Gość: kirsten
IP: *.netland.3s.pl
08.12.10, 00:34
Żyję w związku prawie 8 lat. Każde z nas niezależne finansowo, każde ze sowim mieszkaniem, pasjami, słabostkami.
On odwozi mnie z pracy, przygotowuje jedzenie, kupuje kwiaty. Ja mu pichcę jedzonko, opowiadam o znajomych, wyciągam na spacery. Uwielbiam go, a on mnie - widać to w jego oczach. Znajomi nie potrafią się nadziwić, że patrzymy na siebie tak, jakbyśmy byli ze sobą kilka tygodni.
Nie zależy mi na ślubie, ale w sumie to nie mogę zrozumieć, dlaczego nie chciałby się ze mną związać oficjalnie. Kwestia wygody? Gdyby jedno z nas musiało się przeprowadzić do drugiego, straciłoby pozycję? o co w tym chodzi? bo raczej nie o ograniczenie wolności - oboje mamy do siebie zaufanie, wyjeżdżamy z innymi znajomymi, wychodzimy na noc, ale żadne z nas nie zdradza. Potrafimy rozmawiać o każdym "miałem na nią ochotę tak, że aż mi głupio".
Niby wszystko jest ok. ale gdybyśmy żyli razem, wynajmowali drugie mieszkanie, mielibyśmy więcej pieniędzy na zagraniczne podróże (lubimy daleki wschód, co niestety sporo kosztuje), nie trzeba byłoby rano jechać do siebie się przebrać... Rozumiecie o czym mówię... Co takiemu facetowi siedzi w głowie?