Po ludzku...

12.09.04, 15:14
Kochane,
Chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak straciłam Bąbelka. Na forum znajduje
się "Moja historia", w której opisywałam koszmar poronienia 20/21-tygodniowej
Tosi.
Tym razem było po ludzku, tak, jak w moim mniemaniu powinno być. Trafiłam
do szpitala z lekkim plamieniem. Po drodze zrobiłam betę. Zanim dotarłam do
szpitala miałam wynik. Był ok.
Na izbie przyjęć na hasło plamienie w ciąży zareagowano natychmiast, nie
musiałam czekać na swoją kolejkę, od razu trafiłam na patologię. Wypełnianie
dokumentów odłożono na później. Szybciutko zjawił się lekarz, bardzo
delikatnie mnie zbadał, zrobił usg - Bąbelek jeszcze był w macicy, był
problem z wysłuchaniem serduszka, ale lekarz nie chciał robić badania
dopochwowego, żeby nie narażać szyjki, i od razu dostałam kaprogest, no-spę i
relanium. Przewieziono mnie na salę.Trafiłam do małej dwuosobowej sali z
łazienką - tak, żebym nie musiała chodzić. Oczywiście dostałam nakaz leżenia.
Położne pobrały mi krew - lekarz zlecił dosłownie wszystkie badania, które
można zrobić z krwi. Za dwie godziny były wyniki. Wszystko było jeszcze w
porządku. Następnego dnia leżałam i dostawałam leki. Lekarz i położne ciągle
zaglądali do mnie i pytali czy niczego nie potrzebuję - nawet w nocy położna
zaglądała. Kiedy powiedziałam, żeby odpoczęła, stwierdziła: "ty tu jesteś
najważniejsza" i tak właśnie się czułam. Byłam spokojna. Wieczorem zaczęły
się surcze, początkowo lekkie, ale zaczęły się nasilać. Dostałam silniejsze
leki. Następnego dnia rano na usg okazało się, że Bąbelka nie widać w macicy.
Na sali ze mną leżała dziewczyna w szóstym miesiącu, miała już ładny brzuszek
i właściwie wszystko było z nią w porządku. Kiedy wróciłam z badania, okazało
się, że dziewczyna ta została przeniesiona na inną salę - żeby nie
przysparzać mi cierpienia.
Poproszono mnie do gabinetu lekarskiego - byli tam moj lekarz prowadzący,
ordynator i psycholog. Choć wiedziałam co i jak, lekarze bardzo dokładnie
wytłuaczyli mi mechanizm poronienia. Mogłam sama podjąć decyzję, czy chcę
spróbować wywołać poronienie farmakologicznie, czy łyżeczkujemy od razu, czy
odstawiamy leki rozkurczowe i czekamy, aż sprawa się sama rozwiąże.
Przedstawiono mi plusy i minusy każdego rowiązania, ale decyzję mogłam podjąc
sama. Postanowiłam odstawić leki podtrzymujące i rozkurczowe i czekać.
Wiedziałam, że w każdej chwili mogę poprosić o coś przeciwbólowego i zmienić
zdanie. Dopiero kiedy dokonałam wyboru, dowiedziałam sie, że wybrałam
najlepsze - z medycznego punktu widzenia- rozwiązanie.
Położne doradziły mi, żebym spacerowała. Skurcze się nasiliły. Po jednym -
wyjątkowo silnym poczułam, że mam bardzo mokrą wkładkę. Okazało się, że to
wypadł Bąbelek. Położna zawołała lekarza, lekarz potwierdził, że "jajo
płodowe zostało wydalone". Może to zabrzmi dziwnie, ale lekarz zostawił mnie
na chwilę i powiedział, że mogę się pożegnąć, bo on wie, że to, co nazywa się
jajem, dla mnie jest ukochanym dzieckiem. Choć było już dość późno lekarz
podjął decyzję o natychmiastowym łyżeczkowaniu - żebym niepotrzebnie nie
krwawiła. Potem poszłam do gabinetu zabiegowego, gdzie znowu miałam wybór -
znieczulenia. W międzyczasie położne zawiadomiły moją rodzinę. Po zabiegu
zajęli się mną rodzice- zostali całą noc. Dostałam zastrzyk przeciwbólowy.
