asiunia555
18.10.06, 14:48
Dziewczyny nie chciałabym Was zanudzić moją historią, nie znamy się bo
jestem / byłam stałą bywalczynią forum "niepłodność", ale liczę na Waszą
pomoc, zrozumienie i poradę.
jestem aktualnie na dużych dawkach relanium....raz płaczę raz się na chwilę
uspokajam....więc opis będzie pewnie bardzo chaotyczny i zbyt długi.
Przepraszam…z góry.
w ciągu roku miałam 2 owulacje do tego kiepska ruchliwość plemników u męża.
Czas na działania naturalne był do końca wakacji. potem miało być iui…..a tu
12.09. pozytywny test. CUD!!!! nad cudami….ale szczęście trwało krótko.
KONIEC mojego szczęścia i cudu nie był niestety zwykły.......
słabo rosnąca beta to od początku był zły znak i ja to gdzieś w głębi duszy
wiedziałam...ale nic nie szło zrobić przecież....tylko duphaston i nadzieja
że jak się cud zdarzył to przetrwa….(raz przyrost tylko 30% w ciągu 48 godz,
raz 60%, potem znów 33%)
poszłam do poleconego patologa ciążowego przez te słabo i nierównomiernie
przyrastające bety. był pęcherzyk 5 mm w macicy i miałam przyjść za 2
tygodnie
(czyli w 7 t.c.) żeby zobaczyć zarodek i serduszko....ale nie doczekałam tego
dnia - zabrakło 3 dni....a całe te prawie 2 tygodnie czułam się
świetnie.....i nic się nie działo.
- niedziela 8.10 - wieczorem panika, pojawiła się krew, tel. do gina i pędem
do szpitala na izbę przyjęć....no i się dowiedziałam że pęcherzyk urósł tylko
2 mm czyli do 7 mm zamiast do 20 mm, brak echa zarodka...beta 2735,
koszmar...dostałam środki uspokajające i kazali jechać do domu warunkowo i
czekać na poronienie tj. na silne krwawienie....
- poniedziałek 9.10 - krwawienie się nie nasila, ja w głowie układam sobie że
to martwe puste jajo płodowe że koniec, mąż ze mną w domu został, mama dzwoni
i pociesza że lepiej że to się dzieje teraz niż jakbym już widziała
dzidziusia itd. ....serce mi pękało....wieczorem zaczęły się dziwne objawy
parcia na stolec...znów telefon do gina znów kazał pędzić do szpitala i
zwrócić
uwagę na to parcie bardziej niż na to lekkie krwawienie...strach....ale
myślałam że wrócę już wyczyszczona...po wszystkim...szpital - usg pęcherzyk
nadal w macicy jest, krwawienie ...no to jeszcze nie poronienie, beta urosła
trochę od
poprzedniej nocy do 2890, no i dalej diagnoza że nadchodzi
poronienie...pomimo że odrobinę beta urosła...ale mało więc pomimo że jajo
martwe to jakieś tam tkanki jeszcze żyją i niby dlatego beta mogła trochę
urosnąć...znów powrót do domu z przykazem że jakby się coś działo to wracać i
czekać na poronienie.....jakie to okrutne....jak bardzo wolałabym żeby to
poronienie stało się znienacka...a nie tak leżeć, krwawić trochę i
czekać...to
był już drugi dzień koszmaru....
- wtorek 10.10 - nadal poronienie nie przychodziło. przy każdej większej
plamce wołałam męża czy to już czy już po....ale to ciągle nie było
to....mama kazała mi chodzić żeby to ruszyło ale ja jakoś leżałam i ryczałam
i nie mogłam wstać miałam jakieś złe przeczucie...żeby leżeć....wieczorem na
20stą mieliśmy umówioną wizytę u ginekologa (tą wizytę na której miałam
zobaczyć zarodek i serduszko) postanowiliśmy pojechać pomimo już znanej
diagnozy...że zarodka nie ma.
wizyta zakończyła się tym że gin dzwonił do szpitala i już telefonicznie
kazał mnie izbie przyjęć przyjmować natychmiast na oddział....wyrok: to nie
poronienie, najprawdopodobniej żywa ciąża pozamaciczna w przestrzeni między
lewym jajnikiem a lewym jajowodem....natychmiast trzeba ją usuwać, trzeba
ratować pani życie....jak to możliwe? - pytam - skoro mam martwą ciążę
wewnątrz macicy. mam przecież ten pęcherzyk... tymczasem. okazuje się że w
pozamacicznej istnieje tzw. pseudopęcherzyk, który jest ściemą i jak się
pojawia to lekarz sądzi że to normalna ciąża wewnątrzmaciczna i czeka się na
pojawienie się tam zarodka...a zarodek tymczasem rozwija się gdzie
indziej...w jajowodzie, lub brzuchu lub jajniku lub w szyjce macicy....a na
ten pęcherzyk w macicy przecież czeka każda kobieta, aby go zobaczyć....
