Dodaj do ulubionych

Los debiutanta i świeży powiew w literaturze

12.10.11, 11:20
Na początek - witam Was serdecznie. To mój pierwszy głos na forum, które od dawna z przyjemnością "podglądam". Wiem, że już wielokrotnie omawiano tu problemy z publikacją pierwszej powieści. Dzięki Waszym opiniom, znane mi są realia. Wygląda na to, że szalenie trudno o debiut literacki, jeśli się nie posiada celebryckiego nazwiska albo życzliwych znajomych. Z wypowiedzi uczestników forum wynika, że propozycja wydawnicza "z ulicy" nie zostanie raczej potraktowana serio. Rozumiem prawa komercji. Wiem, że wydawcy nie działają charytatywnie, tylko muszą z czegoś żyć. Jedno mnie w tym wszystkim zastanawia: skoro rynek kształtuje plany wydawnicze, to gdzie w tym miejsce na nową jakość? Pytam głównie jako miłośniczka literatury. Irytuje mnie, że kiedy na topie jest kolor zielony, nie mogę dostać w sklepach czegoś czerwonego. Ale tylko irytuje. Nawet pojmuję czemu sklepy stawiają na pewniaki i nie zamawiają rzeczy, które być może kupi pięciu miłośników czerwieni. Natomiast poddanie się prawom rynku w sferze kultury i sztuki poważnie mnie niepokoi. Wydaje mi się, że literatura to jednak coś innego ( w wymiarze społecznym), niż np. moda. Czy przypadkiem firmy wydawnicze nie powinny w ramach swojej działalności uwzględnić także mocy kształtowania ważnej sfery życia ludzkiego i nie uchylać się od odpowiedzialności jaką w związku z tym ponoszą? Może to naiwne pytania, ale zastanawia mnie co będzie dalej? Jak będzie wyglądała nasza spuścizna literacka za pięćdziesiąt czy sto lat?
Obserwuj wątek
    • pisam Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 12.10.11, 11:36
      Nie rozumiem skąd ten pogląd, że debiutantowi jest zawsze pod górę :-) Znam co najmniej z 10 osób które debiutowały w przeciągu ostatniego roku, więc nie jest tak źle. Trzeba po prostu napisać dobrą książkę i mieć szczęście aby trafić w odpowiedniej chwili na odpowiedniego redaktora w wydawnictwie, Jeśli nie masz tego szczęścia, to choćbyś wydał już 10 książek (i nie był celebrytą) to masz pod górkę :-)
      Odradzam tylko wszystkie POD, e booki, współfinansowanie bo wbrew sugestiom tych firm nic to ci nie pomoże aby zaistnieć na rynku i tylko nabawisz się odruchów wymiotnych. Nie licz też, że z pisania zarobisz na życie. Może za 10 lat, gdybyś w ciągu roku wydawała 3 książki byłoby to realne, ale póki co to pisze dziesiątki tysięcy osób, z książek żyje około 30 osób w całym kraju. To tak ku przestrodze. Jeśli chodzi o świeży powiem, to nie znam tego pojęcia, bo albo piszesz dobrze oraz masz odrobinę szczęścia, że cię czytelnicy i krytycy zauważą, albo piszesz bo to lubisz. Nie ma innej drogi :-) chyba, że możesz jeszcze zmienić swoje hobby.
      • tittama Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 12.10.11, 14:07
        Nie jestem młodą autorką pełną żalu, że nikt nie pragnie przyznać jej Nobla, ani nawet rzucić okiem na proponowany tekst :). Także nie pytałam o to czy można żyć z pisania. Wspominałam, że problem postrzegam z perspektywy miłośniczki dobrych książek. Ot, takie sobie filozoficzne rozważania o kondycji polskiej literatury. Dla jednych ciekawe, dla innych pewnie nie. Chodziło mi jednak o coś innego, niż sugerujesz w swojej odpowiedzi. Miałam na myśli raczej rolę instytucji pośredniczących między twórcą a odbiorcą. O trudnościach z debiutem dowiaduję się z tej oraz innych grup dyskusyjnych. Być może odniosłam mylne wrażenie, ale zdaje się, że zarówno przedstawiciele wydawców, jak i autorzy wspominali, że publikacja opatrzona nieznanym nazwiskiem to spore ryzyko i obecnie rzadko które wydawnictwo ma chęć się takiego podejmować. Jak już wspomniałam wcześniej - oczywiście rozumiem, że nikogo nie stać na działalność charytatywną. Jednak kwestią otwartą nadal pozostaje zakres oferty literackiej (rozumiem, że w tym wypadku ograniczony mocno do tzw. pewniaków). Są firmy, których działalność powinna mieć szerszy zasięg, niż zysk finansowy (zabrzmi górnolotnie, ale wpływ na kształtowanie np. kultury to duża odpowiedzialność i swego rodzaju misja). Trudno o postęp i wprowadzanie nowej, oryginalnej jakości, gdy instytucje pośredniczące w walce o swój byt, nolens volens, ulegają jedynie gustowi masowego klienta. Ciekawa jestem zwłaszcza wypowiedzi osób z kręgu wydawców. Jak one to postrzegają? Są zadowolone z obecnej sytuacji? Czy może zdarza im się czasem mieć podobne wątpliwości?
        • nawojek Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 12.10.11, 15:25
          Gdyby zysk był najważniejszy w dobie odrodzenia, nie mielibyśmy wielu zabytków:) Ot, taki jest kapitalizm i "misja" w sztuce nie istnieje. Rządzą księgowi, tittama, a różnorodność w literaturze istnieje, tyle że nie na półkach rodzimych twórców. Ostatnio udało mi się przeczytać tekst jeszcze nie wydanej powieści o wiele lepszy, niż wiele miałkich, już istniejących na rynku, ale czy autor trafi na DOBREGO REDAKTORA - to już jak pisam wspomniał - zależy od szczęścia. Można żałować, że owo szczęście tak niesprawiedliwie jest rozdzielone, że masa wspaniałych pomysłów/tekstów/autorów polskich ginie pod tsunami bylejakości, ale dobrej literatury powstaje na świecie sporo i jest co czytać, a tłumacze mają z czego żyć:))
          • tittama Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 12.10.11, 19:33
