medy2
02.10.10, 13:00
Mam pytanie do pani Ewy, jak i również liczę na Wasze odczucia, czy "doświadczenia". Mój problem nie dotyczy seksu, pod tym względem jest elegancko, dotyczy samej relacji z kobietą, sensu jej utrzymywania. Sensu karmienia dziewczyny iluzją że mnie kocha.
Najpierw moja sytuacja:
Mam 26 lat, skończone uniwersyteckie studia, mieszkam w dużym mieszkaniu w bloku wraz z matką i 18-letnią siostrą (która już pracuje). Od 2 lat pracuję fizycznie, zarabiając trochę ponad tysiąc złotych. Okoliczności w jakiś sposób wynikają z faktu, że będąc na ostatnim roku studiów uderzyła we mnie sytuacja rodzinna, co wiązało się koniecznością natychmiastowego podjęcia jakiejkolwiek dostępnej pracy aby móc się po prostu utrzymać. Siebie, mieszkanie, oraz chorą matkę, i siostrę. Tak więc mając w cv skończone dwa kierunki studiów humanistycznych i same "doświadczenia" prac fizycznych dla potencjalnego pracodawcy jestem po prostu bublem. Oczywiście mógłbym zainwestować w siebie, jakieś kursy etc., tyle że opłaty za czynsz i mieszkanie pochłaniają >80% procent mojej pensji. Reszta idzie na ubrania, książki, i drobne wydatki jak spotkania z przyjaciółmi raz w tygodniu czy wyjście gdzieś z kobietą.
Teraz jej sytuacja:
Jest w moim wieku. Niższe ode mnie wykształcenie, ale zarabia znacznie więcej ze względu na wsparcie rodziców którzy - jak mi się wydaje - dawali jej od zawsze wszystko oprócz miłości. Jest niezwykle atrakcyjna, typ kobiety od której emanuje jej seksualność, "normalni" faceci się takich chyba boją. Dlatego jak mi się wydaje zawsze przyciągała do siebie m.in. typowych skur... ma więc w temacie związków dużo doświadczeń oraz niemało bolesnych rozczarowań. Mając intuicję mogę więc świadomie dawać jej akurat to czego emocjonalnie oczekuje.
Na czym polega problem:
Jestem z natury agresywny i nieprzejmujący się otoczeniem, więc nawiązywanie znajomości z kobietami od zawsze przychodziło mi łatwo. Później na studiach zainteresowałem się trochę quasi-teoriami psychomanipulacji, co jeszcze poszerzyło te możliwości. Związku z tym nauczyłem się uwodzić i kontrolować w związku kobiety niejako bez względu na moje okoliczności.
Czy krzywdzę kobietę będąc z nią?
Niecały rok temu poznałem dziewczynę która daje mi wszystko co najlepsze; wszystko to co kobieta może dać mężczyźnie. Jest niesamowicie piękna, ambitna, i posiada wiele innych cel charakteru które jako całość stanowią dla mnie ideał. Mam świadomość że rezygnując z niej mogę mieć wiele innych, ale już raczej z żadną nie będzie mi tak dobrze, i w łóżku, i wszędzie indziej. A jednak od jakiegoś czasu doskwiera mi coraz oczywista świadomość, że ona się marnuje z kimś takim jak ja. Zarabia więcej, wie że jestem po prostu biedakiem, ale tak tę dziewczynę omotałem, że nie widzi świata poza mną. Czasami udaje jej się przejrzeć na oczy, wtedy wyraża swoją dezaprobatę, ale ja chyba już nawet nieświadomie wtedy krzywdzę ją w jakiś sposób, po to by jeszcze bardziej jej emocje uwiązać. Ona jest w tym związku szczęśliwa, ja też, ale męczy mnie niepokój. Korzystniej dla niej by było gdyby związała się z kimś z klasy średniej, tyle że mężczyźni z tej klasy boją się jej urody myśląc pewnie "taka laska to nie moje progi".
Czy można coś naprawić?
Nie chce narzekać - napisałem to tylko po to aby ktoś wyraził swoją opinię, może ma podobne doświadczenia. Jestem urodzonym optymistą, ale w tej sytuacji - nie. Siła mojego egoizmu sprawia że chcę mieć dla siebie to co najlepsze, a jednocześnie czuję, że tej atrakcyjnej kobiecie marnuje życie rozkochując ją w sobie. W najbliższych latach nie poprawie swojego bytu, bo wydatki uniemożliwiają inwestowanie w siebie, trwając więc na takim poziomie na jakim trwam emocjonalnie ją obciążam. Ktoś mógłby doradzić; jeśli będzie Cię chciała rzucić to to zrobi, jednak impulsywnie to uniemożliwiam, bo potrafię odruchowo manipulować czyimiś emocjami. Ktoś mógłby doradzić; jeśli Cię kocha to na dobre i na złe; tyle że dla mnie nie zbliża się "na dobre".
Każdy ma prawo być szczęśliwy i piąć się w górę - myślę, że w jakiś sposób odbieram jej te prawa. Mam szczerą chęć już z nią zerwać, tylko że - oto puenta - bardzo ją tym skrzywdzę.