Rano zjawił się psycholog.
Przy wypisie lekarz poinformował mnie o forum 'poronienie', dostałam
skierowanie na betę i usg (po tygodniu i po dwóch). Wstępnie zostałam
umówiona na hsg i wizytę u genetyka.
Dostałam oksytocynę, recepty na antybiotyk, leki przeciwbólowe i
uspakajające.
Nie była to klinika prywatna, ani uniwersytecka, lecz mały szpital pod
Łodzią. Moja ginka była na urlopie, lekarze i położne nie dostali ani grosza.
Lekarza prowadzącego widziałam pierwszy raz w życiu.
andzia
    • maja744 Re: Po ludzku... 12.09.04, 15:25
      Aniu, poryczlam sie nieziemsko...
      Boze, jaka Ty jestes dzielna!
      To co opisalas faktycznie mialo ludzki wymiar. U mnie bylo zupelnie inaczej, brzydko mowiac,
      jak w fabryce, jakie tam pozegnanie, wszystkie wyniki, psycholog...
      Sciskam mocno!
    • adju Re: Po ludzku... 12.09.04, 16:58
      Aniu
      Naprawdę straszni mi przykro że Cię to spotkało. Już tak wiele przeszłaś...
      Jestem w szoku że w państwowym szpitalu zachowali się tak przyzwoicie i
      wykazali tyle zrozumienia. Ja czekając na zabieg leżałam w prawdzie sama na
      sali ale oddział był położniczy i wszędzie dookoła chodziły "brzuchy"co chwila
      zaglądając i pytając ciekawie co ja tu robię. Nikt nie troszczył się zbytnio o
      moje zdrowie psychiczne. Niestety takich szpitali jak ten mój jest mnóstwo.
      taraktują tam poronienie jak zwykły zabieg i nikt nie mysli że komuś łamie się
      zycie.
      Aniu jesteś taka dzielna i wiem, że uporasz się ze swym cierpieniem. Masz tyle
      siły że szybko staniesz na nogi i znów pomyslisz o ciąży. jestem pewna że tym
      razem wszystko pójdzie jak trzeba!Wierzę w to ale na wszelki wypadek zmówię w
      tym celu "zdrowaśkę"
      Trzymaj się Kochana i pisz jak tylko odczujesz taką potrzebę. Na prv jestem
      zawsze dla Ciebie dostępna
      Buziaki
      Justa
      • judyta10 Re: Po ludzku... 12.09.04, 19:57
        Bardzo mi przykro że ty też musiałaś to przejsć po raz drugi.Trzymaj się.
    • marikaow Re: Po ludzku... 12.09.04, 21:10
      Jest mi przykro, czesto na to forum zaglągam i od pewnego czasu nic nie pisze ale anuteczku trzymaj sie , wiem ze to boli. Mam nadzieje że pewnego dnia wszystko bedzie tak jak to sobie wymarzylaś. pa
    • emka1974 Re: Po ludzku... 13.09.04, 09:54
      Anuteczku,

      Jesteś i bądź dzielna. Dla Ciebie tez niedługo zaświeci słoneczko.
      Ściskam Cię mocno.

