dorotaifilip
02.05.09, 00:01
Ponad trzy tygodnie temu dowiedziałam się, że dziecko we mnie nie
żyje. Przeżyłam łyżeczkowanie. Potem poczucie winy, że pewnie coś
zrobiłam nie tak, że może przez infekcję, może nieodkrytą na czas
chorobą zabiłam moje maleństwo. Pewnie wiecie o jakim stanie myśli i
uczuć piszę.
Potem niestety walka z bezdusznościa machiny czyli szpitalem.
Jeżdżenie do USC, do zakładu pogrzebowego, do ZUSu.
Wczoraj odbył się pogrzeb mojego maleństwa (miało tylko 1 cm
wielkości ale jako 7-8 tygodniowy człowieczek miało duża głowe i
rączki i nóżki, mam nadzieję, że nie do końca rozwiniety układ
nerwowy czyli że umierało bez bólu). Byłam ja, mąż i synek.
Usłyszeliśmy ciepłe, mądre słowa od księdza. Płakaliśmy jak bobry.
Od wczoraj nie muszę nigdzie gnać, czuję apatię ale i spokój.
I o tym spokoju chcę Wam powiedzieć.
Moje dziecko istniało krótko ale ma imię i wiem, gdzie jest i to mi
daje spokój pomimo tęsknoty i smutku.
dorota