jak żyć, kim jestem....

IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 02.10.11, 02:20
Cześć.
Jestem 34 paru letnim żonatym mężczyzną.
Pokićkało mi się życie strasznie...nawet nie wiem od czego zacząć.
No dobra najważniejsze pytanie które mi chodzi po głowie:
Czy ja kocham swoją żonę?, czy kiedykolwiek kochałem, czy w ogóle znam to uczucie i umiem kochać. Co to znaczy kochać kogoś?
Kurdę chyba tym ostatnim pytaniem, sam sobie odpowiedziałem.
Trwam w małżeństwie od 5ciu lat, mamy 4 letniego syna, który jest dla mnie wszystkim.
Aby zrozumieć moje podejście do życia, muszę chyba zacząć od początku.
A więc, życie mnie nie rozpieszczało. Nie miałem ojca (nawet nie wiem kto to jest - moja mama pewnie też nie), matki też nie miałem, bo wolała wódkę i nocne życie, ciągłe libacje itd itp.
Wychowywała mnie babcia, i wychowała na dobrego człowieka, zbyt dobrego jak na ten skrzywiony świat.
Babcia zmarła gdy miałem 18 lat, i zostawiła mnie samego w mieszkaniu wraz z moja wiecznie zarąbaną mamusią. Na domiar złego jestem do dziś dzień Prawnym Opiekunem mojej mamusi, co wtedy przysparzało mi nie lada problemów. Od 18 do 24 roku życia byłem w "związku" z mamusią w moim mieszkaniu, nie wychodziłem na imprezy zbyt często, bo nie było mnie na to stać - miałem darmozjada, a racze darmo pijcę w domu, poza tym nie mogłem przyprowadzić żadnej koleżanki do domu z wiadomych względów. Zresztą nie było szans, bo wtedy panicznie bałem się jakiegokolwiek kontaktu z kobietą. Właśnie mając 24 lata pocałowałem się tak naprawdę po raz pierwszy. Okres ten był też moja musztrą życiową jeżeli chodzi o swoje "ja".
Jak wspomniałem wcześniej zostałem bardzo dobrze wychowany na tzw. dobrodusznego człowieka. W zderzeniu z pierwszą prawdziwą pracą, gdzie był to zakład z branży metalowej i siła rzeczy był to prawdziwy twardy męski świat, szybko wyszły moje "słabe strony", i moi koledzy przez kila lat "kształtowania męskiej osobowości" sprawili że teraz mam przynajmniej cholernie twardą dupę, i skorupę na grzbiecie,za co im tutaj właśnie niesamowicie dziękuję.
W wieku 24 lat poznałem też moją obecną żonę, zresztą też dzięki kolegom z pracy. Akurat trafiło tak, że miała wszystkie cechy które powodują że potrafiłem się w jednej chwili zauroczyć. Krótkie włosy i dziarska, bardzo konkretna, bez zahamowań babka z którą już na pierwszym kontakcie można gadać i żartować nawet o seksie. Takie kobiety nazywa się często "twardymi babkami". Żeby zatrzymać taką kobietę przy sobie zadłużyłem mieszkanie, bo randki były kosztowne a tak naprawdę nie było mnie na nie stać co tydzień w weekend. Po 2 latach "chodzenia" gdy moja dziewczyna znała doskonale już sytuację u mnie w domu, otrzymałem ultimatum - albo wyrzucam mamusie do jej mieszkania (tak mamusia od zawsze miała własne mieszkanie - co prawda puste, bo wszystko sprzedała na wódkę) albo ona. No cóż młodzieńcza miłość silniejsza więc mamusia dostała w końcu kopa na własne podwórko.
Nie wiem jak to się stało ale pewnego dnia moja obecna żona pojawiła się w drzwiach z walizkami, no cóż wpuściłem i od tej pory mieszkamy razem. Do momentu ślubu, a właściwie chwili narodzin syna było super. Zresztą syn był też zaplanowany przez żonę, przestała brać tabletki anty, odczekała 3 miesiące i dokładnie w płodny dzień zaciągnęła mnie do łóżka, później się dowiedziałem że właśnie robiłem dziecko (o odsunięciu tabletek wiedziałem wcześniej). Po prostu nie powiedziała mi przed, że to właśnie będzie nasza pierwsza próba zaciążenia. Ślub wzięliśmy ze względu na dziecko, żeby przyszło na świat i miało prawowitych rodziców. Nie było w tym żadnego ślubu po wpadce, w końcu mieszkaliśmy razem już kilka lat, że będziemy robić dziecko też wiedzieliśmy, a że wyszło za pierwszym podejściem, no cóż takie życie.
Po narodzinach synka, stało się to czego się najbardziej obawiałem. Mam taką prywatną teorię, kobieta uważa swojego mężczyznę za tego jedynego, ukochanego itd itp tylko do narodzin dziecka. Po urodzeniu już to nie wygląda tak różowo, właściwie facet zrobił swoje, dziecko jest, zajmij się teraz bytem rodziny, i zaczyna się jałowa proza życia. To samo tyczy się zdrad, kobieta w związku przez ślubem, porodem raczej nie zdradzi, natomiast kobieta zamężna z dzieckiem (tym bardziej odchowanym) ma dużo mniejszy hamulec, a niektóre wręcz marzą o innym ciastku. W każdym bądź razie u mnie było i jest coraz gorzej. Jestem facetem który sprząta w domu, prasuje, codziennie ścieli łóżka, szykuje i odprowadza syna do przedszkola, czasami ugotuje obiad w Niedzielę. Do tego cały dzień pracuje, dobrze zarabia, utrzymuje rodzinę itd itp. A mimo to nie ma uszanowania u swojej żony. Jak wspominałem wcześniej moja żona jest twardą babką, steruje wszystkim, ma na przód ułożone życie i plany, które ja biernie wykonuję (czasami nie świadomie). O ile przed narodzinami to było bardzo pomocne, to po nich stało się przyczyną dlaczego ja już do niej chyba nic nie czuję. Przytoczę parę klasycznych sytuacji z życia.
1. Ostatni zgrzyt. Miałem imieniny, chciałem zaprosić w Sobotę Naszych znajomych na kolację. Żona wirdziała o tym, w Sobotę pojechała gdzieś z synem, ja zaprosiłem znajomych na 18:00. Postanowiłem zrobić niespodziankę i przygotować sałatkę z kebabem. Dostałem też zadanie "ma być posprzątane jak wrócę" - cytat. Ze sprzątanie się nie wyrobiłem, bo żaby dostać wszystkie składniki to odwiedziłem wszystkie markety w moim mieście. Przez to też zacząłem sałatkę robić późno, żona przyjechała o 18:00. Na starcie ryk , że jedzenie jeszcze nie gotowe, na dodatek nie posprzątałem. A najważniejsze że Ona nie będzie siedzieć do późna bo dziecko i Ona są zmęczeni, że miałem wcześniej zaprosić gości itd itp. No cóż, żarcie wywaliłem do śmieci i poszedłem na swoje imieniny do znajomych...".
2. Pracuję całe dnie, mam też jeden dzień pracy biurowej w domu, gdzie siedzę nad raportami, projektami technicznym i moje komórki mózgowe zmuszone są do myślenia i analizy na 120% możliwości, to tak męczy że wolałbym pracować ja co dzień w terenie. No ale nadchodzi 15:00 żona wpada do domu po swojej pracy i pierwsze co słyszę "a Ty znowu przy laptopie siedzisz, i jak się ściemniało cały dzień w pracy"....ręce i cycki opadają, aż mam ochotę rzucić tą pracę, i niech ona się martwi o życie.
3. Jak czasami ostro się kłócimy, i powiem że nie mam tyle czasu co ona na codzienne obowiązki, bo ktoś musi zarobić na życie to słyszę niejednokrotnie "kasa nie jest najważniejsza, zresztą ile ty zarabiasz, to nie jest żadna kasa" (mam na rękę sporo powyżej średniej krajowej). Odechciewa się wszystkiego.
Kilka razy usłyszałem że jestem "pizdą" itd itp.
A propos obowiązków domowych mojej żony: obiadu w tygodniu nie ma, jemy w knajpach, od 15 do 18 trzeba się zająć dzieckiem, o 18:00 przeważnie Ja wracam do domu, codzienne zakupy albo ja podczas powrotu albo żona-różnie, ścielenie łóżek zawsze ja, kolacja różnie, mycie dziecka różnie, czytanie bajek przeważnie żona (ja wtedy już pracuję przy laptopie). Czy to aż tak dużo , żebym słyszał każdego dnia jak wrócę "jaka ja dzisiaj jestem zmęczona...." - dosłownie codziennie!.
Moja żona nie prosi mnie o coś, tylko wydaje polecenia "ściągnij pranie", "zrób kolację" itd itp, steruje wszystkim, jak przy takiej osobie czuć się facetem, mężczyzną w domu.
A na koniec aspekt uczuciowy:
Po narodzinach dziecka nie pamiętam żeby powiedziała mi kiedykolwiek że mnie kocha, nie całujemy się w ogóle też już od paru lat, częstotliwość uprawiania seksu spadał wraz z długością małżeństwa, do niedawna średnia "aż" raz w miesiącu, aktualnie po raz pierwszy nam nie wyszło, żona nie rozgrzała się na tyle aby coś z tego wyszło, stwierdziłem że mój dotyk już na nią nie działa, zresztą Ona mnie już chyba też nie podnieca. Tutaj kłania się też całkowity brak szacunku co do mojej osoby, po prostu po sprowadzeniu mnie psychicznie do nędznego pantofla, tekstami i komentarzami nie mam ochoty na tę osobą, czuję wstręt.
Zresztą niby na żarty czasami powie mi jak się zapytam "czy ma ochotę na kogoś innego, czy wyobraża sobie być mi wierną do końca swoich dni"....odpowiedź chyba już znaci
    • potwor_z_piccadilly Re: jak żyć, kim jestem.... 02.10.11, 09:11
      Zasadniczo to wy stanowicie partnerski związek, lecz jest on obciążony narastającym bakiem szacunku jednego z partnerów względem drugiego.
      Przyczyny.
      1 - Ona się wścieka bo
      a - jesteś typem pasywnym
      b - drażni ją coś w twoim sposobie, podejścia do niektórych spraw, twój styl wysławiania się, argumentowania i możliwe że nadmiar tych argumentów.
      2 - Wywodzi się ona z rodziny w której panował matryjarchat.
      3 - Już jako gó...ara przyjęła sobie linię postępowania z mężczyznami typu - lepiej walić niż obrywać, a że trafiła na podatny obiekt to hula sobie wesoło mówiąc sobie w duszy - no proszę jaka jestem sprytna, sprawdziło się.
      4 - Ożeniłeś się z patologicznie zimną jednostką.
      Rady.
      Etap pierwszy sprawdzający jej zdolność do przeistoczenia się ze złośliwego dremordusa w ciepłą empatyczną żonę.
      Nie wdając się w dyskusje absolutnie szczerze, zimno, asertywnie nastawiony oświadczasz.
      Tu masz wzór.
      www.youtube.com/watch?v=NSiCGJfiGxs
      Piosenkę możesz wykorzystać w grze o wasze jutro.
      Groźby z jej strony, słowotoki, dąsy, jakieś ha ha ha - a co ty mi możesz, spokojnie kwitujesz przysłowiem "ten się śmieje kto się śmieje ostatni" i zero dyskusji.
      Etap drugi uzupełniający, ewentualnie kończący.
      Wiesz jak się gasi płonący szyb naftowy ? Pewno tak, bo wyglądasz (przynajmniej w tej kwestii) na gramotnego gościa.
      Podsadza się ładunek nitrogliceryny i BUUUUM !!!!
      Czytaj.
      W twojej sytuacji ta robiona z serca sałatka nie powinna wylądować w koszu, lecz na tej rozdartej fizjonomi. Tak, piekło by było, owszem. Ty spokojnie byś przetrzymał nawał czekając na zadane połowicy wcześniej pytanie - wóz, czy przewóz.
      Ostrzeżenie.
      Nawet za skarby świata nie wybieraj drogi swojej mamusi. Zalewając swoje traumy gorzałą odpłyniesz i pogrążysz się na amen. Napisałem to pro forma bo z tego co napisałeś wynika że w tej kwestii trzymasz się i niech tak zostanie.
      Powodzenia.