jednak widząc pęcherzyk nie można się jeszcze cieszyć bo
to może być ten cholerny pseudo....owszem pewnie w 99 procentach jak on się
pojawia w macicy to będzie normalna ciąża ale czasem niestety.....jest
inaczej.
mąż gnał do szpitala jak szaleniec ...ja ryczałam i trzęsłam się, on
płakał...o Boże to był koszmar....przecież dwa dni wstecz uświadamiałam sobie
że moja ciąża jest martwa i pusta a teraz nagle słyszę że zarodek żyje i ja
muszę go usunąć...Jezu co się działo wtedy w mojej głowie....plątanina myśli
przerażenie, odwrócenie sytuacji o 180 stopni.....było martwe teraz
żyje....co się dzieje......
w szpitalu już na mnie czekali...badało i konsultowało mnie trzech
lekarzy...beta znów wzrosła (zobaczcie jak trzeba to beta może być w kilka
minut a nie czekanie cały dzień na wynik) potem jakieś inne badania krwi,
stwierdzenie afektu 3,7 cm (afekt to żywy zarodek poza macicą) przerażenie,
moi rodzice gnali do poznania w tą noc....mąż ryczał przed swoją teściową
ponoć jak dziecko...
a ja zostałam sama....pilnowali mnie jak nie wiem co...tysiąc razy usg,
tysiąc badań krwi....modliłam się całą noc.
ostatnie badania miały być decydujące czy operacja będzie jeszcze w
nocy...nigdy nie zapomnę tych 1,5 godziny czekania na wyniki...nigdy w życiu
się tak nie bałam...pojawiła się wprawdzie odrobina krwi w jamie brzusznej
ale
nie było krwotoku wewnętrznego...odetchnęłam że operacja będzie rano -
wiadomo - w dzień w szpitalu jest pełna obsada i większy personel ....Boże
nie mogłam uwierzyć że mój dzidziuś żyje a oni mi go usuną.....nie mogłam
skupić się na tym że w każdym momencie może pęknąć mi jajowód że mogę go
stracić i że mogę stracić życie....moje życie mnie zupełnie nie
obchodziło...myślałam tylko o moim cudzie. żywym
cudzie....
- w końcu nadszedł dzień...środa rano 12.10 – miesiąc po moim pozytywnym
teście ciążowym...
bada mnie pani profesor i znów słyszę coś innego!!!!!!!!!!!!!
wróciłam na salę zaryczana z obłędem w oczach i w głowie na pewno też miałam
obłęd: usłyszałam: tak jest ciąża pozamaciczna żywa, beta rano znów wzrosła
do 3 tys. ale to co w macicy to nie jest pseudopęcherzyk od ciąży
pozamacicznej tylko najprawdopodobniej normalna ciąża
wewnątrzmaciczna......operacja za chwilę...bo nie mogą
podać mi jakiegoś metahetraxu (nie pamiętam nazwy) na zabicie pozamacicznej
bo istnieje 1 % szansy (na 100) że to w macicy żyje i lek zabiłby obie
ciąże...natychmiast laparoskopia w pełnej narkozie z intubacją, kazała
zamówić krew...Boże to co słyszałam to w mojej głowie się nie mieściło....
dzwonię do męża...on pyta asia co ty do mnie mówisz???? ja też nic nie
rozumiałam. Ryczałam, krzyczałam przysłali psychologa, który gó.. pomógł....
już nie miałam siły...ten jeden procent nadziei znów przewrócił wszystko w
głowie chociaż jasno powiedzieli że nie mam sobie mimo wszystko robić żadnych
nadziei.....
- po operacji było fatalnie, nie mogłam dojść do siebie po narkozie, wymioty
krwawienie, ból, a przede wszystkim ból serca. Pękło i nie wiem czy
kiedykolwiek się sklei
- czwartek 12.10 - fatalnie...mąż i mama przy mnie...w końcu odzyskałam
prawdziwie przytomność bo w środę nic nie kontaktowałam poza rzyganiem...i
spaniem... rozmowa z panią prof. beta drastyczny spadek z 3 tys. do
796. wiedziałam że już na ten 1% nie liczę ale tego zbadać nie można było
dzień po operacji – i na tą wiadomość miałam czekać do piątku na usg. ale nie
wiedziałam też czy zachowany jest jajowód i jajnik....na szczęście tak!
jedyny pozytyw tego koszmaru.
ale badanie histopatologiczne tego co usunęli nie potwierdziło w 100% że to
co usunęli to był rozwijający się zarodek. jakaś zmiana cystowata z krwią,
nie torbiel, nie ciałko żółte, nie torbiel endometrialna....może bardzo
wczesny trofoblast...ale skoro beta zaraz po operacji tak spadła to jakby
jednak była tam ciąża, ale też z drugiej st