jot-es49
09.11.10, 11:50
Analizując wszelkie dostępne informacje oraz niezliczoną ilość opinii (głównie pilotów, którzy zetknęli się z Tu-154, latali na nim w różnych warunkach pogodowych, lądowali na przeróżnych lotniskach - w tym podobnych do smoleńskiego jeśli chodzi o wyposażenie naziemne) chcę się pokusić o kilka wniosków, które z tych informacji i opinii najczęściej, niczym mantra, powtarzają się.
A więc - staż, szkolenie, ogólny i szczególny nalot poszczególnych członków załogi jak i współgranie zespołu w całości. Wniosek jest jeden - błąd załogi. I o ile jest to jeden czynnik po stronie ludzkiej o tyle cały system, który za tym błędem stoi w żadnym przypadku nie odnosi się do załogi. I tak - system szkolenia i zgrywania załóg, powiedzmy sobie szczerze - nie istniał w ogóle. Bajki opowiadane przez gen. Czabana o super wyszkoleniu załóg, właśnie między bajki można włożyć.
Żaden, podkreślam, żaden z członków tej załogi nie miał prawa usiąść na stanowisku które w tragicznym locie zajmował, dla samodzielnej pracy. Wszyscy oni byli, bez obrazy, zaledwie praktykantami na tym typie samolotu (Jerszow określił ich nie jak uczniaków a wręcz niemowlaków w swoim fachu - nie ma w tym żadnej złośliwości - jest doświadczenie poparte 19.000 godzin na Tutce, w tym 11.000 jako dowódca).
Naturalnie dla naszych, wysoko postawionych dygnitarzy lotniczych - byli doskonałymi pilotami ale zapewne tylko i wyłącznie dlatego, iż nikogo lepszego w służbie nie było.
No ale jeśli pułkownik pilot w wieku 45 lat jest w rezerwie i bawi się w "Żelaznego" to trudno się dziwić, że ci naprawdę najlepsi są poza służbą - zarabiają pieniądze!
Ja wiem, że brzmi to prawie obrazoburczo, ale porównując wiek, doświadczenie i nalot poszczególnych członków załogi w tym wypadku lotniczym z innymi załogami wskazanymi w raportach o wypadkach lotniczych na tym typie samolotu (ale i na innych) - nasi byli na samiutkim końcu tego rankingu. Za nimi już tylko jedno wielkie "zero".
Można zatem postawić pytanie najważniejsze. Jaka była wina załogi?
I jedna, jedyna odpowiedź - żadna!
Nie oni bowiem odpowiadali za swoje wyszkolenie a raczej jego brak. Nie oni ustalali skład załogi na feralny lot bowiem system mieszania członków załóg nie od nich zależał.
Mówienie o brakach kadrowych post factum stawia pod wielkim znakiem zapytania sens istnienia tej formacji wojskowej. Nie ma załóg - nie wykonuje się lotów z takim zestawem pasażerów (i w ogóle nie powinno się wykonywać żadnych).
Wystarczyła jedna krótka odpowiedź w stosunku do wszystkich, jacy by oni nie byli, organizatorów tego lotu - "nie lecimy!" Wszak nie stanowi to wielkiego problemu! Wszystkie linie lotnicze czarterują samoloty! Tylko, czy byłby tak odważny jakikolwiek minister w Rządzie czy Kancelarii Prezydenta, wysoko postawiony dowódca wojskowy (o załodze już nie wspominając), który mógłby wypowiedzieć te nader proste słowa: "nie lecimy!"?
A takie odpowiedzi, wszyscy odpowiedzialni za polskie lotnictwo, powinni słyszeć przy każdym planowanym wylocie. Może wówczas jakieś konkretne działania zostałyby podjęte.
I to właśnie jest pierwszy wniosek jaki należy wyciągnąć z tego tragicznego wypadku.
Trawersując słowa Piłsudskiego: "Pieniądze wydane i pot wylany na szkolenia - to mniej nieudanych lądowań - oszczędność wartości najważniejszej - ludzkiego życia".
C.D.N.