Dodaj do ulubionych

Kryzys na rynku

17.04.12, 13:38
Obserwuję sytuację na rynku tłumaczeń i mam niewesołe refleksje, a wręcz noszę się z zamiarem poszukania innej niszy, w której mogłabym się realizować.
Mimo znajomości 3 języków obcych i dużego doświadczenia, od kilku miesięcy nie mogę znaleźć zleceń. Wysyłam CV i listy motywacyjne, które odbijają się od ściany. Od czasu do czasu, nadchodzi propozycja pracy pro publico bono lub za stawki, jakie obowiązywały dobrych kilka lat temu.
Mam takiego monstrualnego pecha, czy po prostu jest to jakiś ogólny trend?
Jakie są Wasze doświadczenia w tej kwestii?
Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • dorcia251 Re: Kryzys na rynku 17.04.12, 18:16
      Niestety odnoszę podobne wrażenie. Kiedyś nosiłam się z zamiarem prowadzenia DG, mimo że mogę tłumaczyć tylko z niemieckiego, ale te czasy chyba bezpowrotnie minęły. Za duże ryzyko zamknięcia DG po pewnym czasie. Szkoda, bo lubię tłumaczyć. U mnie też cisza od długiego czasu.
    • hermenegilda77 Re: Kryzys na rynku 17.04.12, 20:01
      Wasze słowa nie są pocieszeniem, ale przynajmniej dają mi jakiś obraz sytuacji.
      Ja też bardzo lubię tłumaczyć i - podobno - robię to całkiem nieźle, jednak nie będę walczyć z trendem i powoli zacznę rozglądać się za innym zajęciem. Tylko mi jakoś szkoda tych kilkunastu lat ...
        • donatta Re: Kryzys na rynku 19.04.12, 11:43
          Zaskoczyliście mnie. Ledwo nadążam, żeby przetłumaczyć wszystko, co dostaję i też siedzę wyłącznie w książkach. Owszem, widzę ogólny kryzys przemysłu wydawniczego, ale odbija się to raczej na promocji (jakiej promocji??), widać to po tym, co się wydaje i jak się wydaje, jednak pracy nie brakuje. Wystarczy spojrzeć w empiku na półki, nowość goni nowość, większość to literatura obca, ktoś to jednak tłumaczy.

          Ale z drugiej strony, faktycznie ciężko jest się gdzieś zakotwiczyć. Podstawa to jednak stała współpraca z choćby jednym wydawnictwem. Jeśli tłumacz za każdym razem musi walczyć o zlecenie w kolejnym wydawnictwie, może to wyglądać dramatycznie.
          • jogi514 Re: Kryzys na rynku 21.04.12, 16:11
            owczarka18 napisała:

            > no właśnie głównie książki tłumaczę, chociaż nie tylko :)

            Też tłumaczę książki i inne rzeczy. Jeżeli zauważam mniej zleceń, to tych drugich. Nawet jeśli rynek wydawniczy się skurczył (czego w księgarniach zupełnie nie widać), to i tak jest co tłumaczyć. Wydaje mi się, że główny problem polega na tym, że jest nas znacznie więcej niż parę lat temu. Już w latach 90-tych na ogłoszenie typu :"wydawnictwo poszukuje ..." odpowiadało ok. 100 osób. Teraz jest ich pewnie z 500! Dlatego stawki nie rosną, tak jakbyśmy chcieli. To, że ktoś jest bardzo dobry/wybitny/najlepszy nie ma większego znaczenia. Chyba, że tłumaczy arcydzieła. A przeciętny wydawca stawia na "dobrą jakość w dobrej cenie". Ja mam stałą współpracę z dwoma i zawsze jeszcze trzeciego (zmiennego) w odwodzie. Tak więc zwykle tłumaczę trzy książki na raz, a w przerwach jeszcze inne teksty. Obawiam się, że stosując taktykę: kończę jeden przekład i staram się o następny, mogłabym mieć kłopoty, mimo tej stałej współpracy - 10 i 5 lat.
              • jogi514 Re: Kryzys na rynku 23.04.12, 09:11
                citizen.pl napisał:

                > jogi514 napisała:
                >
                > > Tak więc zwykle tłumaczę trzy książki na raz ...
                >
                > To ile Ty godzin na dobę pracujesz???