      • Gość: Yans Potworze - BINGO! IP: *.adsl.inetia.pl 21.12.11, 16:24
        Furiatki studzi powtarzanie tego samego zdania, które daje im poczucie, że:
        - nie jesteś "mientki",
        - coś tam masz w zanadrzu,
        - masz lekko wbite i godzisz się na kilka przegranych bitew by zwyciężyć wojnę.

    • ewa.zeromska Re: jak żyć, kim jestem.... 02.10.11, 10:22
      Witam cię i dziękuję za wyczerpujący i szczery post.
      Cóż, mam wrażenie, że miejsce w którym się znalazłeś ( życiowe miejsce), jest trochę na własne życzenie. Tak układało się twoje życie, że nie miałeś żadnych wzorców i wydawało ci się, że wystarczy być przyzwoitym człowiekiem, żeby życie układało się dobrze i bez konfliktów.
      Na dodatek, chyba od zawsze chciałeś mieć własną. poukładaną rodzinę, żeby nie powtórzyć własnego dzieciństwa.
      I trafiła się na twojej drodze kobieta, która wzięła sprawy w swoje ręce, a ty , pełen ufności i dobrej wiary, poddałeś się. Odpowiadało ci to jej zarządzanie twoim życiem.
      Tyle tylko, że miarka się przebrała.
      Zaczynasz dostrzegać, że nie tak to sobie wyobrażałeś, a tymczasem ona, twoja żona rozhuśtała się w swoim dowodzeniu. Trochę jej na to pozwoliłeś, to musisz przyznać.
      Moim zdaniem dobrze się stało, że się buntujesz, tylko na czym polega ten bunt?
      Wylałeś żal na forum, to pierwszy krok, wcale nie najgorszy, bo pewnie usłyszysz niejedną opinię.
      Ale to za mało. Musisz zdobyć się na odwagę i poważnie porozmawiać z żoną. Ona musi cię usłyszeć!!
      Myślę, że powinieneś jej bardzo wyraźnie powiedzieć, że nie wyobrażasz sobie dalej takiego życia, takiego traktowania.
      Szacunku do siebie nie można na nikim wymusić, więc nie możesz od niej li tylko werbalnie żądać szacunku dla siebie. Zacznij od tego, że szanujesz samego siebie i na pewne rzeczy nie godzisz się, nie akceptujesz ich i dajesz temu wyraz.
      Opracuj rozkład waszych obowiązków domowych i wyznacz, co należy do niej, co do ciebie i bądź konsekwentny. Jeśli coś, co ona miała zrobić, nie jest zrobione, to trudno, nie rób za nią.
      Nie ustawiaj się na pozycji służącego. To wasz dom, wasza rodzina, więc w takim samym stopniu dbacie o to oboje.
      Jeśli jeszcze raz usłyszysz coś niepochlebnego na swój temat, to po prostu wyjdź z domu, tak jak stoisz, bez komentarza, bez kłótni.
      Wróć po jakimś czasie i powiedz, że nie zamierzasz wszczynać awantur, ale też nie pozwolisz się obrażać.
      Miej pod kontrolą domowe finanse, w końcu ciężko na wszystko pracujesz.
      Najważniejsze. Nie bój się własnej żony, nie ulegaj szantażowi na jakikolwiek temat.
      Na początku będzie ci trudno, może ona nawet cię wyśmieje, ale ty nie zrażaj się i bądź konsekwentny, spokojny i stanowczy.
      Zawalcz o swoją pozycję w domu, ale zrób to z klasą. Konsekwencja ( parę razy użyłam tego słowa) jest dużo bardziej skuteczna niż awantura, czy obrażanie się.
      Powodzenia, pozdrawiam

