Niunieczko...

09.09.04, 20:45
Ja właśnie wróciłam ze szpitala. wczoraj miałam zabieg. Jedyne, co mogę Ci
powiedzeć, że teraz jeszcze przez chwilę musisz być dzielna, tylko do
zabiegu. Jeśli już odczuwasz bóle weź dwie, trzy no-spy i relanium. Powinno
puścić. Pożegnaj się z Fasolką, powiedz lub napisz jak bardzo kochasz
Potem już możesz płakać i zaglądaj do nas i wypisuj ból, nie zamykaj go w
sobie...
przytulam bardzo, bardzo mocno
andzia
    • nunieczka Re: Niunieczko... 10.09.04, 01:01
      Dziękuję Ci bardzo,
      staram się o tym nie myśleć, ale jestem cała przerażona jutrzejszym zabiegiem.
      Mam nadzieję, ze to jakoś przeżyje.
      Staram sie nie zamykać w sobie, gadałam już z całym sztabem ludzi, bardzo mi to
      pomogło, bardzo dziękuję za wsparcie. To super, że takie forum istnieje.
      Jest mi już dużo lżej, pocieszam się, że od początku musiało być coś nie tak i
      może natura wie co robi, bo gdyby się miało urodzić niezdolne do życia albo z
      jakąs straszną choroba...
      Poruszyłas jeden istotny temat:
      powiedz, jak bardzo go kochałas.
      Chyba wszyscy mnie odsądzą od czci i wiary, ale ja nie wiem, czy go kochałam.
      Boże, sama przed sobą nie chce się do tego przyznać, to strszne, co napisałam,
      ale tak napradwę było.
      Lapałam sie na myślach, że nie wiem, czy będę dobrą matką, ze nie wiem, czy
      sprostam zadaniu, nie wiem, czy ktoś, kto ma takie wątpliwości i boi się tej
      diametralnej zmiany w życiu, jaką niesie za sobą dziecko powinien je miec.
      Sama tego nie rozumiem, bo to była ciąża planowana a nie wpadka.
      Czasami łapałam się na myśli, że mój mąż chce dziecka bardziej niż ja, a
      przynajmniej jest w tej kwestii jednoznaczny. A ja chcę, żeby był szczęśliwy.
      A czasami byłam szczęśliwa jak głupia, że będę miała takie małe rozczulające
      stworzenie, jeszcze jedną osobę do kochania.
      I nie wiem, czy to zupełnie normalne, ale odczuwałam dziecko nie jako część
      mnie samej, ale jak osobną istotę ludzką, która zamieszka z nami i jestem jej
      ciekawa, jaka bedzie, czym bedzie się interesować, jak już bedzie starsze, jaki
      będzie miało charakter, co bedzie lubic...
      I czasem myślałam, że to taki kosmiczny obowiązek i odpowiedzialność i ze w
      końcu i bez niego byłam szczęsliwa i nie brakowało mi sensu życia...
      Nie mam pojęcia, czy to wszystko co pisze ma sens.
      I czy można to bylo nazwać miłością, a jesli nie, to boję sie mysleć, ze
      właśnie dlatego tak to się skończyło, że go nie dośc kochałam.
      Boże, jaka ja się czuję winna...
      • lidek0 Re: Niunieczko... 10.09.04, 08:03
        Nie wolno Ci czuć się winną. Znam doskonale to uczucie, też tak maiłam. Po
        latach okazało się, że winni byli lekarze. Ty nie zrobiłaś nic złego, chciałaś
        i chcesz zostać mamą, miec mała fasolkę, patrzeć jak rośnie, kochać ją. To nic
        złego, żaden powód do winy. Wracaj do nas szybko, jestesmy z Tobą, trzymamy
        kciuki.
        Następnym razem się uda.
      • aquarius72 Re: Niunieczko... 10.09.04, 08:22
        Wiesz...
        Ja też miałam (i miewam) podobne myśli...
        Strasznie starałam się o tę ciążę, a kiedy w końcu do tego doszło to na
        początku wprost wyskakiwałam ze skóry z radości, a potem już oswoiliśmy się z
        tą myślą i były momenty, że dostrzegałam minusy : odpowiedzialność, brak
        swobody decydowania o sobie. W międzyczasie mój mąż stracił pracę i przyznam -
        przemknęło mi przez myśl, że ta ciąża to może nie w porę...
        Potem bardzo obwiniałam się o te myśli, ale teraz już się nie obwiniam, bo
        wiem, że wątpliwości, różne obawy są rzeczą ludzką, a jedna rzecz jest co się
        myśli, a inna co się robi... I wiem, że gdybym tylko mogła cofnąć czas to nie
        wahałabym się, żeby tylko to dziecko było...
