basia_31
16.10.04, 21:54
W połowie września straciłam wytęsknione dwunastotygodniowe Maleństwo - ciąża
obumarła - zabrzmiało jak wyrok. To już czwarte moje Dzieciątko, które
zasiliło szeregi Aniołków. 7.10 wróciłam do pracy na pełnych obrotach. Do
czwartku trzymałam nieźle. W nocy z czwartku na piątek miałam sen, że
urodziłam w domu bardzo malutką córeczkę, którą przez cały czas karmiłam
piersią a ona szybko urosła do wymiarów donoszonego noworodka. Nosiłam na
rękach taką golutką, przytuloną do mojego gołego brzucha, karmiłam i tuliłam,
całowałam i miałam świadomość, że w każdej chwili może umrzeć. Nie zgłosiłam
się po porodzie do szpitala, chciałam być jak najdłużej z nią, tak do końca.
W pewnym momencie obudziłam się a gdy znów zasnęłam śniłam ciąg dalszy.
Niewiarygodne. Od piątku ryczę. Nie mogę myśleć o niczym innym. Ten obraz we
śnie był taki realny, wręcz namacalny, do tej poru czuję ciepło jej ciałka.
Była taka śliczna. W piątek szybko położyłam się spać mając nadzieję, że
Malutka znów mi się przyśni. Niestety, nie. Żadne z moich Aniołków nie śniło
mi się do tej pory, może i dlatego, że tak strasznie nie przeżywałam ich
odejścia.
Dokładnie miesiąc temu miałam zabieg. Chyba zwariuję.