            Pozostaje mieć nadzieję, że twórca to człowiek na tyle zdeterminowany, że tak czy inaczej - choćby poza systemem - znajdzie sposób na dotarcie do odbiorcy :). No tak... jak demokracja, to demokracja. Widać również sztukę kształtuje większość i proste zasady rynku (popyt - podaż). Mnie się to nie podoba. Smutne to jakieś, ale też zwyczajnie szkodliwe. Wydaje mi się, że przydaliby się w tym biznesie ludzie z pewną ideą. Dla dobra nas wszystkich w końcu (a nawet przyszłych pokoleń). A może tacy są i cierpią wydając kolejne schematyczne romansidło? Ale - jak to się mówi - taka praca, a decyduje ten, kto ma pieniądze.
              • tittama Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 12.10.11, 22:53
                Otóż i cały w tym problem. Może przydałaby się tu szerzej rozwinięta instytucja mecenatu? Może zamiast pakować pieniądze podatników w piłkę nożną (nie dlatego, że mam coś przeciwko tej dyscyplinie, tylko z uwagi na wątpliwe sukcesy drużyny), lepiej by było przeznaczyć te kwoty na inny cel. Chociażby taki jak wspieranie literatury mniej dochodowej? Sama nie wiem. I nie w tym rzecz co się opłaca i kto z czego musi żyć, bo pisałam już wcześniej, że rozumiem problem dochodowości utworu z punktu widzenia inwestora. Chodzi mi tylko o fakt, że wartość sztuki nie leży jedynie w tym ile dane dzieło zarobi. A czasy mamy takie, że chyba to się stało głównym argumentem dla wydawców. Przy rozumowaniu czysto komercyjnym taka, na przykład, poezja nie ma szans przetrwania, a chyba byłoby trochę szkoda zubożyć dorobek kulturowy o tę formę wyrazu artystycznego. Podobnie rzecz się ma z nowatorskimi pomysłami. Przecież w sensie zarobkowym to, co nowe jest zawsze wielkim eksperymentem - nigdy nie wiadomo czy przyniesie zysk finansowy, natomiast zdarza się, że jest podstawą progresu. A przecież w sztuce nie chodzi o klonowanie rzeczy, które się podobają masowemu odbiorcy i schodzą jak świeże bułki, ale także, a może przede wszystkim - o poszukiwanie. Żeby jednak poszukujący autor miał szansę być poddany weryfikacji, musi najpierw jakoś dotrzeć do odbiorcy. I tu widzę wielką rolę instytucji pośredniczących. Ze względu na funkcję jaką pełnią, nie powinny się skupiać wyłącznie na zysku, ale być może starać się znaleźć wsparcie dla dzieł, które nie gwarantują sukcesu finansowego, ale przedstawiają inną wartość. To kwestia etyki i odpowiedzialności.
                • pisam Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 13.10.11, 09:12
                  Etyka i odpowiedzialność nie ma z tym nic wspólnego. Wydawca na jednej książce zarabia aby do drugiej tzw. innowacyjnej dokłada. Oczywiście nie każdy, ale znam takich co wydają tzw. klony aby z zysku wypuścić tomik poezji.
                  Ja proponuję Ci zupełnie coś innego. Zacznij akcję aby EMPiK i inne sieci zrezygnowały ze swoich marż (przekraczających 50% książki, do np. 30%) aby Wydawca i Autor mógł wydawać więcej literatury innowacyjnej i debiutantów. Mówiąc inaczej nie szukaj pieniędzy u Wydawca, ale u pośredników którzy są największymi beneficjentami zysku. Dawniej było tak, że księgarz otrzymywał 21-25% upustu na książkę, a hurtownia ~ 8%, więc marża dla pośredników wynosiła 33%. teraz siega 52 - 55 %, do tego dochodzą koszta PR, półkowe,itd. Jeżeli szukasz pieniędzy poszukaj tam.
                  pozdrawiam
                  • tittama Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 13.10.11, 10:30
                    Nie zajmuję się wydawaniem książek, a jedynie je czytam :). Ale to naprawdę dobry pomysł. Rzeczywiście, pisam, jeżeli tak wygląda praktyka na rynku księgarskim, w istocie wydawcy powinni stworzyć silne lobby na rzecz zmiany tego stanu rzeczy. Przecież to szkodzi nie tylko im, ale całemu społeczeństwu ograniczając ofertę do utworów dochodowych. Faktycznie, ucinając podobne praktyki ze strony dystrybutorów można zyskać pieniądze na popularyzację kultury wysokiej. Muszę też coś dodać: cały czas pisząc o wydawcach, ich odpowiedzialności, roli, miałam na myśli duże firmy. Nie wyraziłam się dość jasno. Wiem, że mali wydawcy robią co mogą, ale trudności - jak te wyżej przez Ciebie opisane - powodują, że rzadko która książka spoza mainstreamu pokonuje barierę literatury niszowej. I do nich nie mam najmniejszych nawet pretensji, że często ratują sobie życie słabszym, ale chwytliwym tytułem. Natomiast sądzę, że dużych wydawców jednak stać na przestrzeganie etyki zawodowej i wypełnianie związanej z przedmiotem ich działalności misji społecznej.
                    • pisam Re: Los debiutanta i świeży powiew w literaturze 13.10.11, 11:38
                      Małe sprostowanie: w biznesie nie ma etyki, są tylko zyski.
                      Sprawa druga: nie licz na żadne lobby, wydawcy nigdy nie byli solidarni - np. spójrz co robi z nimi EMPiK. Ja z założenie nie handluję z EMPiK-iem i innymi sieciami, chyba że zgodzą się na moje normalne warunki (sensowne rabaty i terminy płatności - wiedząc z góry, że nie będą tym zainteresowani). Efekt moich książek nie ma w sieciach, ale ja daję sobie radę, bo wiedziałem że przy takim działaniu nie mogę liczyć aby ktoś wspomniał w jakiś mediach o moich książkach. Ilu jest jeszcze takich autorów - wydawców? Każdemu wydaje się, że szczytem marzeń jest trafić do EMPiK-u i zgodzą się na wszystko aby to się spełniło.
                      Przy okazji, zapraszam Cię na swoją stronę autorską:
                      www.wladyslaw-zdanowicz.pl
    • skajstop Nie zgodzę się 12.10.11, 15:56
      Ani na Zachodzie nie jest tak różowo, bo trudniejszą literaturę wydają często małe oficyny, a w przeszłości sporo autorów dziś znanych jako klasycy miało problemy z opublikowaniem czegokolwiek w ogóle - ani nie jest u nas tak źle, jak to medialnie wygląda. Wystarczy tylko nie patrzeć na ofertę pięciu wydawnictw, tylko stu pięciu :) no i nie tylko w Empiku :)
      Serio, można znaleźć prawie wszystko, tylko trzeba poszukać.