      emka
      • anuteczek Re: Po ludzku... 13.09.04, 11:02
        Dziewczyny, proszę nie piszcie, że dla mnie też niedługo zaświeci słoneczko, że
        po burzy wychodzi słoneczko. Nie wyjdzie i nie zaświeci póki co. Zrozumcie.
        andzia
        ps. ani nie jestem w depresji, ani nie jestem pesymistką
        • gaga12 brawo!!!!!!!!!! 13.09.04, 12:19
          brawo anuteczku!!!!!!!!! mnie tez wkurzaly takie puste hasla: " jutro tez jest
          dzien, znowu zasiwci sloneczko...itd" a gowno prawda. jest Ci teraz zle i masz
          do tego prawo. jestes zla, smutna, wkurzona, zirytowana, rozalona itd. to
          normalne i nie musisz tego ukrywac....ja np. przez pierwsze tyg w ogole nie
          moglam zagladac tu na forum. nie mowiac juz o czytaniu tych wszystkich
          postow....zrobilam sobie przerwe i chyba pomoglo.....
          pozdrawiam
          • adju a u mnie było tak... 14.09.04, 09:10
            Ja miałam zabieg 23 maja 2003 roku niestety po całym zdarzeniu wpadłam w
            depresję-gigant. Obyło się bez leków. Byłam u psychologa ale takie pierdoły mi
            ta babka naopowiadała, że już więcej nie poszłam. To nie jej wina-sama nie
            poroniła więc próbowała wybrnąć jak mogła. Na początku lipca miałam obronę pr.
            magisterskiej więc chcąc nie chcąc musiałam się trochę pozbierać. Potem mój
            kochany mąż który co rano mówił mi że warto wstać z łóżka i przeżyć kolejny
            dzień zabał mnie do Jastrzębiej Góry.W życiu nie wypiłam tylu kolorowych
            drinków ale nie topiłam smutków-po prostu starałam się oderwać. Generalnie
            chyba Bóg się nade mną zlitował bo 10 dni mieliśmy superpogodę i nawet ciepły
            Bałtyk winkPo powrocie nie zważając na opinię lekarzy kupiłam testy owu i udało
            się-znówi byłam w ciąży. O pierwszą ciążę staraliśmy się kilka długich miesięcy
            w tu od razu się udało. Bóg osuszył mi łzy...
            Przepraszam, że tak piszę o Bogu ale ja naprawdę wierzę że to wszystko tylko
            dzięki Niemu.
            Trzymajcie się i choć nie wszyscy lubią takie teksty to nie mogę się
            oprzeć "BEDZIE DOBRZE"!!!!!wiem to bo po sobie widzę, że czas prostuje nasze
            zakręty.
            Buziaki
            Justa
    • reszka2 Re: Po ludzku... 14.09.04, 07:44
      Anuteczku - przykro mi sad


      Jak już zapewne widzisz - lekarze zdaje się podczytują nasze forum, pewno nie
      tylko to.
      Może napiszesz nazwę tego szpitala, który potrafił się po ludzku zachować w tak
      trudnej sytuacji - to rzadkość. Niech dobra opinia idzie w świat.
      • aquarius72 Re: Po ludzku... 14.09.04, 08:42
        Szczerze mówiąc Twoja historia wydaje mi się wyjątkowa - jeśli chodzi o
        traktowanie Cię w tym szpitalu. Taki szpital naprawdę zasługuje na wielką
        pochwałę i wymienienie go z nazwy, bo to jest naprawdę wyjątkowe.
        Nie wszędzie jest oczywiście tragicznie, ale - tak, jak to ktoś już tu napisał -
        traktuje się poronienie jak zwykły zabieg i nikt się tym specjalnie nie
        przejmuje. Pierwszy raz słyszę o psychologu, o tym, ze przeniesiono dziewczynę
        z sali, żeby nie było Ci przykro, o tym, że lekarze dyskutowali z pacjentką na
        temat wyboru metody...
        Dobrze, że takie miejsca istnieją, bo okazuje się, że jest to możliwe... choć
        pewnie lepiej byłoby, żebyśmy nie musiały z tego korzystać...
