cicuta
03.01.09, 17:37
po drugiej stracie.
w pierwszą ciążę zaszłam po roku starań, bez żadnych złych objawów w
12 tygodniu okazało się, że serduszko nie bije... Jeszcze tydzień
chodziłam z nadzieją, że może ktoś się pomylił, że jakiś cud
nastąpi... Cud się nie stał, poronienie samoistne też nie nastąpiło,
miałam zabieg. Koszmarną depresję i w ogóle. Był czerwiec 2003. We
wrześniu 2004 po trudnej ciąży urodziłam w 35 tygodniu córkę. W
grudniu 2005 synka, w marcu 2007, po kolejnej makabrycznej ciąży -
kolejnego. Marzyła nam się czwórka dzieci, ale hormony mi się
rozregulowały, uregulowanie i starania zajęły nam 9 miesięcy,a le
zaszłam w ciążę. W 9 tygodniu dowiedziałam się, że dziecko jest małe
a obok wielki krwiak. Duphaston, leżenie plackiem, po tygodniu
powiedzieli, że krwiaks ię wchłonął, kosmówka przykleiła, dziecko
dalej mniejsze ale urosło i wszystko będzie dobrze... 22 grudnia
miałam mieć kolejną wizytę, szykowałams ię na usg genetyczne i nagle
40 stopni gorączki i plamienie - okazało się, że moje dziecko nie
żyło już od trzech tygodni, a ja się nabawiłam od niego zakażenia...
23 grudnia miałam zabieg.
Nie mogę się pozbierać.
I nie wiem, nie rozumiem - dlaczego tak się dzieje, że dziecko we
mnie umiera a ja nic nie czuję, nic się nie dzieje, nic nie widać...