        Ja jestem przekonana, że gdybyś mogła kontynuować tą ciążę i urodzić to
        dziecko, to na pewno byłabyś wspaniałą matką - nie ma Twojej winy w tym co się
        stało, to nie zależało od Ciebie...
        bądź silna i dochodź do siebie....
      • adju Re: Niunieczko... 12.09.04, 11:21
        Kochana
        Absolutnie nie możesz szukać winy w sobie! Przyczyny poronienia są różne a
        czasem jest to zwykły pech. Jajeczko niezbyt dojrzałe, wadliwy plemnik, wirus
        niewidzialny dla Ciebie lecz zabójczy dla maleństwa.
        Dokładnie tak samo powiedział mi lekarz:Natura wie co robi. Wtedy myslałam że
        go rozszarpię za te słowa-przecież kochałaby to dziecko bez względu na jego
        wady genetyczne ale on wtedy dodał, że gorzej bym się czuła jakbym donosiła
        ciążę a dzidziuś umarł tuż po porodzie. Teraz to rozumiem-rok po tych
        strasznych zdarzeniach. Na pocieszenie powiem Ci że wbrew opinii lekarzy
        zaszłam w kolejną ciąże 3 m-ce po zabiegu i urodziłam w czerwcu zdrowego
        chłopczyka. Wiedziałam, że tylko kolejna ciąża ukoi mój ból i się nie myliłam.
        Wszystkim polecam tą metodę. Niuneczko jestem pewna ze będziesz wspaniałą mamą
        i to już niedługo!
        Buziaki
        Justa
        • nunieczka Re: Niunieczko... 12.09.04, 17:27
          Dziewczyny,
          jestem z powrotem po zabiegu.
          Nie wiem, jak to się odbywa w Polsce, ale tutaj (Irlandia) dali mi tabletkę
          dopochwową na rozszerzenie szyjki macicy.
          Powiedzieli, że jeśli szyjka naturalnie się rozszerzy, to nie ma ryzyka jej
          uszkodzenia. Wszystko pięknie, tylko po tej tabletce ma się bóle porodowe - bez
          parcia, ale właśnie te wynikające z rozszerzania. Podobno te bardziej bolesne...
          4 godziny bóli - teraz wiem jak to jest - wczesniej myślałam, że będę chciała
          mieć znieczulanie zewnątrzoponowe, teraz wiem, że to boli, faktycznie, ale nie
          jest to ból całkowicie zawładniający całą jaźń, da się to przeżyć, a gdy
          przechodzi, nadchodzi cudowna euforia (pewnie reakcja hormonalna, czy coś).
          Zabieg to faktycznie jakieś 15 min. w lekkiej narkozie, obudziłam się szybko,
          bez komplikacji, zero bólu.
          Piszę to dla kogoś, kto jest przed. Nie ma się czego bać.
          Teraz jestem w domu, zmęczona, trochę płaczliwa, ale czuję ulgę, że już po
          wszystkim.
          Lekarz siedział za mną jakieś pół godziny i tłumaczył, dlaczego takie rzeczy
          się zdarzają. 90% wypadków to błąd natury wynikający ze złego podziału
          komórkowego. W ciąży z najpierw jest jedna komórka, która potem się dzieli,
          czasami chromosomy się źle podzielą - po prostu błąd natury o który łatwo. I
          wtedy mały organizm nie jest zdolny do życia i umiera.
          Oczywiście zapytałam, czy taki błąd wynika ze złej kombinacji genów mojego męża
          i moich. Powiedział, że absolutnie nie. Po prostu błąd przy podziale -
          niestymetrycznie podzielone chromosomy. U 25% ciąż tak się dzieje.
          Zatrważająca statystyka.
          To tyle.
          Dzięki za słowa otuchy - teraz kiedy poczułam smak bycia matką i straciłam
          dziecko,mam wrażenie, że moje uczucia w tej kwestii się skrystalizowały.
          Bardzo chcę mieć dziecko. Z zazdrością patrzę na dzieciaki na ulicy.
          W styczniu możemy zacząć próbować.
          Dziękuję Wam za wsparcie i odezwę się jeszcze.
          Postaram się wsadzić do internetu ulotkę o poronieniach, którą tu się dostaje -
          dużo przydatnych informacji.
          Po te informacje odsyłam na razie do mojego postu "broszurka".
          Pozdrawiam Was wszystkie i do usłyszenia.
          Nunieczka
Pełna wersja