        • alizeis Re: Po ludzku... 16.09.04, 23:01
          Mam takie same odczucia. Az mi sie wierzyc nie chce - zwlaszcza gdy pomysle o
          moim doswiadczeniu: 3 godz na krzeselku w poczekalni pogotowia zanim mi ktos
          chociazby temperature zmierzyl, potem 3 roznych lekarzy - zaden nie tlumaczacy
          mi o co chodzi (sama wiedzialam), czekanie do rana na kozetce na korytarzu na
          specjaliste od usg...a potem do domu z porada aby sie zglosic do wlasnego
          lekarza..... koszmar.....

    • nejka Re: Po ludzku... 14.09.04, 08:42
      Nie będę pisać, że zaświeci dla Ciebie słoneczko ani innych tego typu tekstów,
      bo Cię po prostu ROZUMIEM. Jest mi bardzo przykro, że znowu Cię to spotkało.
      W kilka dni po zabiegu ja też nie wierzyłam w nic i te wszystkie słowa o tym że
      następnym razem wszystko będzie ok puszczała mimo uszu. Jeśli widziałyście
      kwestionariusz dotyczący poronienia, to jest w nim pytanie dotyczące apatii. W
      tym czasie apatia, przynajmniej u mnie była max. i żadne słowa otuchy nie były
      w stanie tego zmienić. Dlatego czasami dobrze jest sobie razem tylko pomilczeć
      wiedząc, że jest ktoś kto nas rozumie.
      • aquarius72 Re: Po ludzku... 14.09.04, 08:45
        A mnie prawdziwa apatia dopada dopiero teraz - ponad dwa miesiące po
        poronieniu. Wcześniej był ból i smutek, ale jeszcze nadzieja, a teraz zaczyna
        przeważać apatia i myślenie, że mnie się nigdy nie uda... i co z tym zrobić?
        • nejka Re: Po ludzku... 14.09.04, 08:53
          To świadczy o tym jak się wszyscy od siebie różnimy. Ja też jestem dwa miesiące
          po zabiegu. Na początku nie byłam w stanie uwierzyć w to, że kiedyś będzie
          lepiej i że cokolwiek jeszcze mi się uda. Teraz jest już dużo lepiej, chodź są
          i gorsze dni (smutny wrzesień). Zaczynam wierzyć, że może jednaknie będzie
          najgorzej tym bardziej, że jestem świeżo po wizycie u gina i trochę mnie
          podbudowała rozmowa z nim.
    • fiona_sz Re: Po ludzku... 17.09.04, 09:12
      Rzeczywiście, warunki miałaś nieziemskie. Ja pierwszy zabieg miałam w normalnym
      szpitalu w Toruniu, czyli leżałam w małej salce z piecioma innym pacjentkami,
      gdzie nie można było otworzyć okna, bo jednej ciągle było zimno i bała się, że
      ją przewieje, gdzie wpychali we mnie tabletki na wywołanie 'naturalnego'
      poronienia 3 dni i nie przejmowali się, że nie działa, wpychali ich coraz
      więcej, a ja czekałam i czekałam i chodziłam w między czasie do kibla
      zbruzganego krwią ( przez cały dzień nikt tego nie posprzatał), gdzie laski
      zbrzuchami do nieba paliły fajki, itd, itp. Więc kiedy teraz znowu usłyszałam
      wyrok, wiedziałam już, że do szpitala nie wrócę za nic. Wolałam zapłacić 500 zł
      za zabieg w prywatnym szpitalu, gdzie dostałam własny pokój z łazienką i po 1/2
      dnia było po wszystkim, mogłam wrócić do domu. Ale Ty, Anuteczek, byłaś i tak
      lepiej potraktowana, wszystko Ci wyjaśniono, miałaś kilka opcji do wybrania, po
      prostu niesamowite...
      • anuteczek Re: Po ludzku... 17.09.04, 10:48
        Zdaję sobie sprawę,że miałam dużo szczęścia, swoje pierwsze poronienie
        wspominam jako koszmar, opisałam to dość dokładnie... Teraz napisałam o
        wszystkim, żeby pokazać, że w Polsce można poronić po ludzku bez pieniędzy...
        a.
    • zebra12 Re: Po ludzku... 17.09.04, 19:48
      To niesamowite! Gdy ja zaczęłam plamić w 11 tyg. zabrano mnie do szpitala. Tam
      przy tabunie studentów badano mnie i głośno komentowano. Płód był martwy. Ale
      nikt za mną o tym nie rozmawiał. Kazano mi chodzić. Chodziłam i nagle poczułam
      ból jak przy miesiączce. Wyleciało coś...podobnego do wątróbki cielęcej z
      jakimiś rurkami. Obejrzałam dokładnie, bo byłam sama w łazience. Po czym
      zawinęłam w ligninę, wyrzuciłam do kosza i poszłam na salę. Po drodze
      poinformowałam tylko pielęgniarkę, że już "po wszystkim". Byłam w jakimś amoku.
      Kazały mi odszukać ten zawiniątek, nie pamietałam gdzie go wrzuciłam, ale jakoś
      znalazłam. Wsadziły do "nereczki". Położyłam się spać i zasnęłam natychmiast
      ciężkim, kamiennym snem. O północy wyrwano mnie ze snu. ZABIEG - NATYCHMIAST!!!
      Nie rozumiałam dlaczego tak nagle w środku nocy. Spytałam. Okrzyczano mnie, że
      śmiem zadawać pytania. Lekarz dodał, że jak mi się to nie podoba, to mogę iść
      do domu. Że ma dosć, że musi do mnie w środku nocy się zrywać. Usiłowałam się
      dowiedzieć o co chodzi. Niestety, położono mnie bez słowa wyjaśnienia na stół.
      Zaczęłam płakać, pytać anestezjologa czy jeszcze kiedyś urodzę i co ze mną
      będzie...On jeden pocieszał mnie, głaskał po głowie jak dziecko....Obudziłam
      się rano. Nie wiem czemu tyle spałam. Nie było lekarza. Z nikim nie mogłam
      porozmawiać. Za to na stoliku leżał już wypis. Poczłapałam na chwiejnych nogach
      do WC. Gdy wróciłam moje łóżko było już zaścielone i siedziała na nim inna
      kobieta. SZOK!!!! Zadzwoniłam po brata, bo nie czułam się na siłach sama
      wracać. Poczułam się jak śmieć, jak numer w kartotece, który za dużo chciał
      wiedzieć.
      Jak to dobrze, że są inne historie!!!!
    • agaro28 Re: Po ludzku... 17.09.04, 20:05
      Bardzo mi przykro...będę się modlić, zeby następnym razem się udało!
      Aż nie mogę uwierzyć, że są w Polsce takie szpitale.
      U mnie było okropnie, zadnych wyborów, zadnego psychologa, zadnych informacji
      co się będzie ze mną działo, za pierwszym razem lekarz prowadący jak do niego
      zadzwoniłam i powedziałam,że usg wykazało zamarcie dzidziusia (leżałam w
      szpitalu) powiedział, że to się zdarza, niestety nie może przyjechać. to był
      piątek popołudniu, zostawili nas na cały weekend bez słowa wyjaśnienia i bez
      pomocy.
      drugim razem było również nieciekawie, chyba nie dam rady napisać...
      trzymaj się Kochana i wierz w to, ze się uda! Ja nadal wierzę.
      Aga
    • basia_31 Re: Po ludzku... 18.09.04, 00:07
      Wczoraj miałam zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy w wyniku poronienia
      zatrzymanego - Maleństwo miało pełne 12 tyg. Ordynator nie zgodził się na
      sztuczne wywołanie porodu martwego maluszka. Aż mój mąż posprzeczał się z nim.
