eligie
08.09.06, 12:57
Piszę bo szukam różnych sposobów na poradzenie sobie z moim bólem i smutkiem,
podobnie jak mnóstwo dziewczyn na tym portalu. Przez 9 tygodni byłam mamą,
czułam się jak mama, myślałam jak mama - o tym, żeby mojemu Maleństwu było
dobrze, żeby mu niczym nie zaszkodzić, żeby rozwijało się zdrowe. widok
bijącego serduszka na USG był jak dotąd najwspanialszym, najpiękniejszym dla
mnie przeżyciem. Ja.... nawet nie potrafię opisać, co wtedy czułam. Kończył
się drugi miesiąc naszej ciąży, więc nieśmiało zaczęliśmy myśleć o tym, że
chyba się uda, że "feralny" pierwszy trymestr już niedługo się skończy i
chyba będzie dobrze z naszym Juniorem. Wybieraliśmy imiona. Pojechaliśmy
sobie do IKEI, żeby - jeszcze tak bardzo wstępnie - pooglądać mebelki
dziecięce, pomierzyć, poprzymierzać do przyszłego dziecięcego kącika. I oto,
na trzecim USG, dokładnie tydzień temu, zobaczyłam równocześnie dwie rzeczy.
Piękną i straszną. Piękne było to, że Maleństwo od ostatniego badania urosło
(miało już 3 cm długości) i widać było kształt główki, ciałko, ja nawet
widziałam delikatny profil. A straszne było to, że nie zobaczyłam znajomego
widoku pracującego serduszka, które do tej pory biło szybciutko i bardzo
radośnie. A tu nic. W gabinecie zaległa okropna cisza, bo lekarz chyba nie
wiedział sam, jak ma mi to powiedzieć. Ale ja już TO wiedziałam - że serce
mojego dziecka przestało bić.
To co byó potem, to trudne do opisania i nawet chyba nue będę próbowała tego
robić. Powiem tylko tyle, że mój lekarz (dr Krzysztof Maj) pomógł mi
przetrwać te pierwsze minuty po tej wiadomości i jestem mu za to ogromnie,
ogromnie wdzięczna. Bardzo spokojnie, ale i konkretnie, powiedział mi co
teraz trzeba będzie zrobić i dał skierowanie do szpitala. Powiedział, że
absolutnie nie jest to moja wina i że przyczyny mogą być różne, będą jeszcze
badane. Potem trafiłam do szpitala na zabieg - trzeba było wywołać poronienie
i potem zabieg czyszczący. Tatuś Maleństwa był z nami tyle ile mógł, prawie
cały czas i już wiem, że okazał się najlepszym Ojcem na świecie.
A Personel szpitala (szpital przy ul. Inflanckiej w Warszawie) - lekarze,
pielęgniarki, salowe byli tak ciepli i tacy jak z bajki, że pomogli mnie i
innym kobietom przetrwać to, co najtrudniejsze i sprawili, że koszmar stał
sie mniejszy. Bardzo dziękuję dr Wójtowiczowi i Zespołowi, który miał dyżur w
nocy z 04. na 05. września.
Teraz jestem w domu i lepiej lub gorzej radzę sobie z codziennością. Mam parę
dni zwolnienia, na "dojście do siebie" fizyczne i psychiczne. Właściwie
fizycznie jest już ok, gorzej z psychiką. Dzięki wsparciu bliskich mi ludzi
usłyszałam wiele mądrych, dobrych rzeczy które pomagają mi w jakimś stopniu
zrozumieć, co się stało. Wiem już, że nie ma sensu stawianie
pytań "dlaczego", bo, jak to pisał ksiądz Twardowski, "o cokolwiek zapytasz,
trzepnie Cię milczenie". Więc nie pytam. Więc przyjmuję to co się stało.
Przecież nie mam innego wyjścia. Wiem, że rozpaczając dalej, będę rozpaczać
nad sobą, już nie nad Maleństwem, bo Ono - jak powiedział jego Tatuś - "już
wybrało inny świat".
Pozdrawiam serdecznie wszystkie Mamy, które były Mamami choć przez chwilkę.
Trzymajmy się.
e.