      Co nie oznacza, że jest dobrze, ale twierdzenie, jak to pięknie jest gdzie indziej, włożyłbym między bajki, albo zasuszył jak marzenia :)
      • tittama Re: Nie zgodzę się 12.10.11, 19:23
        Nie powiedziałam, że w innych krajach jest lepiej. Po prostu skupiłam się na literaturze rodzimej. Bardzo bym chciała przeczytać coś odkrywczego. A o to coraz trudniej. Nie korzystam wyłącznie z dużych księgarń. Zazwyczaj poszukuję przez net. W rozmaitych miejscach. Mam po prostu wrażenie, że literatura dostępna w języku polskim (a więc i tłumaczona) jest dość przewidywalna. Nie twierdzę, że nic mnie nie zaskakuje, ale naprawdę coraz większym kłopotem jest trafić na książkę spoza mainstreamu. Myślę, że w sztuce ważna jest różnorodność. A ona może się zdarzyć tylko wtedy, kiedy instytucje pośredniczące między twórcą a odbiorcą potraktują swoje zadanie nieco szerzej, niż w sposób czysto komercyjny.
        • skajstop Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 09:22
          Ale czego konkretnie ci brakuje? Bo ja widzę wszystko, włącznie z książkami rewolucyjnymi :) tyle, że czasem publikują je maleńkie wydawnictwa :)
          No i oferta spływająca z miliardowego rynku anglojęzycznego plus z kilku dużych stref językowych z zasady będzie bogatsza od tej wychodzącej z rynku czterdziestomilionowego.
          • tittama Re: Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 10:48
            Czegoś nowego, czegoś odkrywczego, czegoś genialnego :). Gdybym wiedziała jak nowe ma wyglądać, sama bym to napisała. A tak serio: ja widzę jednak pewną powtarzalność. Nie mówię o literaturze mainstreamowej, bo tu powtarzalność jest cechą oczywistą, a nawet pożądaną, ale także o tej z założenia ambitniejszej. Nie wiem... być może przez niski nakład, albo słabą dystrybucję nie trafiłam od lat na polskiego Vonnegut'a, Houellebecq'a czy McEwan'a, a nie wierzę, że nie ma wśród naszych rodaków równie utalentowanych pisarzy, zdolnych do wypracowania oryginalnej myśli i formy. Nasz naród nie jest jednak aż tak mały :). Bardzo Cię jednak proszę o wyprowadzenie mnie z błędu, jeśli w nim tkwię. Naprawdę z dużą przyjemnością przeczytam coś świeżego i godnego uwagi, co być może przegapiłam.
            • jsa999 Re: Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 13:16
              Jest literatura, i jest rynek wydawniczy. Mylisz te pojęcia. Nie wydaje się "innych" książek, bo się nie sprzedają; trudno mieć o to pretensje, wydawcy jeść muszą . Polacy czytają coś, co już kiedyś czytali, stąd strategia serii, powtarzalność, i nieskończone próby zakotwiczania czytelników przy autorze i wydawnictwie. W 70% trudność z wydaniem nietypowej (co to znaczy?) pozycji, wynika ze specyfiki czytelnictwa w Polsce, reszta to niechęć wydawnictw. Na własnej skórze to przerabiałem.
              • tittama Re: Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 13:36
                Czy aby na pewno mylę? Czy wydawca nie jest pośrednikiem między twórcą, a odbiorcą, a więc w istocie wiele ma wspólnego z literaturą? Nawet można zaryzykować stwierdzenie, że posiada większy wpływ na jej kształt i historię, niż sam autor. Od jego wyborów zależy co zostanie poznane i będzie miało szansę przetrwać. Nie można więc oddzielić rynku wydawniczego od literatury (niby w jaki sposób?). A co do poziomu czytelników - to nie jest wytłumaczenie. Jak świat światem, byli Ci, którzy kochali chleb i igrzyska, ale byli też inni, którzy w sztuce poszukiwali nowej jakości. I zawsze tych drugich było znacznie, znacznie mniej. A jednak znamy przekazy filozofów, znamy dzieła nowatorskie, odkrywcze z każdej dziedziny sztuki (w większości w czasie, kiedy powstawały, nie rokowały wielkiego dochodu). Gdyby nikt nie zadbał o pokazanie tych dzieł światu, obecna spuścizna duchowa ludzkości byłaby o wiele uboższa. Nie piszę, że wydawca jest zobowiązany działać także w imię idei, a nie tylko komercyjnie. Nikogo do niczego się nie zmusi. Ale powinien być świadomy swojej roli społecznej. To nie jest zwyczajne zajęcie, a noblesse oblige. Są pewne zawody, które nie mogą ograniczać się wyłącznie do planu biznesowego (np. lekarz, ksiądz, nauczyciel). Ich przedstawiciele bowiem ponoszą odpowiedzialność nie tylko za stan konta firmy. I to właśnie etyka zawodowa, o której już wspominałam.
                  • pisam Re: Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 16:37
                    Odnosiłem się do twojej kwestii - " Polacy czytają coś, co już kiedyś czytali, stąd strategia serii, powtarzalność, i nieskończone próby zakotwiczania czytelników przy autorze i wydawnictwie." Skąd ta wiedza i wiara w nieomylność Wydawców. Ja uważam, że ślepo naśladują innych, bo boją się samemu zaproponować coś nowego. Dlatego jak jeden Wydawca wyda durną horror z wampirem, wszyscy szukają podobnych tekstów.
                    Nie wiem czy nie zauważyłaś fal książek o "pieczeniu chleba", nalewkach, pamiętnikach księżniczek i nastolatek, wampirów,itd, itd.
                    • nomina Rynek i marketing to jedno a książki - drugie 13.10.11, 17:55
                      Nieprawda, że nie ma innych książek niż te promowane. Są, tylko - nie są promowane. Poza głównym nurtem świeżości nie brakuje.

