sant.iago
25.10.10, 14:11
Wstaję rano, po bułeczki, śniadanko, dzieci do szkoły. Potem z żoną musieliśmy załatwić sprawę na mieście, ale zaraz wróciliśmy. Mam dziś wolne. Żonuś wychodzi do pracy dopiero za pół godziny, dzieciaki w szkole, więc chata wolna. Pomyślałem sobie, że warto taką okazje wykorzystać, tym bardziej, że wolna chata w środku dnia zdarza się nam raz na ruski rok. Moja lepsza polowa wsuwała właśnie sałatkę, kiedy się o tym dowiedziała. Reakcja była następująca:
- następny posiłek ma za 8 godzin, a ja jej bronię się najeść,
- musi się umyć i ubrać,
- ton wskazujący na złość i święte oburzenie, jak ja mogę coś takiego proponować.
Zatrzęsło mnie bo ja rozumiem mało czasu, można nie mieć chęci czy nastroju, może boleć głowa, brzuch czy mały palec u lewej nogi, ale żeby się oburzać na propozycję seksu z własnym mężem? Tak właśnie rzekłem, walnąłem swetrem na kanapę i poszedłem robić kawę. Żona, zwana dalej towarzyszką życia, coś tam grzebała się w strefie nocnej domostwa, po czym powiedziała, że przywiezie dzieci o tej i o tej, więc żebym obiad im dał i wyszła bez żadnego pa, cześć czy pocałuj w doopę.
I teraz tak. Moja towarzyszka życia generalnie jest dla mnie jak współlokator z cyckami a nie żona. Nigdzie razem nie wychodzimy, nie spędzamy ze sobą czasu, ona mnie nie chwali, nie docenia i dość często bez wyraźnej przyczyny jest niemiła, ja jej nie kupuję kwiatków, nie komplementuję i nie robię tych wszystkich rzeczy, które pozwalają poczuć się kobiecie adorowaną. TŻ skutecznie mnie do tego zniechęciła. Nie rozumie, że ja potrzebuję kobiety i nie po to się żeniłem, żeby mieć obiad podany i skarpety wyprane.
Próbowałem rozmawiać. Kim ja dla ciebie jestem? -brak odpowiedzi. Może warto by przejść razem przez to życie i choć trochę zadbać o ten związek, przynajmniej dla dobra dzieci -dla dzieci i tak dużo robi. Uczuciom można pomóc, z życia można czerpać całkiem sporo radości, trzeba tylko chcieć -nie mamy po 20 lat. Dla mnie więcej nie trzeba. Rozumiem, że TŻ ma mnie i moje potrzeby głęboko w doopie i nie mam co liczyć na jakąkolwiek zmianę. Seks oczywiście leży i kwiczy, ale to raczej konsekwencja, a nie sam problem, którym wg mnie jest totalne odrzucenie mnie.
Czy kulturalne napomknięcie nt seksu może być oburzające?
Słyszeliście o małżeństwach, które funkcjonują wyłącznie w oparciu o wspólny interes?
Nie jestem gotów na stawianie ultimatum, mam nadzieję, że da się coś z tym zrobić.