemy na Krakowskim Przedmieściu, nie wziął się znikąd.

Jest owocem duszpasterskiej strategii, gdzie "dobra ustawa" liczy się bardziej niż Dobra Nowina, gdzie słuszne poglądy polityczne są ważniejsze niż świadectwo Jezusowej otwartości i miłości, gdzie polskość jest ważniejsza niż chrześcijańskość, gdzie wierność przywódcy politycznemu jest ważniejsza niż wierność Ewangelii, gdzie oportunizm jest bardziej w cenie niż chrześcijańska odwaga, za którą nierzadko trzeba zapłacić wysoką cenę.

Milczenie w sprawie krzyża kontrastuje z ochoczym zajmowaniem przez Kościół stanowiska w kwestiach politycznych czy też obroną kościelnych interesów. Biskupi nie mają problemów, aby ogłaszać publiczne listy, iż politycy, którzy popierają in vitro, nie powinni przyjmować komunii świętej. Nie mają kłopotu, by bić na alarm, że katolicy w Polsce są dyskryminowani, bo Trybunał Strasburski upomniał się o prawa tych, którym polskie szkoły nie zapewniają dostępu do lekcji etyki. Hierarchowie potrafią pisać listy do parlamentarzystów, gdy pojawia się choćby cień szansy na zaostrzenie i tak rygorystycznego prawa antyaborcyjnego...

Problem z Kościołem w Polsce na tym polega, że gdy powinien mówić i działać, jak w sprawie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, milczy jak zaklęty. Kiedy zaś powinien zachować wstrzemięźliwość (jak choćby w sprawie in vitro) i skupić się na formowaniu sumień, gdyż każdy katolik moralne dylematy rozstrzyga w swym sumieniu, zachowuje się jak policjant, który za każde przewinienie moralne gotów jest wyznaczać kary.

Dzień
Pełna wersja