                      Marketing rządzi się swoimi prawami, a w zasadzie nawet nie tyle on, ile, jak już wspomniano, biznes ogólnie. Oczywiście, sama sarkam na zasady, o których pisze Pisam, i też się wyoutowałam z tego rynku.

                      Rada? Autorzy niszowi, niepokorni etc. - niech zakładają wydawnictwa. Sami, w porozumieniu z innymi - nieważne. Razem niech stworzą - proponowaną, reanimowaną co jakiś czas - Unię Małych Wydawców i własną, alternatywną sieć dystrybucji (jak się ma 50 sygnatariuszy i, powiedzmy, 200 tytułów, to już można wiele zdziałać). I do tego trzeba sprawnych marketingowców (docelowo kilku), którzy zorganizują współpracę z blogami literackimi (a tych jest zatrzęsienie, aż się sama dziwię w kontekście raportów, że Polacy nie czytają. Swoją drogą, nieźle świadczy to o raporcie, skoro czytelnictwo mierzy się kupionymi książkami!). Rynek czasopism papierowych zamiera, za kilka lat i tak przeniesie się do Internetu (obecnie coraz więcej osób tylko przegląda papierowe wydania), więc - z całym szacunkiem dla "Twojego Stylu", który swój udział w rynku prasy ma niewątpliwie - nie ma co płakać nad brakiem książek w prasie czy empikach.

                      Nie rozmyjcie najważniejszego - książka ma być u czytelnika, nie w księgarni. A czy ją kupi w empiku, w kiosku Ruchu czy od akwizytora - to już nie ma najmniejszego znaczenia.
                    • jsa999 Re: Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 18:28
                      Jeżeli firma A wejdzie na rynek z batonikami cytrynowymi, a batoniki te staną się rynkowym hitem, natychmiast inne firmy (B C D E... ) zaczną wypuszczać batoniki cytrynowe. Tak jest na rynku; wydawniczym też. Wydawnictwa zakłada się dla pieniędzy pisam, nie dla idei.
                      Problemem jest nieprzystawalność, niedopasowanie produktu jakim jest literatura, do warunków rynku. Są tacy, co siódmym zmysłem jakoś to godzą, większość nie, więc idzie na łatwiznę i powtarza sprawdzone rozwiązania. To nie jest strach, to kalkulacja ekonomiczna. Bo chodzi o pieniądze. Wartość artystyczna, oryginalność, całe te bebechy, nie są parametrem rynku (albo bardzo słabym są), nie liczą się. Wydawanie to grząski grunt.
                      • akk96 Re: Ale czego konkretnie ci brakuje? 13.10.11, 19:50
                        Wydaje mi się, że zawsze tak było. Był głowny nurt, takze marketingowy, i rożne meandrujace rzeczki. Tak jest i teraz. Moją ulubioną ostatnio książkę: "Gówno się pali" kupiłam via internet.
                        Moze i prawda, ze milo by bylo gdyby lezala przy wejsciu w Empiku, ale nie leży. A te które leżą, upraszam się łaski Pani, wcale nie muszą byc takie ostatnie ;-)
                      • tittama Re: nie jest tak źle... 14.10.11, 16:46
                        Super! Gratuluję. Myślę jednak, że to ewenement. Niemniej Twój przypadek dodaje otuchy :). Pochwal się! Jaki tytuł ma Twoja książka, jakie wydawnictwo było odważne i postawiło na debiutanta, a przede wszystkim: gdzie i kiedy będzie ją można kupić?
                        • mamkajulci Re: nie jest tak źle... 14.10.11, 18:42
                          Titamo,
                          Debiutanci się zdarzają, więc rynek nie jest zamknięty. Rozejrzyj się na forum. Jest tu kilka osób, które debiutowały (lub za chwilkę debiutują) w tym roku.
                          Na przykład ja :) Moja książkę można kupić od trzech dni :)
                          • marcinkrolik123 Re: nie jest tak źle... 15.10.11, 19:12
                            Pewnie nie jest ani tak dobrze, ani tak źle. Jak zwykle - prawda leży gdzieś pośrodku i na pewno w TVN24 o niej nie usłyszymy :)

                            Jak tak sobie co pewien czas przejeżdżam pociągiem koło Stadionu Narodowego, to też myślę, że może jednak byłoby lepiej, gdyby nasi włodarze zajęli się mecenatem kultury, bo ten koszmar na jawie, to przewrócone do góry brzuchem ufo wyglądające jak posklejane z odpadków naprawdę nie zachęca (przynajmniej mnie) do wyzwolenia piłkarskich emocji :)

                            A teraz zupełnie serio:

                            Małe ambitne wydawnictwo, stworzone przez jego założycielkę z pasji i miłości do książek, w którym rok temu wyszła antologia z moim debiutanckim opowiadaniem, walczy o byt, bo niszczą je dystrybutorzy, którym jego niszowe publikacje nie przynoszą krociowych zysków. Rzeczywiście - wydaje się, że sporą część odpowiedzialności za ten stan, dotykający przecież niejedno małe wydawnictwo, ponosi zaempikowanie naszych głów - nas, czytelników i pisarzy. Dopóki Empik będzie najważniejszą wyrocznią gustów czytelniczych i obiektem marzeń autorów, o uznaniu dla różnorodności nie ma co śnić. Trzeba ten monopol złamać przede wszystkim w umysłach.

                            Ja na blogach krytyków literackich, m.in. Jarosława Klejnockiego, coraz częściej czytam, że wytwarzają się u nas dwie literatury, dwa obce sobie obiegi - mainstream pełen przysłowiowych wampirów i właśnie to, o czym pisze założycielka wątku.