      • potwor_z_piccadilly Re: jak żyć, kim jestem.... 02.10.11, 13:45
        ewa.zeromska napisała:

        >. Musisz zdobyć się na odwagę i poważnie porozmawiać z żoną. Ona
        > musi cię usłyszeć!!
        > Myślę, że powinieneś jej bardzo wyraźnie powiedzieć, że nie wyobrażasz sobie da
        > lej takiego życia, takiego traktowania.

        To jest to czego nie dopisałem.
        Napisałem ze ma jej wygarnąć, utwardzić się i czekać na pozytywną reakcję.
        Czyli, na jej gotowość do rozmowy na warunkach równoprawnych partnerów, a nie jak złośliwego karbowego z podwładnym. Innej drogi nie widzę.
        Tu znów odpowiednie jest powiedzonko Wołodyjowskiego "jak nie będą się ciebie bali, to się będą z ciebie śmieli".

        > Szacunku do siebie nie można na nikim wymusić,

        Szacunku rzeczywiście nie, lecz respekt tak, a ten w prostej linii prowadzi do szacunku.
        Dlatego na zasadzie "raz kozie śmierć", zaleciłem facetowi urządzić jej mini tsunami.
        Tu dedykacja dla Pani ekspert, a i autorowi wątku powinno to dać do myślenia.
        www.youtube.com/watch?v=8gEJ1WBm_IU
        Pozdrawiam.



        • n.wataha Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 10:10
          potwor_z_piccadilly napisał:

          > ewa.zeromska napisała:
          >
          > >. Musisz zdobyć się na odwagę i poważnie porozmawiać z żoną. Ona
          > > musi cię usłyszeć!!
          > > Myślę, że powinieneś jej bardzo wyraźnie powiedzieć, że nie wyobrażasz so
          > bie da
          > > lej takiego życia, takiego traktowania.
          >
          > To jest to czego nie dopisałem.
          > Napisałem ze ma jej wygarnąć, utwardzić się i czekać na pozytywną reakcję.
          > Czyli, na jej gotowość do rozmowy na warunkach równoprawnych partnerów, a nie j
          > ak złośliwego karbowego z podwładnym. Innej drogi nie widzę.
          > Tu znów odpowiednie jest powiedzonko Wołodyjowskiego "jak nie będą się ciebie b
          > ali, to się będą z ciebie śmieli".

          Raczej w obecnym stadium tego związku rozmowa NA PEWNO nic nie da.
          Czemu? Ponieważ tyle lat facet robił to co ona chciała, więc wszelka rozmowa będzie czymś na wzór "więźnia jęczącego zza krat do strażnika - wypuśćcie mnie!"
          Strażnik będzie miał to w d..ie, a więzień dalej będzie jęczał.

          Pierwszym krokiem powinno być najpierw podbudowanie własnego poczucia wartości. Poczucia się, że jest się jeszcze coś wart.
          Drugim etapem zachwianie tronem, na którym "księżniczka z bajki" tak się wygodnie rozsiadła przez tyle lat.

          Dopiero gdy jej ("księżniczki z bajki") pewność siebie mocno opadnie, możesz sobie pozwolić na partnerską rozmowę. Dopiero gdy obie strony mniej więcej zrównają swoje wkłady w ten związek. Jeśli ona od siebie nic nie dawała, to rozmowa dawcy z biorcą nie ma najmniejszego sensu. Dopiero gdy biorca przestanie otrzymywać ciągle to czego chce i jego pozycja zostanie nadwątlona, przyjdzie czas na partnerską rozmowę.
      • izawawa Re: jak żyć, kim jestem.... 02.10.11, 18:50
        Weź i przekonaj DDA żeby bardziej się szanował, był konsekwentny w działaniu i przestał we wszystkim ustępować. To bardziej niż trudne! Ale faktem również jest, że jest to jedyny sposób na zmianę.
    • Gość: yzek Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.171.8.50.static.crowley.pl 02.10.11, 11:40
      No nic nie mam do powiedzenia poza wyrazami współczucia. Niestety.

      Ale założę zakładkę na Twoją historię i będę ją pokazywał każdemu, którzy facetów w Twojej sytuacji sprzed spotkania żony "pocieszaja", że na pewno kiedyś kogoś znajdą.

      Y.
    • li_lah Re: jak żyć, kim jestem.... 02.10.11, 14:40
      tzn, źle Ci ktoś doradził, że podział obowiązków masz ustalić Ty. bzdura, zaognisz problem. zacznij z żoną rozmowę na spokojnie, usiądźcie i wspólnie ustalcie co kto robi i dlaczego.

      -smieszne jest dla mnie twoje podejście do ścielenia łóżek. czy to aż tak wiele nawet jesli robisz to Ty? ile kosztuje wysiłku przykrycie łóżka kocem? ja swoje łóżko mam tak pościelone, że kołdra leży pod kocem i wszystko wygląda cacy. w zyciu nie chcialoby mi sie bawic z chowaniem poscieli do wersalki czy cos w ten deseń. po co sobie utrudniać?

      -zakupy niech robi ten, kto jeździ autem, dlaczego ktoś masz dźwigać ciężary i iść z tym pieszo, jesli łatwiej można samochodem? dla mnie jest niewazne kto to zrobi, no chyba, że nie macie auta. ciężko jest poza tym robić zakupy z małym dzieckiem, raz, że trzeba go upilnować, dwa dzieci robią sceny w sklepach, bo czegoś chcą, można się pochlastać od takich zakupów.do tego powrót z ciężkimi siatami i malym biegającym dzieckiem dookoła. miód po prostu.