                No, wiesz - na pewno trochę więcej niż na etacie. Ale: na każdą książkę staram się wynegocjować jak najdłuższy termin, więc nie jest tak, że tłumaczę w trzykrotnie szybszym tempie. Po drugie, każdą zaczynam i kończę w innym czasie. Gdy jedną mam skończoną i czytam całość przed oddaniem, zaczynam tłumaczyć kolejną. Zdarza się, że nie mam trzech, ale dwie to zawsze. Kiedy jestem w połowie książki, zawczasu staram się o następną.
                • hermenegilda77 Re: Kryzys na rynku 24.04.12, 14:04
                  Rzadko udawało mi się wynegocjować termin dłuższy niż 3 miesiące. I to w przypadku naprawdę obszernych pozycji. Poza tym wychodzę z założenia (być może błędnego), że jeśli wydawca ma dla mnie jakąś książkę do tłumaczenia, to mi ją po prostu zaproponuje. Nie wyobrażam sobie regularnego alarmowania redaktorki mailami w rodzaju: Już kończę książkę, czy macie dla mnie następną?
                  Przepraszam za uproszczenie :)
                  Niejeden powie mi, że trzeba wciąż o sobie przypominać, niemniej moja filozofia sprawdzała się przez wiele lat. Wygrywałam jakością, która teraz ma znaczenie drugorzędne.
                  • jogi514 Re: Kryzys na rynku 26.04.12, 21:24
                    hermenegilda77 napisał(a):

                    Poza tym wychodzę z założenia (być może błędne
                    > go), że jeśli wydawca ma dla mnie jakąś książkę do tłumaczenia, to mi ją po pro
                    > stu zaproponuje.

                    Zdaje się, że to może działać w dwie strony.
                    Wydawca wychodzi z założenia, że jeśli hermenegilda77 ma ochotę coś przetłumaczyć, to po prostu mu o tym powie. Bo on ma na pęczki takich, którzy mu to powiedzą, a niektórzy z nich nawet (zgoda - nieliczni, ale wystarczy jeden) mogą zapewnić jakość nie gorszą od hermenegildy77.
    • noida Re: Kryzys na rynku 30.04.12, 17:38
      Zgadzam się, jest niewesoło. Próbuję ponownie wbić się na rynek po przerwie i nie jest łatwo. A nawet jest bardzo trudno. Ale nic, niech żywi nie tracą nadziei...
        • owczarka18 Re: Kryzys na rynku 18.06.12, 19:25
          Wszystko odwołuję. Jest tak kiepsko, że nie wiem już, co robić. Wydawnictwa, z którymi do tej pory współpracowałam, milczą jak zaklęte. Gdybym nie miała pozostałych tłumaczeń, to pewnie musiałabym już zamknąć działalność... Rozsyłam mnóstwo CV, kiedyś jeszcze otrzymywałam odpowiedzi, jakiekolwiek, a teraz - cisza...
    • przemrozony.dzbanecznik Re: Kryzys na rynku 11.07.12, 18:37
      Propozycji dostaję pewnie tyle co zwykle, ale zauważyłam, że część to na dzieńdobry jakiś śmiech na sali; jeszcze kilka lat temu wydawcy wstydziliby się z czymś takim wyjeżdżać. Niektóre negocjuję i doprowadzam do normalności, większość z marszu odpuszczam, zwykle zresztą z odpowiednim komentarzem. Przykłady z ostatniego tygodnia (wszystko książki):
      1. 600 zł za arkusz - co ciekawe, ten akurat wydawca od dobrych dziesięciu lat średnio raz do roku, niezależnie od koniunktury, typu książki itd., proponuje mi coś za równo 600 zł. Może po prostu lubi słowo "sześćset" - za każdym odmawiam mu bardzo kurtuazyjnie w nadziei, że po wejściu Polski do strefy euro nie zmieni fetyszu;
      2. honorarium względnie normalne, 1 000 zł, ale w ostatniej chwili okazuje się, że rozmawiamy o... bezterminowym przeniesieniu praw. Info, że kosztuje ono trzykrotnie więcej niż licencja, skłoniło wydawcę do konstatacji, że właściwie ta książka nie wymaga tłumaczenia literackiego i on sobie pójdzie do biura, gdzie tłumacze nie mają takich fanaberii. Szerokiej drogi :D
      3. trzecia propozycja na szczęście cywilizowana i normalna - więc jednak da się. Myślę, że to wrażenie upadku to po prostu mnóstwo aktywnych wydawnictw grantowych, które szukają na ślepo jednorazowych jelonków do tłuczenia kasy i że po prostu nie warto się nimi przejmować, tylko konsekwentnie spuszczać po rynnie.
      • misia1245 Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 11:55
        Trzy książkowe propozycje w ciągu tygodnia to rzeczywiście kryzys pełną gębą.

