assienka
19.07.04, 12:04
Choć jestem tu obecna od prawie dwóch miesięcy , to dopiero dziś odważyłam
się opowiedzieć Wam pewną historię i zadać pytanie , które nie daje mi do
dziś spokoju.
Siostra mojego męża po roku starań zaszła w ciążę i choć na początku wszystko
było w porządku to radość twała bardzo krótko.
Wieczorem poczuła się źle miała dreszcze i temperaturę a w nocy zaczęła
krwawić ( 7 tydzień) . Pojechała do szpitala a tam zaspany lekarz, na którego
trzeba było dość długo czekać dokonał badania w niedelikatny sposób za pomocą
wziernika stwierdziwszy jeszcze wcześniej że w tak wczesnej ciąży nie ma
prawie żadnej szansy na jej utrzymanie.
Po tym badaniu krwawienie nasiliło się ( po przybyciu do szpitala podpaska
była czysta) . Nad ranem drugi pan doktor dokonał powtórnego badania w
podobny sposób i stwierdził , "że to już wszystko poleciało" i zalecił
wykonanie zabiegu łyżeczkowania.
W trakcie tego zabiegu pobrany został zarodek do badania
histopoatologicznego.W wypisie ze szpitala napisano , że zgłosiła się z
silnym krwotokiem , co mija się z prawdą.
Nie mogę zrozumieć dlaczego nikt nie wykonał USG, przecież chyba od tego
powinni zacząć . Czy na podstawie samego badania można stwierdzić , że ciąży
już nie ma. Czy w tym przypadku dokonano po prostu aborcji. Nie mogę przestać
o tym myśleć . Piszę w imieniu tej dziewczyny bo ona jest tak bardzo
załamana , że nie ma ochoty na nic.
Gdyby nie to ,że ma juz pięcioletniego synka byłoby chyba bardzo źle.
Prosze napiszcie czy w waszym przypadku też tak było , czy USG jest
niepotrzebne a dziecko z góry skazane na stracenie.