hanka2501
20.06.09, 21:14
Nie wiem od czego zacząć. Może od początku. Moje maleństwo straciłam 8
stycznia tego roku w 12 tc. Okazało się, że ciąża zatrzymała się na 9tc.
Miałam łyżeczkowanie i wróciłam do domu. Czułam się dobrze. Tzn. lepiej niż
myślałam, że mogę się czuć w takiej sytuacji. Tłumaczyłam sobie, że inna jest
rozpacz kiedy się nie ma dzieci a inna gdy ma się już jednego Skarba. To była
moja druga ciąża. Pierwsza książkowa i bezproblemowa. Po około tygodniu z
forum - tego właśnie forum wyczytałam jakie miałam prawa. czułam jak włosy na
całym ciele stają mi dęba. Jak to możliwe? Przecież nikt mnie w szpitalu nie
poinformował,że mogę odebrać swoje dziecko, pochować, zarejestrować i nadać mu
imię. Postanowiłam tam wrócić po ten dokument. Potraktowano mnie jak
histeryczkę, która po stracie dziecka straciła tez rozum. Wszyscy robili
wielkie oczy: "o co jej chodzi? Jakie dziecko? W 12TC????" W USC było
podobnie. Poddałam się. I wiecie co? Do dziś nie mogę odzyskać spokoju.
Pozbawiono mnie czegoś do czego miałam prawo. Czy to moja wina, że urodziłam
się w zaledwie 100tysięcznym mieście a nie np. w Warszawie, Gdańsku czy
Wrocławiu, gdzie kobiety bez najmniejszych problemów mogą zrobić to co daje im
Konstytucja? Czy w Polsce są równi i równiejsi? Nie mam żalu do tych osób,
którym się to udało. Zazdroszczę, że Wam się udało. Czuję straszną niemoc i
żal... że nie poszłam dalej, że nie walczyłam. Teraz nie mam nic prócz testu z
dwoma kreskami. A teraz ostatnimi dniami coraz częściej myślę, że za miesiąc
moje dziecko byłoby z nami. Im bliżej tego terminu jest mi coraz smutniej.
Jemu się należało imię i dowód w postaci aktu urodzenia, dowód jego istnienia.
Najbardziej obawiam się tego, że ten żal, że nie walczyłam nie da mi spokoju
do końca. Zawsze będę sobie wyrzucać, że nie miałam siły zrobić tego nawet nie
dla siebie ale właśnie dla tego Maluszka.
Moje dzieciaczki: Liwia 15-07-2006 i Aniołeczek 08-01-2009