      -jeśli pracuje, to ma prawo być zmęczona i nie wysłuchiwać twoich sfrustrowanych wynurzeń nt. obiadu czy nieposprzątanego mieszkania. znajdźcie tanią stołówkę, nie dość, że szybko, dobrze to niedrogo i bardziej się opłaca tam jeść niz gotować w domu. problem rozwiązany, przynajmniej w tym temacie. sprzątajcie raz w tygodniu np w soboty. z tymi kolacjami i kąpaniem dziecka, niech robi to ten, kto ma siłę.

      W ogóle to odnoszę wrażenie, że Ty wychodzisz z założenia, że skoro zarabiasz powyżej przeciętnej to wszystko powinno spaść w domu na twoją żonę, a tymczasem ona jest twarda i sobie nie daje i ma rację! macie jeszcze małe dziecko, nad którym opieka bardzo męczy, ponadto ona też pracuje, nie zapominaj o tym.

      Spokojna rozmowa, ale taka bez oskarżeń i wyciągania spraw z przeszłości. Oboje macie usiąść i powiedzieć co komu nie pasuje i nie wszczynać o swoje żale od razu awantury.

      seks, no cóż, gdy partnerzy się ciągle kłócą, mają poczucie żalu wobec drugiej osoby, to nie ma bata, niewiele jest par, które potrafią się odciąć od problemów dnia codziennego i radośnie fikać w sypialni.
      • n.wataha Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 10:02
        Hm, to co napiszę nie gwarantuje Ci, że zadziała. Ale spróbować na pewno nie zawadzi.

        We wszelkich związkach z zasady im więcej dajesz, tym mniej dostajesz. Niestety jest to bolesna, ale szczera prawda.
        Innymi słowy, im więcej okazujesz uczuć, tym mniej okazuje Ci ich druga osoba. Im więcej robisz w domu, tym mniej robi w domu druga osoba. I co najważniejsze im bardziej jest pewna swojej pozycji, tym mniej stara się.

        Więc pierwszym krokiem jaki powinieneś zrobić, to zachwiać tym przekonaniem żony i jej dominującej pozycji. Czyli dać jej jednoznacznie do zrozumienia, że "nie starasz się, to bez łaski, może inna się postara".
        Oczywiście nie chodzi mi o to byś już natychmiast znajdował sobie kochankę.
        Chodzi raczej o okazywanie wszem i wobec, że jesteś nazbyt uprzejmy dla innych dam, zauważasz je i potrafisz komplementować nawet w obecności żony.
        Potrafisz nie wrócić na noc (choćbyś miał przenocować u kolegi) nie tłumacząc się z tego faktu żonie. Zacząć nazbyt dbać o swój wygląd, nie zwracając uwagi na żonę.
        Odseparować się w pewien sposób od niej, czyli przenieść się do drugiego pokoju i nie dać się naciągać na wspólne spanie. Choćby na pewien czas gdy wreszcie zauważysz, że i ona robi coś w kierunku zmian, POZYTYWNYCH ZMIAN w Waszych relacjach!

        Jeśli mimo jej charakteru uda Ci się tymi sposobami wzbudzić w niej staranie się o względy u Ciebie (tak, staranie się o względy drugiej osoby powinno być podstawą przez cały czas trwania związku, bo nie ma nic gorszego dla związku niż zobojętnienie i zbyt duża pewność siebie, że "papierek" daje mi nad drugą osobą władzę do końca życia), to powinieneś odbudować Wasze relacje już na partnerskich zasadach, gdzie dajesz z siebie tyle ile dostajesz.
        Wiem, to bardzo cyniczne i mające niewiele wspólnego z szaloną miłością. Niestety tak w życiu bywa, że "szalona miłość" występuje u jednej strony, a druga ją jedynie wykorzystuje.
        Lepiej zamiast tego "szalona" wstawić "partnerska".

        Czy te moje "rady" poskutkują? To zależy czy faktycznie Cię kocha i zależy jej by Cię nie stracić. Jeśli Cię kocha, to spróbuje zmienić swoją postawę "biorcy" na coś bardziej pozytywnego.
        Jeśli jednak jesteś w jej oczach jedynie "zdobyczą" upolowaną by założyć rodzinę, to niestety nie zmieni się i albo będziesz dalej trwał w roli (jak sam to określiłeś) "pantofla", albo niestety pozostaje się rozstać, bo na dłuższą metę będzie to dla Ciebie nie do zniesienia.
        Dla dziecka również, bo dzieci podświadomie odbierają atmosferę jaka panuje w domu i zła atmosfera ma całkiem silny wpływ na ich psychikę.
    • mama_myszkina Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 12:12
      W swoim zyciu zawodowym spotkałam kilka takich par, gdzie bierny mąż dostał się pod pantofel żony-żandarmki. Jak już napisała p. Ekspert, trochę to było na własne życzenie w znaczeniu takim, że żona zachowywała się jak głównodowodząca już przed ślubem, ale wtedy Ci to odpowiadało.

      Uważaj z wybchami gniewu, bo żona nie zawaha się zadzwonić po policję i wrobić Cię z przemoc domową jak tylko podniesiesz głos. Częśc policjantów jest po szkoleniach i powinna zauwazyć, kto tak naprawdę jest pieniaczem, ale może być różnie. Dlatego, moja rada jest taka, że kiedy żona rozpocznie następną awanturę, Ty dzwonisz na Niebieską Linię. Dlaczego? Ponieważ Twoje prośby i groźby nic nie dadzą - żona nie ma do Ciebie szacunku i Cię nie słucha. Natomiast wizja ingerencji z zewnątrz może ją trochę ostudzi, to dość prawdopodobne. No i wytrącisz jej z ręki broń.

      Może to brzmijak zimna kalkulacja, ale te wszystkie wyzywania i poniżania Ciebie, wydawanie poleceń itp. to jest przemoc psychiczna. Znikanie z dzieckiem też. prawdopodobnie żonie nie spodobał się pomysł zaproszenia znajomych i uznała, że zniknięcie z synem to dla Ciebie 'kara'. Facet, który znika z domu z synem mówiąc żonie 'tylko żeby było posprzątane jak wrócę' to autokrata. I to działa w obie strony.

      Innymi słowy, zwróć się po pomoc do instytucji z zewnątrz, szczególnie jeśłi sytuacja eskaluje. Żona wygląda mi na taką, która nie zawaha się Ciebie pacnąć jeśli za bardzo się postawisz, miej więc pod ręką telefon do Niebieskiej Linii i nie czekaj aż pacnie.

      Są mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet i lubią się na nich wyżywać. Są też kobiety, które nienawidzą mężczyzn. Moze jest to trauma z przeszłosci itp. Ja nie wiem. Natomiast wiem, że żona nie widzi w swoim zachowaniu niczego nagannego, więc nie nastawiaj się, że coś się zmieni bez Twojej stanowczej ingerencji.

      Znajdź sobie hobby, bądź niezależny, stanowczy, w razie krzyków i jazgotu dzwoń na policję albo na Niebieską Linię, ale nie odpowiadaj agresją!

      I moze rozważ terapię dla DDA (dorosłych dzieci alkoholików), bo taka dobroduszność i poświęcanie się to może być efekt obarczenia matką-alkoholiczką.
      • n.wataha Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 13:40
        mama_myszkina napisała:

        > w razie krzyków i jazgotu dzwoń
        > na policję albo na Niebieską Linię, ale nie odpowiadaj agresją!

