martabg
02.04.07, 21:21
Minęły ponad 4 miesiące od zabiegu.
Prawie codziennie o tym myślę, od samego początku, od wizyty u lekarza, po
powrotną jazdę samochodem do domu, kiedy zajechałam do byłego pracodawcy
oddać mu klucze i odebrać zaległą wypłatę. Później czekanie na męża i
chwilowy płacz, szczególnie po tym, jak na stronie poronienie.pl
przeczytałam, co mnie czeka. Przyjazd na zabieg do Polski, zabieg przełożony
na inny dzień, poszliśmy z mężem na komedię do kina.
Po powrocie ze szpitala jeszcze tydzień u rodziców, gdzie wstawałam wcześnie
rano i byłam normalną osobą, jakby w moim życiu się nic nie wydarzyło.
Po powrocie do domu powrót do normalności, powrót do życia sprzed 3 miesięcy.
Twarda chcialam być od samego początku.
Chciałam pokazać... cholerka, sama nie wiem, co chciałam.
Dlaczego nie pozwoliłam sobie na płacz i rozpacz, szczegolnie na początku?
Jak mogłam 15 minut po diagnozie lekarskiej jechać do faceta i gadać z nim o
wypłacie? Dleczego poprostu nie zadzwoniłam po męża by mnie odebrał z tej
kliniki?
Czy ja zawsze będę taka samosia?
Czy kiedykolwiek dam ujście tym emocjom?
Jedyne, co wiem, że tak nie warto.
Że nie warto innym udowadniać, że jest dobrze skoro jest źle.
Trzeba płakać, kiedy ma się ku temu potrzebę, i nie kłamać ludziom
mówiąc "Tak, u mnie wszystko w porządku".
Nie bądźmy dla siebie zbyt surowe...