Gość: xman
IP: *.krakow.dialup.inetia.pl
02.10.11, 02:20
Cześć.
Jestem 34 paru letnim żonatym mężczyzną.
Pokićkało mi się życie strasznie...nawet nie wiem od czego zacząć.
No dobra najważniejsze pytanie które mi chodzi po głowie:
Czy ja kocham swoją żonę?, czy kiedykolwiek kochałem, czy w ogóle znam to uczucie i umiem kochać. Co to znaczy kochać kogoś?
Kurdę chyba tym ostatnim pytaniem, sam sobie odpowiedziałem.
Trwam w małżeństwie od 5ciu lat, mamy 4 letniego syna, który jest dla mnie wszystkim.
Aby zrozumieć moje podejście do życia, muszę chyba zacząć od początku.
A więc, życie mnie nie rozpieszczało. Nie miałem ojca (nawet nie wiem kto to jest - moja mama pewnie też nie), matki też nie miałem, bo wolała wódkę i nocne życie, ciągłe libacje itd itp.
Wychowywała mnie babcia, i wychowała na dobrego człowieka, zbyt dobrego jak na ten skrzywiony świat.
Babcia zmarła gdy miałem 18 lat, i zostawiła mnie samego w mieszkaniu wraz z moja wiecznie zarąbaną mamusią. Na domiar złego jestem do dziś dzień Prawnym Opiekunem mojej mamusi, co wtedy przysparzało mi nie lada problemów. Od 18 do 24 roku życia byłem w "związku" z mamusią w moim mieszkaniu, nie wychodziłem na imprezy zbyt często, bo nie było mnie na to stać - miałem darmozjada, a racze darmo pijcę w domu, poza tym nie mogłem przyprowadzić żadnej koleżanki do domu z wiadomych względów. Zresztą nie było szans, bo wtedy panicznie bałem się jakiegokolwiek kontaktu z kobietą. Właśnie mając 24 lata pocałowałem się tak naprawdę po raz pierwszy. Okres ten był też moja musztrą życiową jeżeli chodzi o swoje "ja".
Jak wspomniałem wcześniej zostałem bardzo dobrze wychowany na tzw. dobrodusznego człowieka. W zderzeniu z pierwszą prawdziwą pracą, gdzie był to zakład z branży metalowej i siła rzeczy był to prawdziwy twardy męski świat, szybko wyszły moje "słabe strony", i moi koledzy przez kila lat "kształtowania męskiej osobowości" sprawili że teraz mam przynajmniej cholernie twardą dupę, i skorupę na grzbiecie,za co im tutaj właśnie niesamowicie dziękuję.
W wieku 24 lat poznałem też moją obecną żonę, zresztą też dzięki kolegom z pracy. Akurat trafiło tak, że miała wszystkie cechy które powodują że potrafiłem się w jednej chwili zauroczyć. Krótkie włosy i dziarska, bardzo konkretna, bez zahamowań babka z którą już na pierwszym kontakcie można gadać i żartować nawet o seksie. Takie kobiety nazywa się często "twardymi babkami". Żeby zatrzymać taką kobietę przy sobie zadłużyłem mieszkanie, bo randki były kosztowne a tak naprawdę nie było mnie na nie stać co tydzień w weekend. Po 2 latach "chodzenia" gdy moja dziewczyna znała doskonale już sytuację u mnie w domu, otrzymałem ultimatum - albo wyrzucam mamusie do jej mieszkania (tak mamusia od zawsze miała własne mieszkanie - co prawda puste, bo wszystko sprzedała na wódkę) albo ona. No cóż młodzieńcza miłość silniejsza więc mamusia dostała w końcu kopa na własne podwórko.
Nie wiem jak to się stało ale pewnego dnia moja obecna żona pojawiła się w drzwiach z walizkami, no cóż wpuściłem i od tej pory mieszkamy razem. Do momentu ślubu, a właściwie chwili narodzin syna było super. Zresztą syn był też zaplanowany przez żonę, przestała brać tabletki anty, odczekała 3 miesiące i dokładnie w płodny dzień zaciągnęła mnie do łóżka, później się dowiedziałem że właśnie robiłem dziecko (o odsunięciu tabletek wiedziałem wcześniej). Po prostu nie powiedziała mi przed, że to właśnie będzie nasza pierwsza próba zaciążenia. Ślub wzięliśmy ze względu na dziecko, żeby przyszło na świat i miało prawowitych rodziców. Nie było w tym żadnego ślubu po wpadce, w końcu mieszkaliśmy razem już kilka lat, że będziemy robić dziecko też wiedzieliśmy, a że wyszło za pierwszym podejściem, no cóż takie życie.