                            To prawda, że jest literatura i jest rynek. Czasem się ze sobą przecinają, częściej jednak nie. Zarzewia nowych prądów i rewolucyjne eksperymenty zazwyczaj rodziły się poza systemem, który wchłaniał je dopiero, gdy wyczuł, że może na tym zarobić (vide np. bitnicy). To kwestia wyboru, jakiego dokonuje sam twórca. Zaczynając, musi sam sobie odpowiedzieć, czy chce za wszelką cenę żyć z pisania (też przecież na dłuższą metę wielka niewiadoma), czy jednak chodzi mu o jakieś autentyczne zmierzenie się z rzeczywistością. Podobnie z odbiorcą - też musi samemu sobie określić, czego po literaturze oczekuje, i zgodnie z tymi wytycznymi szukać stosownych książek. A kto chce - ten znajdzie. Zwłaszcza dziś.

                            Inna kwestia to - według mnie - ponowne zdefiniowanie, co tak naprawdę znaczy pisarz i pisarstwo. Stare kategorie chyba już nie unoszą nowych form i możliwości istnienia w kulturze. Czy pisarza czyni tylko numer ISBN, recenzja w "Polityce" i obecność na empikowej półce z nowościami? Przecież najważniejsze, aby tekst znalazł swojego odbiorcę, i naprawdę mniejsza o to, za jakim pośrednictwem to się odbędzie.

                            To są właśnie te różne formaty, które nas ograniczają. Bo albo jestem blogerem i producentem samizdatowych e-booków, albo wydaję w WAB. A czemu tego nie połączyć? Przecież prawdziwy artysta nie zna granic, nie ogląda się na warunki. Nie może sprzedać w galerii - maluje na murach. Olewa go wytwórnia płytowa - nagrywa w piwnicy i wypala na domowym komputerze. Wydawca go nie chce - wrzuca do netu. Weryfikacji dokonają odbiorcy.

                            Serio - skończmy z tym usztywnionym, poszatkowanym na wąskie szufladki myśleniem! Zostawmy to marketingowcom z Empiku i śliniącym się na myśl o willi z basenem klonom Dana Browna, czy tej babki od "Zmierzchu"... zawsze zapominam, jak się nazywa, a nie chce mi się googlać.

                            No, chyba że adeptom słowa właśnie o tę willę za wszelką cenę chodzi. Bo jeśli tak - sorry Gregory, niepotrzebnie bębniłem w klawiaturę. Ja po prostu uważam, że u źródeł chęci bycia artystą powinna leżeć pewna bezinteresowność połączona z uporem i chęcią poszukiwań. Forsa i recenzja w "Polityce" to może być miły kwiatek do kożucha czy nagroda za wysiłek, ale nie cel.

                            Pozdrawiam i przepraszam za tasiemcowy wpis.
                            • tittama Re: nie jest tak źle... 16.10.11, 14:01
                              Mnie Stadion Narodowy przypomina nieco przykurzony koszyk rodem ze sklepu "wszystko po pięć złotych" :). A wracając do tematu, mam wrażenie, że autorzy, jakich mam na myśli to właśnie owa kategoria, o której piszesz. Najpierw mają coś do powiedzenia, a zarobek to niespodziewany bonus. Jednak nawet oni jakoś muszą do odbiorcy dotrzeć, prawda? A nadal niewiele osób sięga po e-booki. Zgadzam się z Tobą, że nowatorska myśl w sztuce nigdy nie wykluwała się z mainstreamu. I powiem więcej, nie neguję sensu istnienia literatury popularnej, kina klasy B, czy ładnych, dekoracyjnych płócien. Niech sobie będą. Niech ludzie mają wybór. Właśnie... niech mają wybór. Coś mi się jednak wydaje, że jeśli zabraknie alternatywy dla monopolistów, będzie co będzie. Bo, jak mawiał Kubuś Puchatek: statek może być statkiem albo katastrofą. Ja po prostu wolałabym, żeby rynek wydawniczy dalej płynął, a nie - stał na mieliźnie. Nie mam pojęcia jak tego dokonać, ale może to jest temat dla tych, którzy z ramienia społeczeństwa zostali powołani do ochrony kulturowego dziedzictwa narodu? A może przydałoby się wyedukować czytelników? Pokazać im i jak najczęściej przypominać, ze książki można kupić nie tylko w Matrasie czy Empiku? A może jednak (wiem, wiem, naiwna jestem) wydawniczy giganci poczuliby misję (misyjkę małą chociaż) i jednak przejęli się swoim wpływem na kształt literatury? Przecież koncerny z innych dziedzin tak robią. Trochę chociaż tę misję udają. Nie dlatego, że są takie dobre, tylko dlatego, że pragną zadbać o wizerunek firmy. Wygląda na to, iż duże wydawnictwa takimi drobiazgami nie muszą się przejmować. Nie muszą, prawda, bo i tak w maszynopisach mogą przebierać jak w ulęgałkach, a przeciętny czytelnik trafi prosto do nich. Bo niby gdzie? Zwłaszcza, jak mu na plakacie powiedzą, że mają najfajniejszą książkę roku :). Nie wiem czy jest sens podobnej dyskusji. Z drugiej jednak strony - odpuścić, znaczy skazać na niebyt literaturę. Nawet, jeśli teraz istnieją jeszcze jakieś przebłyski nadziei dla debiutantów (vide: posty autorek), jestem przekonana, ze będzie tylko gorzej. Zostanie, naturalnie, nadal miejsce dla nowych autorów, ale wyłącznie tych, którzy będą w umiejętny sposób klonować, a nie tworzyć. Bo jak ktoś tu już pisał - ludzie kochają to, co znają. A co z rozwojem? Z postępem? Ze świeżym spojrzeniem? Oryginalnym pomysłem? Nowatorską formą? Kontrowersyjnym poglądem? Te wartości, właściwe sztuce wysokiej, znikną wraz z kompletnym zmonopolizowaniem rynku, do którego chyba zmierzamy. Zostaną zdeptane przez Godzillę komercji.
                              • skajstop Litości... 16.10.11, 17:59
                                Opowiadacie - moim zdaniem, co skrzętnie zaznaczę - dyrdymały :)
                                Rynek nie jest wrogiem wartości, tak jak literatura (traktowana jako antagonista, gdy protagonistą jest rynek) nie zawiera w sobie wartości z definicji.
                                Rynek - całość dostępnej oferty.
                                Literatura - od popularnej po tę trudną.
                                Operujecie pojęciami, które ładnie brzmią, zdania są okrągłe - ale wybaczcie, kto wydał Jelinek? Kto publikuje dzienniki Mrożka?

