Gość: A.
IP: *.rev.pro-internet.pl
04.01.11, 19:29
Mam taki problem, że z 30 lat życia – przez 10 kocham się platonicznie i bez wzajemności w jednym mężczyźnie.
On w tym czasie wyszalał się, poznał swoją obecną żonę, zrobił dziecko, kupił psa, wziął kredyt i napisał doktorat.
A ja mam wrażenie, jakbym przez te lata nic nie zrobiła. Życie toczy się gdzieś obok, a ja je od lat obserwuję, nie uczestnicząc.
To jest świetny facet. Czułam to od początku, ale im lepiej go znam, tym bardziej jestem tego pewna i tym bardziej żałuję, że nigdy nie miałam możliwości z nim być.
Jak tak patrzę wstecz, to robiłam dużo, żeby przestać o nim myśleć. Raz nawet wyjechałam na rok. Ale to nic nie daje, to zupełnie nic nie daje. I nie wiem jak to możliwe, ale tak jest.
I pewnie, czasem, choć rzadko, miewam różne, hm, przygody. Ale to wszystko jest niewiele warte. Każdego innego „wchodzącego w grę” faceta, prędzej czy później, porównuję do tego. I porównanie to zawsze wypada tak samo.
Oczywiście, mogę bez niego żyć, ale to jest życie na pół gwizdka, nierzeczywiste życie fantazjami, które nigdy się nie spełnią.
Sama się wpędziłam w taki stan, mam wrażenie jakbym się zacięła w jakimś pomieszczeniu i nie mogła wyjść. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy mi to nie sprawia jakiejś perwersyjnej przyjemności tak trwać sobie w tej beznadziei i od czasu do czasu rozczulać się nad sobą do łez.
Post podobnej treści napisałam rok temu na innym forum. Ale ten piszę tu (chociaż wiem, że akurat tu szczególnie nie pasuje, bo nie jest ani o partnerstwie, ani o seksie, tylko o ich braku), bo mnie znęciła obecność eksperta. Pani Ewo, proszę, niech pani napisze coś takiego, co mi otworzy jakąś klapkę czy inne styki połączy w głowie.