Po narodzinach synka, stało się to czego się najbardziej obawiałem. Mam taką prywatną teorię, kobieta uważa swojego mężczyznę za tego jedynego, ukochanego itd itp tylko do narodzin dziecka. Po urodzeniu już to nie wygląda tak różowo, właściwie facet zrobił swoje, dziecko jest, zajmij się teraz bytem rodziny, i zaczyna się jałowa proza życia. To samo tyczy się zdrad, kobieta w związku przez ślubem, porodem raczej nie zdradzi, natomiast kobieta zamężna z dzieckiem (tym bardziej odchowanym) ma dużo mniejszy hamulec, a niektóre wręcz marzą o innym ciastku. W każdym bądź razie u mnie było i jest coraz gorzej. Jestem facetem który sprząta w domu, prasuje, codziennie ścieli łóżka, szykuje i odprowadza syna do przedszkola, czasami ugotuje obiad w Niedzielę. Do tego cały dzień pracuje, dobrze zarabia, utrzymuje rodzinę itd itp. A mimo to nie ma uszanowania u swojej żony. Jak wspominałem wcześniej moja żona jest twardą babką, steruje wszystkim, ma na przód ułożone życie i plany, które ja biernie wykonuję (czasami nie świadomie). O ile przed narodzinami to było bardzo pomocne, to po nich stało się przyczyną dlaczego ja już do niej chyba nic nie czuję. Przytoczę parę klasycznych sytuacji z życia.
1. Ostatni zgrzyt. Miałem imieniny, chciałem zaprosić w Sobotę Naszych znajomych na kolację. Żona wirdziała o tym, w Sobotę pojechała gdzieś z synem, ja zaprosiłem znajomych na 18:00. Postanowiłem zrobić niespodziankę i przygotować sałatkę z kebabem. Dostałem też zadanie "ma być posprzątane jak wrócę" - cytat. Ze sprzątanie się nie wyrobiłem, bo żaby dostać wszystkie składniki to odwiedziłem wszystkie markety w moim mieście. Przez to też zacząłem sałatkę robić późno, żona przyjechała o 18:00. Na starcie ryk , że jedzenie jeszcze nie gotowe, na dodatek nie posprzątałem. A najważniejsze że Ona nie będzie siedzieć do późna bo dziecko i Ona są zmęczeni, że miałem wcześniej zaprosić gości itd itp. No cóż, żarcie wywaliłem do śmieci i poszedłem na swoje imieniny do znajomych...".
2. Pracuję całe dnie, mam też jeden dzień pracy biurowej w domu, gdzie siedzę nad raportami, projektami technicznym i moje komórki mózgowe zmuszone są do myślenia i analizy na 120% możliwości, to tak męczy że wolałbym pracować ja co dzień w terenie. No ale nadchodzi 15:00 żona wpada do domu po swojej pracy i pierwsze co słyszę "a Ty znowu przy laptopie siedzisz, i jak się ściemniało cały dzień w pracy"....ręce i cycki opadają, aż mam ochotę rzucić tą pracę, i niech ona się martwi o życie.
3. Jak czasami ostro się kłócimy, i powiem że nie mam tyle czasu co ona na codzienne obowiązki, bo ktoś musi zarobić na życie to słyszę niejednokrotnie "kasa nie jest najważniejsza, zresztą ile ty zarabiasz, to nie jest żadna kasa" (mam na rękę sporo powyżej średniej krajowej). Odechciewa się wszystkiego.
Kilka razy usłyszałem że jestem "pizdą" itd itp.
A propos obowiązków domowych mojej żony: obiadu w tygodniu nie ma, jemy w knajpach, od 15 do 18 trzeba się zająć dzieckiem, o 18:00 przeważnie Ja wracam do domu, codzienne zakupy albo ja podczas powrotu albo żona-różnie, ścielenie łóżek zawsze ja, kolacja różnie, mycie dziecka różnie, czytanie bajek przeważnie żona (ja wtedy już pracuję przy laptopie). Czy to aż tak dużo , żebym słyszał każdego dnia jak wrócę "jaka ja dzisiaj jestem zmęczona...." - dosłownie codziennie!.
Moja żona nie prosi mnie o coś, tylko wydaje polecenia "ściągnij pranie", "zrób kolację" itd itp, steruje wszystkim, jak przy takiej osobie czuć się facetem, mężczyzną w domu.
A na koniec aspekt uczuciowy:
Po narodzinach dziecka nie pamiętam żeby powiedziała mi kiedykolwiek że mnie kocha, nie całujemy się w ogóle też już od paru lat, częstotliwość uprawiania seksu spadał wraz z długością małżeństwa, do niedawna średnia "aż" raz w miesiącu, aktualnie po raz pierwszy nam nie wyszło, żona nie rozgrzała się na tyle aby coś z tego wyszło, stwierdziłem że mój dotyk już na nią nie działa, zresztą Ona mnie już chyba też nie podnieca. Tutaj kłania się też całkowity brak szacunku co do mojej osoby, po prostu po sprowadzeniu mnie psychicznie do nędznego pantofla, tekstami i komentarzami nie mam ochoty na tę osobą, czuję wstręt.
Zresztą niby na żarty czasami powie mi jak się zapytam "czy ma ochotę na kogoś innego, czy wyobraża sobie być mi wierną do końca swoich dni"....odpowiedź chyba już znaci