                                Przepraszam, że przyszedłem tu z kubłem wody, ale po prostu jest tak, że "ryneK' to nie tylko molochy nastawione na literaturę popularną, i tym bardziej nie ma czegoś takiego, zjawiska, że "literatura" z definicji jest dobra, podczas gdy - dla odmiany - na "rynku" mamy tylko bzdety. To opis zupełnie pozbawiony sensu.

                                Narzekać to można raczej na to, że bardziej ambitna literatura przegrywa z popkulturą (nie zawsze - vide oferta Znaku, chociażby). Ale gdzie tak nie jest? Ambitna literatura zawsze i wszędzie była i jest niszowa, chyba że na niszowego autora uda się wykreować modę :)
                                • tittama Re: Litości... 16.10.11, 20:03
                                  Po pierwsze: nikt nie mówi o tym, że rynek i literatura to z definicji jedno i to samo. Wspomniałam jedynie (kilka razy, ale powtórzę raz jeszcze), że wydawnictwa kształtują rynek w dużym stopniu kontrolując dostęp czytelnika do dzieła, a tym samym mają znaczący wpływ na kształt spuścizny literackiej. Czytelnik też kształtuje rynek, a tym samym spuściznę, albowiem wydawnictwa drukują to, co się sprzedaje. Jednak - o ile normalne jest, że mainstream buduje masowy odbiorca, o tyle nigdy tak się nie działo z wysoką literaturą, co już omawialiśmy. Dlatego świadomy swej roli wydawca, oprócz tego, z czego żyje powinien wypuszczać na rynek także propozycje spoza mainstreamu (a duże firmy na to stać). I w ten sposób pozytywnie wpływać na kształt literatury. Co do Jelinek i paru innych: jedno pytanie - kiedy polskie wydawnictwa decydują się na opublikowanie kontrowersyjnych czy oryginalnych powieści? Otóż i to - wtedy, kiedy cały świat już to czyta. Co by było, gdyby nikt na świecie nie odważył się podjąć ryzyka (bo nikt mi nie powie, że Jelinek ryzykiem nie była)? Czy polski wydawca z otwartymi ramionami przyjąłby do druku "Pożądanie", gdyby wyszło spod pióra autora no name? Myślę, że nietrudno odpowiedzieć na pytania i wyciągnąć wnioski. I owa kwestia jest przedmiotem moich rozważań. Dodam tylko, że w ten sposób mamy szansę na poznanie drobnej części światowej różnorodności (zresztą, zbawczy wpływ tłumaczeń w tym wątku także był omawiany), ale jaką mamy szansę na rozwój polskiej literatury? Dyskusja dotycząca instytucji pośredniczących między twórcą, a odbiorcą toczy się w teorii literatury, a nawet w teorii sztuki nie od dzisiaj. Byłam ciekawa jakie stanowisko zajmują w tej kwestii wydawcy, a jakie autorzy.
                                  • skajstop Litości 2 :) 16.10.11, 20:24
                                    Ale piszesz - i przeciwko takim tezom protestuję:
                                    >Co do Jelinek i paru innych: j
                                    > edno pytanie - kiedy polskie wydawnictwa decydują się na opublikowanie kontrowe
                                    > rsyjnych czy oryginalnych powieści? Otóż i to - wtedy, kiedy cały świat już to
                                    > czyta. Co by było, gdyby nikt na świecie nie odważył się podjąć ryzyka (bo nikt
                                    > mi nie powie, że Jelinek ryzykiem nie była)?

                                    Kiedy to są właśnie stwierdzenia niemające pokrycia w faktach. Albowiem:
                                    1. Trudno oczekiwać, że polskie wydawnictwa zaczną wydawać tłumaczenia książek, których nikt nie zna nawet w kraju macierzystym :)
                                    2. Jelinek (a także i Pamuk) w Polsce pojawili się przed dostaniem Nobla, gdy mieli opinię autorów trudnych, ale ciekawych. W przypadku Pamuka WL miał niesamowitego nosa, publikując tę książkę kilka miesięcy przed dostaniem Nobla przez niego...
                                    3. Jelinek wydało właśnie wyspecjalizowane w ciekawej literaturze małe wydawnictwo. Ale książka była dostępna.
                                    4. W obu przypadkach, gdyby nie Nobel, sprzedaż byłaby niszowa. W przypadku Jelinek - nadal jest.

                                    Takich przykładów mogę wyjąć jeszcze dziesięć, ale po co? Jeden tylko: Ewan McEwan był znany polskiemu czytelnikowi niemal wkrótce po publikacji w Anglii, a na długo, zanim stał się naprawdę popularny...