        To zależy co chcesz tym osiągnąć. Jeśli argumenty do rozwodu, to z pewnością jest to bardzo dobre rozwiązanie (nagrywanie audio czy wideo również może spowodować zaprzestanie ataku).
        Ale czy jest to sposób na poprawę sytuacji? Z pewnością nie, gdyż osoba, do której wzywa się policję czy nagrywa jej poczynania raczej starać się będzie bardziej pilnować, ale z WIĘKSZĄ DOZĄ NIENAWIŚCI do potencjalnej ofiary ataku.
        Są osoby, które właśnie gdy spróbujesz się bronić za pomocą namacalnych dowodów będą raczej atakować w bardziej wyrafinowany sposób, a nie, że zaprzestaną agresji.

        Uważam, że jeśli liczysz na poprawę sytuacji, to w momencie próby wszczęcia awantury przez drugą stronę podstawą nie jest zebranie dowodów "kto zaczął/kto się awanturuje" lecz pozostawienie tej atakującej osoby samej i wyjście w angielskim stylu z domu (choćby po to by druga strona ochłonęła, a Ty nie dał się sprowokować). W angielskim stylu, czyli odwracasz się na pięcie I BEZ SŁOWA WYCHODZISZ!
        Możesz wyjść na 15 min, pół godziny. Wszystko zależy jak szybko sam opanujesz swoje emocje. Ważne by nie wdać się pyskówkę.

        Niebieska linia jest moim zdaniem raczej sytuacją, gdy już nie wierzysz w sens trwania tego związku. Jeśli jeszcze wierzysz, to staraj się nie wdawać w pyskówki.
        • mama_myszkina Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 15:36

          > To zależy co chcesz tym osiągnąć. Jeśli argumenty do rozwodu, to z pewnością je
          > st to bardzo dobre rozwiązanie (nagrywanie audio czy wideo również może spowodo
          > wać zaprzestanie ataku).

          Niekoniecznie.

          Są różne badania, które dowodzą, że zdecydowane kroki ze strony ofiary przemocy domowej w wielu przypadkach prowadzą do zaprzestania takich praktyk przez sprawcę oraz do zahamowania eskalacji przemocy. Szukanie pomocy na zewnątrz to najlepsze, co ofiara moze zrobić, aby związek ratować. Wynika to z faktu, że jedynie wizja ingerencji z zewnątrz hamuje sprawcę. I wtedy część podejmuje terapię i inne kroki zmierzające do ratowania związku. Część oczywiście czuje się skrzywdzona, że ofiara szuka pomocy, 'bo przecież nic takiego się nie wydarzyło', ale to już jest rezultat okreslonych cech charakterologicznych.

          .... czy nagrywa jej poczynania raczej starać się będzie bardz
          > iej pilnować, ale z WIĘKSZĄ DOZĄ NIENAWIŚCI do potencjalnej ofiary ataku.

          Nikt nie sugeruje nagrywania.

          W myśl tego, co piszesz kobiety obarczone mężem-przemocowcem powinny siedzieć cicho w imię poprawy sytuacji. Tu też mamy do czynienia z przemocą, po prostu role się odwróciły.

          > Uważam, że jeśli liczysz na poprawę sytuacji, to w momencie próby wszczęcia awa
          > ntury przez drugą stronę podstawą nie jest zebranie dowodów "kto zaczął/kto się
          > awanturuje" lecz pozostawienie tej atakującej osoby samej i wyjście w angielsk
          > im stylu z domu (choćby po to by druga strona ochłonęła, a Ty nie dał się sprow
          > okować). W angielskim stylu, czyli odwracasz się na pięcie I BEZ SŁOWA WYCHODZI
          > SZ!

          Niestety, ale dość często takie żony-sekutnice ;) dzwonią wtedy na policję i przedstawiają się jako ofiary przemocy ze strony męża. Jak ten wróci do domu, to już na niego czeka patrol albo dzielnicowy. Odradzam. Niestety, są kobiety, które wiedzą, że statystyki są po ich stronie i próbują to wykorzystać.

          > Możesz wyjść na 15 min, pół godziny. Wszystko zależy jak szybko sam opanujesz s
          > woje emocje. Ważne by nie wdać się pyskówkę.

          Moja rada - wyjdź i zadzwoń jednak na tę Niebieską Linię.
          >
          > Niebieska linia jest moim zdaniem raczej sytuacją, gdy już nie wierzysz w sens
          > trwania tego związku. Jeśli jeszcze wierzysz, to staraj się nie wdawać w pysków
          > ki.

          Nieprawda. Niebieska Linia jest dla ofiar przemocy niezależnie od ich intencji zostania/zerwania.

          Myślę, że popełniasz podstawowy błąd myśląc, iż ingerencja z zewnątrz równa się końcowi związku. Wcale nie. Taka ingerencja często stanowi kubeł zimnej wody dla sprawcy. Oczywiście, część sprawców, jak już pisałam, niczego się nie uczy. Ale bez ingerencji z zewnątrz sprawy zazwyczaj eskalują.
          • n.wataha Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 17:55
            > W myśl tego, co piszesz kobiety obarczone mężem-przemocowcem powinny siedzieć c
            > icho w imię poprawy sytuacji. Tu też mamy do czynienia z przemocą, po prostu ro
            > le się odwróciły.

            Myślę, że nadinteretujesz.

            Pisałem wyraźnie - dać do zrozumienia, że nie godzimy się na rolę osoby wykorzystywanej i potrafimy poradzić sobie bez osoby, która nas wykorzystuje. Coś takiego trudno nazwać "siedzeniem cicho w imię poprawy sytuacji".
            Gość gotuje, robi zakupy, sprząta, niańczy dziecko, w większej części utrzymuje rodzinę i ma robić jedynie to na co pozwala mu żona.
            Nie musi już od pierwszego kroku stawiać na środki siłowe w postaci policji. Może najpierw spróbować zburzyć tą idylkę poprzez zaprzestanie niańczenia żony. Poprzez postawienie księżniczki przed faktem, że idylka się skończyła i teraz dostanie dokładnie tyle ile da z siebie.
            Robi fochy? To nie będzie zakupów, wydziera się? To niech się powydziera do lustra. Nie chce sypiać z mężem? To mąż pakuje torbę i wyprowadza się na kilka dni nie mówiąc dokąd.

