po pół roku...

21.01.09, 15:56
Zdecydowałam się wysłowić. Przelać w końcu na klawiaturę to co
grzęźnie w gardle... Dojrzałam chyba do tego teraz dopiero. A wiem,
że nikt nie wysłucha tak uważnie jak wy...
Za dwa dni minie dokładnie pół roku od zabiegu. W 10 tygodniu ciąży
straciłam bliźniaki. Grocha i Fasolę - po mojemu. Serduszka po
prostu przestały bić. Po prostu? Nie. Z Jagódką, moją dwuletnią
córeczką miałam podobnie. Finał był tylko inny. W obu przypadkach od
początku pojawiły sie dość duże krwiaki kosmówkowe - leki,
zastrzyki, leżenie. W przypadku córeczki - po kolejnych problemach i
3-miesięcznym pobycie w szpitalu, ciąży teoretycznie bez szans na
donoszenie - udało się. Od początku wiedziałam, że z zbliźniakami
bedzie inaczej. Ja to przeczułam zanim się dowiedziałam o ich
istnieniu. Nie żebym nie wierzyla, że bedzie dobrze...ale jak na
drugiej wizycie mój ukochany pan doktor powiedział
tylko "ale..niestety"... to jedyne co mi przeszło przez myśl
to: "trzymaj się dla Marcina, który czeka w poczekalni". Spadła
wtedy dosłownie jedna łza. Wmówiłam sobie, że musze być silna. Że
dam radę bez scen, histerii, łkań.
I tak było - nie zapłakałam przed zabiegiem, ani po nim.Nie
myślałam. Byłam jak w letargu. Chciałam jak najpredzej wrócić..do
pracy. Rzuciłam się w wir, dostałam awans...po dwóch miesiącach
jedząc tortelini z warzywami po prostu zawyłam. I tak
wyłam...długimi tygodniami. Teraz wiem, ze z bólu można zwariować.
Że emocje bolą jak wyrywanie paznokci, że tracąc dziecko (dla mnie
to są dzieci) można siegnąć emocjonalnego dna. Rozdrapałam wszystko
do kosci - każdy moment, każdą chwilę, przejrzałam wszytskie filmy
na youtube o aniołkach, wszystki fora, ryczałam i wyłam. Żałuję, ze
moje aniołki nie maja swojego miejsca i poza zdjeciam z usg, wypisem
ze szpitala nie ma nic co świadczy o tym, że były...namacalnie. I że
wywarły na mnie tak ogromne piętno. Jestem lepsza. Dla siebe, dla
męża, który był dzielny jak niky inny... Dziś wiem, że mamy dwoje
wspanialych Stróżow, na których patrzę gdy zgaśnie niebo i zaświecą
sie gwiazdki - dwie są Moje. Dzis juz wiem, że Niebo jest pełne zbyt
doskonałych dla tego swiata Istotek. I że są ludzie, którzy nie chcą
o nich pamiętać...poznałam przyjaciół, straciłam tych pseudo-,
usłyszałam słowa, o które rozbiłam pół serducha, ale wszytsko to -
moje.
Gubię sie nadal. Czasami wciąż uciekam. Miotam między chcęcią by
mieć Maluszka a nie tyle strachem ile pamiecią, która jeszcze
szepcze, żeby troszkę poczekać. Wyzdrowieć. I pamietać bez łez.

Życzę Wam kochane Aniołkowe mamy i sobie samej też - usmiechniętej
Nadziei.
    • ankups Re: po pół roku... 21.01.09, 18:52
      ciezko mi cokolwiek napisac... siedze i placze, tak mi smutno...
      cieszy tylko to, ze wreszcie chcesz dzielic sie swoim
      macierzynstwem, choc zakonczylo sie bolem. I wiesz, masz racje -
      mamy wspanialych opikunow - ja mam ich troje w niebie.

      tule

      anka
    • nini6 Re: po pół roku... 21.01.09, 19:29
      Przytulam cię mocno.
      Ja też straciłam moje maleństwo w 10 tygodniu - to było w sierpniu w zeszłym
      roku. Teraz znowu jestem w ciąży i staram się wierzyć, że tym razem wszystko
      będzie w porządku. Odsuwam złe myśli i cieszę się tym ,co jest.
      Życzę Ci z całego serca, żebyś znalazła spokój i przekonanie, że - jeśli się na
      anie zdecydujesz - następne Maleństwo zostanie z Tobą na ziemi.
      Pozdrawiam serdecznie.
    • 1978anna Re: po pół roku... 21.01.09, 23:10
      przytulam Cię serdecznie

      a to dla Fasolski i Groszka (*)(*)
Pełna wersja