                                    Są dobre książki, autorzy - tylko trzeba ich umieć wyłuskać.
                                    • tittama Re: Litości 2 :) 16.10.11, 22:33
                                      McEwan był znany w innych krajach długo przed tym, zanim ukazał się w Polsce. Jelinek nie ma niskich nakładów, więc chyba na sprzedaż nikt nie narzeka. Wątpię, by ktokolwiek w tym wypadku dokładał do interesu. Nobla dostaje się, kiedy ma się już dorobek (czytaj: sporo publikacji na koncie), więc autorzy, zanim dostaną Nobla, są już znani. Nie wszędzie i nie wszystkim, ale są. A wydawcom - z racji branży wręcz znani być powinni.
                                      I najważniejsze - nie zrozumiałeś, skajstop, w tej dyskusji nie chodzi o tłumaczenia. Chodzi o literaturę rodzimą.
                                      Podpowiedz mi jakiś polski tytuł na miarę McEwana, jeśli nie znam - chętnie przeczytam i odszczekam pod stołem.
                                • tittama Re: Litości... 16.10.11, 20:13
                                  PS. Zapomniałam jeszcze dodać (a pewnie zaraz ten temat wypłynie), że popularność oraz dostępność Mrożka, Gombrowicza, Różewicza etc. nie jest zasługą współczesnego podejścia do publikowania. Kiedy panowie zaczynali swoją drogę pisarską, trochę inaczej to wyglądało. Z różnych przyczyn. Obecnie to, że ich dzieła znajdziemy na półkach nie jest dowodem na odwagę wydawców i nie sprzyja promowaniu różnorodności. To już klasyka. Wiadomo, że się sprzeda, bo dobre na prezent, a ludzie lubią mieć na półkach ładne pamiątki (a przecież o Mrożku się uczyli w szkole, jasne więc, że wielkim twórcą jest).
                                • jsa999 Re: Litości... 16.10.11, 20:20
                                  Wartość rynkowa i wartość lteracka; dwa odrębne zwierzaki. Jelinek i Mrożek mają wartość rynkową - opłaca się wydawać.
                                  Polityka marketingowa Znaku - "znaczą" książki (he, he) wartością literacką i otrzymują wartość rynkową; czego nie wydadzą, z definicji ma wartość literacką (dobra strategia pewnej niszy rynkowej, pogratulować pomysłu).
                                  Książka debiutanta nie ma wartości rynkowej, chyba, że zdobędzie ją w jakiś pokrętny sposób - ("znaczenie", nazwisko itp.), stąd trudności z wydaniem.
                                  Uważam, że istnieje groźba zaduszenia ambitnej literatury przez molochy i zepchnięcia jej do netu (nie mylić z ebookami).
                                  Masz dziwny styl, Skaj.
                                  Nigdy już nie napiszę: wartość rynkowa i wartość literacka.
                                    • jsa999 Re: Litości... 17.10.11, 09:12
                                      Dystrybucja? Zobacz Skaj, co się dzieje z Filmem. Instytut daje kasę na produkcję filmów, które nie są puszczane; sześć, siedem na dziesięć z Gdyni nie ma dystrybucji, leżą na półkach, a ich twórcy zastanawiają się, czy nie wstawić ich na YT! W kinach - setna komedia romantyczna i Holywood, w telewizji setny serial o tym samym + oferta ze Stanów. To mi wygląda na kryzys kultury/recepcji kultury w Polsce
                                      • skajstop Re: Litości... 17.10.11, 14:21
                                        Rany, jak wchodzimy na film, to ja przeskoczę na muzykę :)
                                        Serio, przecież wiem. Dlatego mówię, że nie jest tak, iż autorzy nie piszą, nie komponują, nie kręcą - problemem jest właśnie dystrybucja. Na nią należy kwękać :)
                                    • skajstop Re: Litości... 16.10.11, 23:00
                                      Ja rozumiem, o czym jest ta dyskusja, tylko niepotrzebnie korzystasz z przykladów krajów zachodnich, co nie zawsze ma analogie z polską rzeczywistością. Czasem zresztą i w ramach polskiej rzeczywistości nie masz racji - Jelinek to katastrofa, 2000 egz. Noblistki... komercyjna porażka, ale warto ją wydawać ze względu na wartość literacką. I ona jest świetnym przykładem na to, że polscy wydawcy publikują nie tylko literaturę popularną, śmieciową - a taki zarzut podnosisz.

                                      A polskich autorów na miarę McEwana może nie ma z tego powodu, że nie ma sensu nikogo kopiować, ale taki Dehnel - Lala, Balzakiana - w niczym nie ustępuje wielu zachodnim autorom. Ba, śmiem twierdzić, że jest od nich lepszy :) mamy nierówno piszącego, ale momentami świetnie, Chwina. W porywach Huelle. Libera. Tokarczuk. Dukaj. I tak dalej... noc już, pamięć zmęczona, ale tę listę mógłbym rozwijać. A jeśli przypadkiem uznałabyś, że poezja to też literatura, to ci powiem, że mamy poezję na światowym poziomie - i to Zachód powinien wpadać w kompleksy :)

                                      I tak dalej...
                                      • nomina Re: Litości... 16.10.11, 23:14
                                        Skaj, Jelinek czytałam (no, Pianistkę, ale czytałam) na ładnych kilka lat przed Noblem. Wydaje mi się, że nakład wynikał z jakiegoś tam już nasycenia rynku. Swoją drogą - coś mi majaczy w pamięci, że jakiś czas po jej Noblu czytałam dumne wypowiedzi, jak to sprzedaż skoczyła...? Z drugiej strony nie jest to na tyle łatwa twórczość ani odpustowa tematycznie, by kupować na prezent lub do aranżacji wnętrza willi.

                                        Z Lalą Dehnela (moim zdaniem - jedyna świetna z całej znanej mi twórczości autora) było odwrotnie - idealnie pasowała na prezent, nb. sama właśnie w takim prezencie ją dostałam. Bezpieczna (co nie jest zarzutem, tak tylko konstatuję). To tez podnosi sprzedaż.

                                        Z trzeciej strony ;) znam małe wydawnictwo, które postanowiło wydawać co lepsze perełki literatury antycznej. I nieźle mu idzie, chociaż poza empikiem, bo sprzedaje się w sieciach uniwersyteckich i przyległościach. Pewnie, że nakłady nie idą w setki tysięcy, chociaż ostatnią książkę, o której wiem, można pięknie wypromować jako potrzebną każdemu Polakowi...