      Dwukrotnie został wygoniony przez niego z oddziału (powód: odwiedziny są tylko
      w godz. od 14 do 17) i ... dwukrotnie wracał. Uprosiliśmy takiego lekarza
      (dobrego kolegę mojej koleżanki) aby przypilnował, żeby zabieg nie pouszkadzał
      za bardzo szyjki (będziemy się jeszcze starać o Maleństwo, a taka szyjka może
      już nie utrzymać ciąży bez szwu/krążka). On też był za wywoływaniem porodu.
      Chyba przez nas miał kłopoty, słyszałam jak podniesionym głosem rozmawiał na
      korytarzu z ordynatorem. Wynik tego był taki, że zabieg zamiast innego lekarza
      przeprowadzał osobiście ten kolega mojej koleżanki.
      Pytałam się wcześniej ile trwa taki zabeg. Uzyskałam odpowiedź, że 3 do 5 minut
      + 30 minut na wybudzenie. Mój zabieg trwał w sumie godzinę i 10 minut, z czego
      30 min. na wybudzenie, a to daje czasu na łyżeczkowanie 40 minut zamiast 5 !!!.
      Zrobił to bardzo delikatnie, rozwierając szyjkę od najcieńszych narzędzi. A
      miałam szyjkę długą - 43 mm i pozamykaną. Wiesz, bardzo się zdziwiłam, bo
      prawie nie krwawiłam. W sumie było tego 2 podpaski. Ból też był słabiutki. Jak
      po zabiegu, wieczorem przyszła do mnie lekarka, zapytała czy byłam już w
      ubikacji powiedziałam, że się boję wstawać, bo po ostatnim łyżeczkowaniu
      dostałam krwotoku to wiesz co powiedziała? Że w tym przypadku nie mam po czym
      dostać krwotoku. No i miała w sumie rację. Jak ktoś nie robi roboty na "odwal
      się", nie partaczy robiąc byle jak, byle szybciej to i komplikacji nie ma. Ale
      i tak mam wielki żal, że nie pozwolono mi urodzić tego Malca. We wszystkich
      podręcznikach akademickich, jakie posiadam, napisane jest, że wywołuje się w
      takim przypadku poród takimi a takimi środkami farmakologicznymi a dopiero jak
      to nie przyniesie w określonym czasie oczekiwanego rezultatu to mozna
      przeprowadzić łyżeczkowanie.
      • anuteczek Re: Po ludzku... 18.09.04, 09:03
        Wiesz ja po poprzednim też miałam krwotok, podejrzenie perforacji i kilka
        innych 'przyjemności', z bólu zwijałam się tydzień.
        Urodzenie nie zawsze jest wskazane - ja miałam szczęście. Lekarz tłumaczył mi
        potem, że jak nie ma skurczy to można kombinować z oksytocyną i lekami
        wywołującymi skurcze - najlepiej z grupy abortiva, ale leki te są bardzo
        drogie. Dawka kosztuje około 400 zł, więc szpitali nie stać. W niektórych
        placówkach kombinuje się z cytotekiem, ale to lek na wrzody i skurcze są
        skutkiem ubocznym (nie zawsze skuteczny i nie przyeznaczony do tego).
        Czasami trzeba zrobić zabieg od razu - jeśli pacjentka zaczyna gorączkować a
        CPR lub OB są wysokie (zakażenie i sepsa w konsekwencji)...
        Basiu,
        ściskam bardzo bardzo mocno, zaglądaj do nas, dziewczyny pomogą
        andzia
    • aniao3 Anula... 23.09.04, 20:26
      Kochana moja, ty wiesz...
      Nie bede ci pisac kaczych pierdol ze bedzie dobrze, bo nikt nie wie jak bedzie.
      Ciesze sie ze trafilas na wspanialych lekarzy, ze choc dodatkowe psychiczne
      cierpienie bylo ci oszczedzone.
      Aneczko kochana, sciskam cie mocno
      Zycie nie jest sprawiedliwe.
      Anka
    • coronella Re:anuteczku, ktory to szpital? 24.09.04, 16:55
      Anuteczku, przeczytałam Twoja historię. Przykro mi bardzo, bardzo sad Mocno
      trzymałam kciuki za Was.

      Czy mogłabys mi, proszę, napisać który to szpital?
      Moja siostra w tej chwili lezy na patologii ciązy, ale warunki i traktowanie ja
      przez lekarzy, pozostawiaja wiele do zyczenia.
      A mieszkamy w Łodzi.
      Pozdrawiam bardzo gorąco!
      Dorota

    • jaga62 Re: Po ludzku... 24.09.04, 17:21
      Napawa to optymizmem, że lekarze to też ludzie bo ja straciłam nadzieję, że
      można spotkać dobrego lekarza. Niestety moje doswiadczenia są całkiem inne.
      Potraktowano mnie jak przypadek medyczny a nie człowieka. Nie rozmawiano ze
      mną, nie znieczulano ani nawet nikt nie wyraził słowa współczucia.
    • slonecznik15 Re: stracenie 20tygodniowej ciazy 01.10.04, 00:26
      Anuteczku,
      siedze i placze bo z listow dowiedzialam sie ze podczas lyzeczkowania mozna
      uszkodzic szyjke macicy i zaczynam zalowac ,ze wybralam zabieg.Pierwszy raz jak
      poronilam zgodzilam sie na lyzeczkowanie, w drugiej ciazy nie wiadomo z jakich
      powodow nagle odeszly mi wody plodowe i urodzialam Mateuszka,badania nie
      wskazaly zaburzen w rozwoju plodu i do dzis jedynie slysze odpowiedz ,ze nigdy
      nie dowiemy sie dalczego tak sie stalo,ale podczas nastepnej ciazy beda co
      tydzien kontrolowac szyjke i w razie czego zaloza mi szew, zaszlam trzeci raz
      w ciazy i niestety okazalo sie ze plod obumarl w szostym tygodniu, jest juz
      koniec 8-ego a ja nie wiem czy czekac ,ze organizm sam wydali ,czy isc znowu na
      lyzeczkowanie.A jezeli rzeczywiscie jest ryzyko uszkodzenia szyjki,czy powinnam
      ryzykowac.Na pewno sie nie poddamy z mezem i bedziemy dalej probowac miec owoc
      naszej milosci
      • budeczka Re: stracenie 20tygodniowej ciazy 01.10.04, 09:50
        Słoneczko,
        bardzo mi przykro z powodu Twoich przeżyć!
        Nie umiem Ci powiedzieć co teraz powinnaś zrobić, ale chcę Ci napisać, że już
        po wszystkim koniecznie zabdaj przeciwciała antyfosfolipidowe!!! Nawykowe
        poronienia we wczesnej ciąży i w 20-tych tygodniach jest bardzo często
        spowodowane przyczyną immunologiczną. Na to są leki i mozna urodzić zdrowe
        dziecko. Tutaj na forum jest kilka dziewczyn z zespołem antyfosfolipidowym,
        które biorą codziennie zastrzyki z heparyny.
        Koniecznie to sprawdź przed nastepnymi staraniami!
        Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.
        • budeczka PS 01.10.04, 09:59
          Oczywiście chodziło mi o forum Trudna ciąża, czyli nie "tutaj na forum" tylko
          tutaj na forum Trudna ciąża".
          • slonecznik15 dzieki budeczko i inne dziewczyny za informacje, 02.10.04, 00:28
            dzieki, zwroce na to uwage,chociaz chodze do grupy najlepszych lekazy ciaz
            wysokiego ryzyka przy szpitalu z najlepsza reputacja w Chicago to zapytam sie
            czy mialam juz badania w tym kierunku,
            tyko slonecznych dni zyczy Aga
Inne wątki na temat:
Pełna wersja