            Nie mówię, że kroki jakie Ty proponujesz nie będzie musiał wprowadzić w czyn. Mówię jedynie, że kroki te nie podbudują w oczach tej kobiety jego wizerunku człowieka bardziej pewnego siebie i kogoś, kto nie da sobie wchodzić na głowę z byle powodu. Bo raczej ta dama będzie obawiać się telefonu na policję, niż tego, że mąż za przeproszeniem kopnie ją w zadek, bo nie jest warta bycia z nią i poszuka sobie kogoś bardziej wartościowego.
            Nawet przemocowiec, jeśli zauważy, że ofiara nie zamierza być ofiarą i zamierza go zostawić w cholerę, to z pewnością zacznie się zastanawiać czy nie przegiął. Przemocowcy są takimi, bo druga strona podświadomie przyzwala na przemoc. Czyli nienawidzi traktowania siebie jako ofiary, ale "dla dobra wyższego", np. dzieci, nie jest w stanie odejść. Jeśli by taka osoba jednoznaczie pokazała "podnieś jeszcze raz na mnie rękę, to więcej mnie już nie zobaczysz" to da jednoznaczny sygnał drugiej stronie.
            Ale zadziała to wyłącznie gdy groźba ta jest realna. Czyli ofiara musi się jednak liczyć z tym, że wprowadzi groźbę w życie. Bo powtarzanie w kółko tego ostrzeżenia, powoduje, że przemocowiec przestaje się przejmować tymi groźbami, zdając sobie sprawę, że to czcze gadanie bez pokrycia.
            • mama_myszkina Re: jak żyć, kim jestem.... 03.10.11, 18:38

              >
              > Pisałem wyraźnie - dać do zrozumienia, że nie godzimy się na rolę osoby wykorzy
              > stywanej i potrafimy poradzić sobie bez osoby, która nas wykorzystuje. Coś taki
              > ego trudno nazwać "siedzeniem cicho w imię poprawy sytuacji".


              No dobrze, ale np. na Niebieskiej Linii pracują specjaliści i przeszkoleni wolontariusze, którzy potrafią doradzić, jak sobie z taką przemocą psychiczną poradzić i co robić. Tak więc udanie się tam po pomoc wydaje się rozsądne i to zwłaszcza jeśli związek chcemy uratować. Poprzez ingerencję z zewnątrz rozumiem nie nalot umundurowanych służb, ale otwarcie się na pomoc organizacji i terapeutów, którzy pomogą sobie z tą sytuacją poradzić. Jesli mąż poczuje się silniejszy, to żona już nie będzie miała nad nim takiej władzy. Obawiam się, że bez tej wewnętrznej rpzemiany wyjście z domu zostanie wyśmiane, a powrót może okazac się kłopotliwy jeśli żona zmieni zamki w międzyczasie....

              Wyjście z domu i przeczekanie to jest unikanie sytuacji a nie jej rozwiązanie. Do rozwiązania potrzebna jest pomoc i wewnętrzna przemiana, inaczej mąż może tak wychodzić przez następne 20 lat ;)

              > Gość gotuje, robi zakupy, sprząta, niańczy dziecko, w większej części utrzymuje
              > rodzinę i ma robić jedynie to na co pozwala mu żona.
              > Nie musi już od pierwszego kroku stawiać na środki siłowe w postaci policji. Mo
              > że najpierw spróbować zburzyć tą idylkę poprzez zaprzestanie niańczenia żony. P


              Zgadza się, ale na policji obowiązuje niestety zasada, kto pierwszy ten lepszy. Tzn kto pierwszy dzwoni po pomoc jest zazwyczaj traktowany bardziej serio. To nie jest ok, ale tak niestety jest. I jeśli mąż wyjdzie, a żonka zadzwoni, to koniec końców on moze mieć przekichane ;) Poza tym, zadzwonienie na Niebieską Linię nie powoduje najazdu mundurowych. Można pogadac o problemie a w razie oskarżeń, zostaje ślad na korzyść strony rzeczywiście pokrzywdzonej.

              > oprzez postawienie księżniczki przed faktem, że idylka się skończyła i teraz do
              > stanie dokładnie tyle ile da z siebie.


              Tak tak, tylko, że pewne typy w obliczu strącenia z piedestału zaczynają grac mocno nie fair. I moja sugestia terapii, rozmowy z NL itp miały właśnie na celu asekurację na taką ewentualność.

              Nie chce sypiać z mężem? To mąż pakuje torbę i wyprowadza się na kilka dni
              > nie mówiąc dokąd.


              No, tu akurat bym przystopowała. Sypiać z mężem można nie chcieć z wielu powodów. Moim zdaniem nie o seks tu chodzi ale o fakt, że żona odmawia pracy dla ratowania związku.

              Dodatkowo myślę, że tej kobiecie wyprowadzka męża byłaby na rękę i dlatego nie tędy droga.


              > Nawet przemocowiec, jeśli zauważy, że ofiara nie zamierza być ofiarą i zamierza
              > go zostawić w cholerę, to z pewnością zacznie się zastanawiać czy nie przegiął


              Nie. Niektórzy wtedy zabijają ofiarę albo przemoc psychiczna eskaluje do przemocy fizycznej często o dramatycznym przebiegu. Dlatego lepiej szukac pomocy na zewnątrz, bo sprawca nie czuje się już taki bezkarny.

              > . Przemocowcy są takimi, bo druga strona podświadomie przyzwala na przemoc. Czy
              > li nienawidzi traktowania siebie jako ofiary, ale "dla dobra wyższego", np. dzi
              > eci, nie jest w stanie odejść. Jeśli by taka osoba jednoznaczie pokazała "podni
              > eś jeszcze raz na mnie rękę, to więcej mnie już nie zobaczysz" to da jednoznacz
              > ny sygnał drugiej stronie.


              Ach, gdyby to było takie proste.... Nie wiem, jakie masz doświadczenia z przemoca domową, ja mam tak z 15 lat doświadczenia zawodowego i ręczę, że nie tak to wygląda, przynajmniej z mojej perspektywy.

              Eskalacja przemocy w 95% następuje właśnie kiedy ofiara zaczyna się 'stawiać'. Czesto z fatalnym skutkiem.

              • Gość: xman Re: jak żyć, kim jestem.... IP: 87.204.253.* 20.12.11, 21:53
                Kurdę trochę pojechaliście z ta przemocą domową.
                Chciałem zaznaczyć że, widzę na przykładzie Naszych znajomych że ja staram się bardziej wypełniać rozmaite wspólne obowiązki niż moi koledzy w swoich związkach, i jest to w ogóle nie doceniane. Przecież żona mnie nie bije (zresztą nie miała by szans w końcu to kobieta), chociaż parę razy w papę dostałem, ale bardziej był to test czy oddam - bo wie że obiecałem sobie że nigdy już nie uderzę kobiety (raz mamusię zataiłem, ale była tak pijana że nawet nie poczuła i nie pamięta, aja tak).
                Tak naprawdę zdaję sobie coraz bardziej sprawę że JUŻ NIE KOCHAM MOJEJ ŻONY I BYĆ MOŻE NIGDY NIE KOCHAŁEM, albo mam bardzo poważny kryzys. Zresztą jestem po poważnej i właściwie pierwszej rozmowie gdzie powiedziałem jej że nic już nie czuję na to ona że one jeszcze coś czuje i.....pozostało po staremu.
                Kurdę ida święta Bożego Narodzenia, jak ja chciałbym poczuć atmosferę rodzinnych świąt jak to było w domu rodzinnym. Ale nie ma szans będzie jak zawsze od 7 lat, po prostu prawie kolejny zwykły dzień jeszcze z pretensjami że trzeba tyle się narobić do kolacji itd. Szkoda mi mojego dziecka że tak naprawdę nie wie co to święta, na pytanie o nie mówi że to "Urodziny Świętego Mikołaja" i kojarzy je wyłącznie z prezentami. Pierdolę to, nie chcę tak żyć, perspektywa pozostałych 30-tu lat takiego życia doprowadza mnie do strasznych dołów.
                A na koniec chyba najważniejsze, przez 8 lat zdradzałem regularnie żonę, miałem stałą partnerkę z którą się rozumiem bez słów, jesteśmy tak do siebie podobni że czasami myślę czy nie mamy wspólnego ojca. Aktualnie zakończyłem ten romans, bo też we mnie coś pękło duże nie byłem w stanie żyć na rozdrożu. A najważniejsze to to że nie mam żadnych wyrzutów sumienia, po prostu przez te kilka lat spędziłem cudowne chwile z kimś innym....
                • porando Re: jak żyć, kim jestem.... 20.12.11, 22:44
                  No wiec uzywajac matemtyki,
                  Masz 34 lata i od 8 lat masz/miales stala kochanke tzn od 26 roku zycia a wiec zaczlaec zycie na dwa fronty po 2 latach "chodzenia" i mniej wiecej wtedy kiedy on sie wprowadzila i zaszla w ciaze? No tak i to Ci skomplkowalo caly swiat...
                  I jak wygada z Twojego opisu od tego momentu wszystko zaczelo sie toczyc z gorki i to glownie z JEJ WINY... Ty byles prawie idealnym mezem..

                  Hm.. i Ty jakos o tym ze caly czas miles kochanke nie napisales na poczatku a teraz tak przy okazji podajesz jako nieistotny fakt.. ktory wg mnie zachwial cala Twoja historie...

                  I teraz aby miec jakakolwiek miarodajna i obiektywna opinie potrzeba by bylo wysluchac jak to wyglada ze strony Twojej zony.
                  Pewnie ze jej nie kochasz skoro caly czas miales kochanke ...
                  Mozna byc idealnym robotem w domu ale braku prawdziwej milosci nie da sie niestety ukryc..
                  Nic wiecej nie ma sensu pisac. To co masz sam sobie zrobiles albo sie to tego bardzo przyczyniles niestety...
                  • Gość: gość Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.aster.pl 21.12.11, 08:07
                    Historia smutna i wzruszająca_ byłaby_ gdyby nie końcówka.Jesteś nieuczciwy! Żyjesz w kłamstwie od początku małżeństwa.Twoja żona jest szczęśliwa?
                  • Gość: xxxx Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.11, 09:03
                    Nie szkoda mi ciebie i nie dziwie sie, ze takie masz zycie.....jestes hipokrytą nie chce uzywac mocniejszych słow, ze jestes podłym czlowiekiem...nigdy nie rozumiałam taich ludzi i nie rozumie....Należało nie brac ślubu...bo po co skoro związałes sie z kims innym i z inną kobieta byłeś szczęsliwy!?!?....z nia trzeba było ułozyc sobie życie i miec normalna rodzine- ze świateczna atmosfera od lat...a na dziecko płacić alimenty...bo...NIE WIERZE, ZE ROMANS I ZAANGAZOWANIE uczuciowe i szczęście Z INNA OSOBĄ nie przekłada sie na zachowanie i odczucia Twoje wobec zony i nie ma to wpływu na relacje w małżeństwie!!!!...nie wierze ze nie ma to wpływu!? nie wierze też, ze kobieta uważna nie widzi róznych " dziwnych " symptomów zawsze romans widać tylko nie każdy chce widziec może, zona sie nie domyslała kochanki, ale pewnie widziała, ze cos jest nie hallo między wami, bo wierz mi same ścielenie łózek i robienie innych cznnoci nie starcza...zreszta w dobrym związku mawiaja , ze wszytsko robi sie samo........
                    Rozumiem,ze okazywałes uczucia kochance i czułośc i z taka sama werwą okazywałes je zonie????? Nie wierze w coś takiego musiałbys miec rozdwojejnie jaźni....a może nie starczyło zonie urodzenie dziecka a jej odsuniecie zbieglo sie z twoim chlodem emocjonalnym oziębieniem uczuc bo tymi obdarowywałes kochanke??????

                    Pewnie aby to wiedziec należaloby zapytac twojej małzonki jakie ona ma obserwacje ze swojego zycia z Toba....dwa byce wieloczynnościowym robotem i robienie zakupów, posiłków, ścielenie łózka nie zastopi ciepłych czuc i czułości wobec bliskiej osoby...na związek pracuje sie i robia to 2 osoby- nic nie dzieje sie bez przyczyny- akcja- reakcja....a że Cie kocha jeszcze i ma z Toba dziecko a widzi, ze jest cos nie hallo reaguje w ten a nie inny sposób na Ciebie....bo np. nie ma odwagi odejść, bo dziecka ojca pozbawi, bo kocha... bo....i tu wpisz co uważasz...

                    Chory związek sam stworzyłeś...weź rozwód ( nie trzeba było brać slubu, ale to juz musztarda po obiedzie) i ułóż sobie jak juz przeanalizujesz swoje błedy zycie...nie mecz kobiety, siebie...a dziecko też obserwuje rodziców i ich relacje....jak jest źle to dzieciak tez z tego pozytk nie ma, bo po co pełna rodzina jak dysfunkcyjna.

                    • Gość: xxxx Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.12.11, 10:22
                      Mam taką prywatną teorię, kobieta uważa swojego mężczyznę za tego jedynego, ukochanego itd itp tylko do narodzin dziecka. Po urodzeniu już to nie wygląda tak różowo, właściwie facet zrobił swoje, dziecko jest, zajmij się teraz bytem rodziny, i zaczyna się jałowa proza życia.

                      Niekoniecznie musi byc to prawda...pisałes, ze zona jest z tych co o wszytskim mozna porozmawiac nawet o seksie...to dlaczego nie rozmawialiscie o tym? Nie pytałes? ja znam inna też sytuacje kiedy zostawia sie kobiete z opieka nad dzieckiem samej sobie bo to takie nie meskie, nie interesuje sie dzieckiem, nie pomaga w opiece i nie tyle o pomoc kobiecie tu chodzi a o wyrabianie więzi z dzieckiem, bo nam kobieta łatwiej z racji 9m ciązy, a o zaangazowanie sie w opieke aby nie czuc sie odsunietym w okresie po porodzie od kobiety...niektórzy mezczyzni sa jak dzieci nie rozumieja, ze kobieta realizuje opieke nad noworodkiem, niemowlakiem zgodnie z tym co mówi jej natura, bo dziecko jest bezbronne i samo niczego przy sobie nie zrobi i nagle jest mniej czasu dla partnera, męza a ten czuje sie jak dzieciak odsuniety zamiast zaangazowac sie w opieke i pomoc matce własnego dziecka i uczestniczyc w ich zyciu od pierwszgo dnia pologu.....zawsze lepiej mniec pretensje niz odrobine emaptii....sami często sie panowie odsuwaja w tym okresie od partnek, a potem pretensje, a nie zawsze kobieta umie i pamieta o tym aby partnera, meza angazować...nie dziwie sie- ja byłam przygotowana z racji wykształcenia na poród i opieke nad dzieckiem a jednak była to dla mnie nialada zmiana....o 180 stopni całego zycvia choc sie tego spodziewałam i nie miałam 18 lat.....wiec należalo sie angazowac i rozmawiac, rozmawiac...o wszytskim...

                      dwa:

                      A na koniec aspekt uczuciowy:
                      Po narodzinach dziecka nie pamiętam żeby powiedziała mi kiedykolwiek że mnie kocha, nie całujemy się w ogóle też już od paru lat, częstotliwość uprawiania seksu spadał wraz z długością małżeństwa, do niedawna średnia "aż" raz w miesiącu, aktualnie po raz pierwszy nam nie wyszło, żona nie rozgrzała się na tyle aby coś z tego wyszło, stwierdziłem że mój dotyk już na nią nie działa, zresztą Ona mnie już chyba też nie podnieca.