                                        Z poezją - zgoda, chociaż młodych poetów to dopiero trzeba wyłuskiwać - ale błogosławiony niech będzie do dziesiątego pokolenia wstecz twórca Internetu...
                                      • tittama Re: Litości... 16.10.11, 23:32
                                        "A jeśli przypadkiem uznałabyś, że poezja to też literatura..." Oj... po co te złośliwości? Dobrze, zwalę je na późną porę :). Gdybyś śledził wątek, wiedziałbyś, że "przypadkiem" uznaję poezję za literaturę. Już pisałam, że nie wiem jakie nakłady ma Jelinek. Może tak małe jak piszesz. Faktem jest, że kolejne jej powieści są wydawane. Dlaczego? Chociażby ze względów prestiżowych. A ta wiadomość raczej nie poprawia sytuacji polskich debiutantów. Nigdzie nie pisałam, że żadne wydawnictwo nic sensownego nie wydaje. Pisałam za to, że coraz silniejszy monopol wielkich firm wydawniczych oraz ich filozofia biznesowa powoduje systematyczne ograniczanie tytułów do mainstreamowych (czyli dochodowych). Chyba to jednak widać na przestrzeni lat. Co do autorów, których przykłady podajesz jestem w stanie uznać sprawność niektórych z nich. Ale nadal nie widzę nic odkrywczego. Natomiast poezja - cóż... akurat wiem jak wygląda jej wydawanie. Szanuję bardzo ludzi, którzy tego się podejmują. Choć, zazwyczaj, i tak docierają do niewielkiego kręgu odbiorców (nakład 500 egz. jest uznany za wielki). Z tych samych powodów niewiele wydawnictw pochyla się nad człowiekiem "z ulicy". Jednak, biorąc pod uwagę trudności w pozyskaniu środków - dobrze, że w ogóle pojawiają się tego typu publikacje. Także - nie generalizuj za mnie. Nie chodzi o to, że wysoka literatura pisana po polsku umarła, ale o to, że jak tak dalej pójdzie, może umrzeć, bo już ledwie zipie. Do pisarzy zagranicznych odwołuję się, bo (jak pisałam) jestem przekonana, że i w naszym kraju znajdują się podobne talenty. Tylko muszą mieć szansę pokazania światu swoich utworów.
                                        • skajstop Re: Litości... 17.10.11, 14:20
                                          Nie, to nie złośliwość, raczej próba stwierdzenia, że skoro poezja jest częścią literatury, to może najlepsza, taka nasza narodowa, literatura - to właśnie ona? Jak u Skandynawów kryminały i literatura dziecięca?
                                          Co do zawężania się oferty, zupełnie się nie zgadzam. Zupełnie, ale to zupełnie. Rocznie trafia 20 tysięcy tytułów na rynek - problem w tym, że giną w masie, nie są promowane. Ale gdzie indziej też tak jest.
                                          Zupełnie nie rozumiem uwagi, że tytuły mainstreamowe to te, które przynoszą dochód. Mainstream to coś zupełnie innego - myślę, że trochę w tej rozmowie nadajesz różnym pojęciom nowe znaczenia :)
                                          I drobiazg wreszcie: to, że ty nie widzisz w tych autorach niczego odkrywczego, a jedynie sprawność, to cóż... to jest subiektywny punkt widzenia, widzisz. Tak samo jak mój. Ale ja nie próbuję obiektywizować swoich poglądów poza faktami sprawdzalnymi :)

                                          Nieważne, nie ma co dyskutować, bo i tak nie da się ciebie przekonać, że gdyby lepsze były promocja i dystrybucja, to zobaczyłabyś sporo dobrego :)
                                          • tittama Re: Litości... 17.10.11, 16:06
                                            Żeby sobie zaoszczędzić czasu: pl.wikipedia.org/wiki/Mainstream. To jest dochodowe, w przeciwieństwie do twórczości niszowej czy kontrowersyjnej. Zatem nie ja mylę pojęcia. Nie będę tłumaczyć czemu wymienieni pisarze nie są odkrywczy, bo to wymagałoby skrupulatnej analizy (także komparatystycznej). Zrozumiałe, że tu nie ma na podobne rozważania miejsca. I nie jest też przedmiotem dyskusji. Zgodzę się natomiast, że dalsza wymiana poglądów nie ma sensu. Jednak nie z powodu mojego uporu, ale dlatego, że generalnie się zgadzamy. Podkreślę jeszcze raz - wszystkie moje wypowiedzi dotyczyły dużych firm wydawniczych, które dążą do monopolu. Gdyby przyjęły na siebie rolę, jaką powinny, nie byłoby problemów z dystrybucją mniej popularnych (mniej popowych) autorów. Gdzie indziej jest troszkę inaczej. Wierz mi. Poza zarabianiem wydawnictwa mają też ambicje "odkryć" przyszłego laureata ważnej nagrody literackiej czy zwyczajnie mieć szeroką ofertę (spoza mainstreamu także). Dlaczego? Bo nie sama kasa się liczy, ale także prestiż firmy wydawniczej, sygnatura jaka wyróżnia ją z tłumu podobnych. Na mocno konkurencyjnym i nasyconym rynku prestiż i mocny brand jest równie ważny jak dochody. Jednak trudno o konkurencję, która zawsze dobrze robi klientowi, jeśli krok po kroku molochy zagarniają rynek, a mali wydawcy nie mają z nimi szans. Dla dobra nas wszystkich: wydawców, autorów, czytelników nie wolno na to pozwolić. Sądzę, że to zadanie dla mecenatu lub państwa, a może dla samych wydawców. Możesz powiedzieć, że samym gadaniem nic się zmieni, ale z drugiej strony - ciszą też nie. Dlatego - powtórzę - warto nagłaśniać ten problem. I naprawdę, nie musimy się zwalczać nawzajem, bo chyba chodzi nam o to samo.
                                            • skajstop Re: Litości... 17.10.11, 16:11
                                              Nie, nie, nie walczymy, jeśli tak odebrałaś moje uwagi, to przepraszam - niemniej, co w takim razie z WAB, Znakiem, Wydawnictwem Literackim, Noir sur Blankiem i dziesięcioma innymi wydawnictwami, w których ofercie znajdziesz tytuły z pewnością niedochodowe? A to molochy, jak na polskie realia :)
                                              • tittama Re: Litości... 17.10.11, 16:50
                                                WAB, zdaje się, od niedawna należy do Empiku, więc niewątpliwie jest już w szponach molocha :). Teraz zobaczymy co będzie dalej. Może właśnie WAB będzie taką częścią dużej firmy, która mi się marzy? Ale czy nie sprzedali duszy diabłu dopiero się okaże. WL i Znakowi życzę jak najlepiej. Byle się nie zamykali na nowych :). Noir sur Blanc koncentruje się głównie na literaturze obcej. Nie wiem jak zapatrują się na polskich debiutantów, ale chyba średnio (raczej mało mają polskich autorów w ofercie). Ale to dobrze, niech i takie wydawnictwo będzie. Zwłaszcza, że plan mają chyba dość przemyślany. Nie mam nic przeciwko specjalizacji, jeśli nie dotyka jednokierunkowo całego rynku.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka