anuteczek
12.09.04, 15:14
Kochane,
Chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak straciłam Bąbelka. Na forum znajduje
się "Moja historia", w której opisywałam koszmar poronienia 20/21-tygodniowej
Tosi.
Tym razem było po ludzku, tak, jak w moim mniemaniu powinno być. Trafiłam
do szpitala z lekkim plamieniem. Po drodze zrobiłam betę. Zanim dotarłam do
szpitala miałam wynik. Był ok.
Na izbie przyjęć na hasło plamienie w ciąży zareagowano natychmiast, nie
musiałam czekać na swoją kolejkę, od razu trafiłam na patologię. Wypełnianie
dokumentów odłożono na później. Szybciutko zjawił się lekarz, bardzo
delikatnie mnie zbadał, zrobił usg - Bąbelek jeszcze był w macicy, był
problem z wysłuchaniem serduszka, ale lekarz nie chciał robić badania
dopochwowego, żeby nie narażać szyjki, i od razu dostałam kaprogest, no-spę i
relanium. Przewieziono mnie na salę.Trafiłam do małej dwuosobowej sali z
łazienką - tak, żebym nie musiała chodzić. Oczywiście dostałam nakaz leżenia.
Położne pobrały mi krew - lekarz zlecił dosłownie wszystkie badania, które
można zrobić z krwi. Za dwie godziny były wyniki. Wszystko było jeszcze w
porządku. Następnego dnia leżałam i dostawałam leki. Lekarz i położne ciągle
zaglądali do mnie i pytali czy niczego nie potrzebuję - nawet w nocy położna
zaglądała. Kiedy powiedziałam, żeby odpoczęła, stwierdziła: "ty tu jesteś
najważniejsza" i tak właśnie się czułam. Byłam spokojna. Wieczorem zaczęły
się surcze, początkowo lekkie, ale zaczęły się nasilać. Dostałam silniejsze
leki. Następnego dnia rano na usg okazało się, że Bąbelka nie widać w macicy.
Na sali ze mną leżała dziewczyna w szóstym miesiącu, miała już ładny brzuszek
i właściwie wszystko było z nią w porządku. Kiedy wróciłam z badania, okazało
się, że dziewczyna ta została przeniesiona na inną salę - żeby nie
przysparzać mi cierpienia.
Poproszono mnie do gabinetu lekarskiego - byli tam moj lekarz prowadzący,
ordynator i psycholog. Choć wiedziałam co i jak, lekarze bardzo dokładnie
wytłuaczyli mi mechanizm poronienia. Mogłam sama podjąć decyzję, czy chcę
spróbować wywołać poronienie farmakologicznie, czy łyżeczkujemy od razu, czy
odstawiamy leki rozkurczowe i czekamy, aż sprawa się sama rozwiąże.
Przedstawiono mi plusy i minusy każdego rowiązania, ale decyzję mogłam podjąc
sama. Postanowiłam odstawić leki podtrzymujące i rozkurczowe i czekać.
Wiedziałam, że w każdej chwili mogę poprosić o coś przeciwbólowego i zmienić
zdanie. Dopiero kiedy dokonałam wyboru, dowiedziałam sie, że wybrałam
najlepsze - z medycznego punktu widzenia- rozwiązanie.
Położne doradziły mi, żebym spacerowała. Skurcze się nasiliły. Po jednym -
wyjątkowo silnym poczułam, że mam bardzo mokrą wkładkę. Okazało się, że to
wypadł Bąbelek. Położna zawołała lekarza, lekarz potwierdził, że "jajo
płodowe zostało wydalone". Może to zabrzmi dziwnie, ale lekarz zostawił mnie
na chwilę i powiedział, że mogę się pożegnąć, bo on wie, że to, co nazywa się
jajem, dla mnie jest ukochanym dzieckiem. Choć było już dość późno lekarz
podjął decyzję o natychmiastowym łyżeczkowaniu - żebym niepotrzebnie nie
krwawiła. Potem poszłam do gabinetu zabiegowego, gdzie znowu miałam wybór -
znieczulenia. W międzyczasie położne zawiadomiły moją rodzinę. Po zabiegu
zajęli się mną rodzice- zostali całą noc. Dostałam zastrzyk przeciwbólowy.
Rano zjawił się psycholog.
Przy wypisie lekarz poinformował mnie o forum 'poronienie', dostałam
skierowanie na betę i usg (po tygodniu i po dwóch). Wstępnie zostałam
umówiona na hsg i wizytę u genetyka.
Dostałam oksytocynę, recepty na antybiotyk, leki przeciwbólowe i
uspakajające.
Nie była to klinika prywatna, ani uniwersytecka, lecz mały szpital pod
Łodzią. Moja ginka była na urlopie, lekarze i położne nie dostali ani grosza.
Lekarza prowadzącego widziałam pierwszy raz w życiu.
andzia