                      Ma to związek z ttym co pisałam wyżej- opieka nadz zieckiem i zmiana rozli- kobieta nie umie zaanagazowac meźa, mąz sie nie kwapi do pomocy i uczestniczenia w zyciu i leż związek przechodzi często kryzys....
                      Dwa kochanka- która sie pojawiła w tym momencie- zdradakochanka to najłatwiejsze rozwiązanie ... po najmniejszej linii oporu i jak ma byc miłośc jak szczęscie i spełnienie zamiast realizować w związku z zona realizowałes w związku z kochanką? Nie wierze ze do obu obiet mozna podchodzic z nalezytym uczuciem, ciepłem, chęciąc na seks....
                      Zamiast rozmawiac z zona i rozwiązywac wasze problemy zdradzałes ja , prowadziłes podwójne zycie- tyle lat kłamstw, uników, oszustw....czy \ Twoja psychika jest oki?
                      Terapie małżeńska należalo zaproponowac jak syn taki dla Ciebiejest wazny zamiast kochanki...synem należalo sie zając zamiast spędzac czas z kochanką.....zone na kolacje zabrac, kwiaty kupic....pójśc na spacer....pokochjac sie przy świecach i wspólnej kapieli.....a nie byc wyzutym z uczuc robotem wieloczynnościowym......nie tedy droga.....
                      Dorosli ludzie rozmawiaja ze soba i rozwiazuja swoje problemy najlepiej od razu zajmowac sie nawet drobnostkami szczególnie, ze miałeś kobiete chętna do rozmów komunikatywna jak sam napisałes a nie jakiegos zamkniętego w sobie nierozumnego babsztyla....
                      Mysle, ze nie kochałes zony i związaliście sie ot tak .... stad ta cała sytuacja....teraz powazna rozmowa o związku i jesli nie zywisz uczuc do zonynie amsz chęci naprawy zwiazku rozwód i idx w swoja stronę...bo nie bedzie lepiej tylko gorzej....szkoda, ze wysiłek zamaist na prace nad związkiem wlozyłes w ukrywanie romansu....podłe jest to co rozbiłeś...robisz i nie masz żadnego usprawiedliwienia....nie ejstes biedny a ona ta zła....kobiety maja intuicje i wiele czuja....brak ciepłych uczuc takze....małzeenstwo nie polega na wykonywaniu zadań.
                • Gość: konstancja_mozart Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.adsl.inetia.pl 21.12.11, 09:17
                  Dobra rada, zabieraj manele i odejdź. Daj spokój tej kobiecie, jest jeszcze szansa, że ułoży sobie życie z kimś normalnym. Nie dziwię się jej wcale, że traktowała Cię jak gó...o na bucie. Pewnie czuła, że oddaliłeś się od niej te 8 lat temu.
                  Jesteś moralnym zerem kolo. Dużym dzieckiem.
                  • Gość: mozambique Re: jak żyć, kim jestem.... IP: 148.81.254.* 21.12.11, 10:21
                    wpis o długoleteniej kochance udowadnia ze autor to TROLL!!!
                  • Gość: Maksiu Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.centertel.pl 21.12.11, 11:30
                    Gość portalu: konstancja_mozart napisał(a):
                    > Dobra rada, zabieraj manele i odejdź. Daj spokój tej kobiecie, jest jeszcze sza
                    > nsa, że ułoży sobie życie z kimś normalnym. Nie dziwię się jej wcale, że trakto
                    > wała Cię jak gó...o na bucie. Pewnie czuła, że oddaliłeś się od niej te 8 lat t
                    > emu.
                    > Jesteś moralnym zerem kolo. Dużym dzieckiem.

                    "Liga rządzi, Liga radzi.... Liga nigdy Cię nie zdradzi...!!!!!!"
                    • Gość: konstancja_mozart Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.adsl.inetia.pl 21.12.11, 14:24
                      Pierd..isz waść. To samo tyczy się kobiet. Niestety, nie wszyscy dorośli do zakładania rodziny.
    • Gość: kpt. Borewicz Re: jak żyć, kim jestem.... IP: *.centertel.pl 21.12.11, 10:46
      Stary - jakbym widział siebie, tylko że ja poszedłęm krok dalej... może nawet dwa kroki... może nie miałem kochanki (choć to niegłupi pomysł ;) ) , no i nie obraź się, nie jestem "życiową pipą"...
      Po okresie kilku lat małżeństwa i dzieciach, małżonka zaczęła widzieć we mnie: portfel, służącego i opiekunkę do dzieci... Ja swoje zdanie wyrażałem głośno, co prowadziło do karczemnych awantur, a wszelkie próby rozmowy czy mediacji były przez nią olewane... było mi bardzo źle z tego powodu - samotność we dwoje jest gorsza niż w pojedynkę...
      Pewnego dnia więc stwierdziłem że powinniśmy się rozejść - ona przytaknęła (choć teraz wiem, że liczyła na to że blefuję i potem przyjdę w łaskę, a je nie blefowałem). Szybko kupiłem mieszkanie, wyprowadziłem się i złożyłem pozew o rozwód, któy nastąpił bardzo szybko...
      Zakończenie tej historii jest takie, że ja w tej chwili jestem sto razy szczęśliwszy niż w małżeństwie, mam doskonałe relacje z dziećmi, a na swojej drodze spotykam kobiety, które wiedzą co to szacunek i miłość.. pewnie z którąś z nich kiedyś się zwiążę... :)

      A ex..? A kogo ona obchodzi..? Może żałuje tego co się stało, a może i nie... na pewno nie jeździ na drogie zagraniczne wojaże jak kiedyś, nie znalazł się frajer co by ją chciał, więc teraz zgrywa rolę matki-polki (przynajmniej dla dzieci dobrze)... Jednym słowem - krzyżyk na drogę...

      Jak widać na moim przykładzie, na małżeństwie świat się nie kończy - a już na pewno nie na jednym... Tkwienie w chorym związku za względu na tzw. "dobro dzieci" jest NIEDORZECZNOŚCIĄ... Przemyśl to... :)
      • bmwracer Re: jak żyć, kim jestem.... 21.12.11, 19:46
        "Tkwienie w chorym związku za względu na tzw. "dobro dzieci" jest NIEDORZECZNOŚCIĄ"

        Absolutnie poprawne stwierdzenie - zwlaszcza kiedy dzieci traktuje sie jako produkt uboczny seksu a najwazniejsze jest w koncu nasze szczescie - dzieci niech sobie radza same z zyciem no i minely czasy kiedy dzieci z rozbitych rodzin byly zdecydowana mniejszoscia. Teraz polowa dzieci ma kilku ojcow i matek a wiec nie czuja sie osamotnione. Do tego medycyna posunela sie tak do przodu ze dla tych dzieci co sobie nie moga z tym poradzic jest wiele srodkow (legalnych i nie legalnych) aby ich wprowadzic w stan "zadowolenia".
Inne wątki na temat:
Pełna wersja