        Ad 1. 600zl to przyzwoita stawka, ale masz rację, od kilku lat ani drgnie.

        Ad 2. 1000zł to "honorarium względnie normalne"? W naszej rzeczywistości? Raczej powinno być normalne, ale nie jest - jest bardzo wysokie i nie spotkalam się z wydawnictwem, które płaci takie za "normalną" powieść; oczywiście bez przeniesienia praw autorskich, tylko za licencję.
        Za bezterminowe przeniesienie praw płaci się trzy razy tyle, ile za przekład licencyjny? Kurcze, to nieźle: jeśli przyjąć, że porządna stawka to skromne 600zł, za przekład z przeniesieniem praw dostajesz 1800zł od arkusza? Powiedz tylko gdzie i już pędzę:)

        • przemrozony.dzbanecznik Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 15:15
          Nie no, trzy w jednym tygodniu to akurat przypadek, po prostu to zestawienie dało mi do myślenia. Bywa, że miesiącami jest zastój, normalna sprawa.
          Co do stawek, to jak w każdej branży są po prostu zróżnicowane. Ile kosztuje obraz olejny? Albo projekt domu? Są książki, przy których trzeba się trochę nagimnastykować. „Gdzie” jest nieistotne, tłumaczę dla różnych wydawców.
          A z przeniesieniem kalkulacja jest prosta: jeśli książka ma potencjał (i nie myślę tu o jednosezonowym wysokim nakładzie, tylko o, powiedzmy, ponadczasowości), przy pomyślnych wiatrach do końca życia sprzedajemy kolejne licencje (a potem zostawimy tę przyjemność na 70 lat naszym spadkobiercom). Może na początku wydaje się to nieco fantasmagoryczne, ale po latach w zawodzie naprawdę zaczyna się cenić przychody z licencji i praw zależnych, czasem wyższe niż te z bieżących tłumaczeń. To taka forma inwestycji w jakość – można robić pięć byle jakich książek rocznie, a można jedną czy dwie, ale takie, które potem same na nas pracują.
          • misia1245 Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 15:29
            " z przeniesieniem kalkulacja jest prosta: jeśli książka ma potencjał (i nie my
            > ślę tu o jednosezonowym wysokim nakładzie, tylko o, powiedzmy, ponadczasowości)
            > , przy pomyślnych wiatrach do końca życia sprzedajemy kolejne licencje (a potem
            > zostawimy tę przyjemność na 70 lat naszym spadkobiercom). Może na początku wyd
            > aje się to nieco fantasmagoryczne, ale po latach w zawodzie naprawdę zaczyna si
            > ę cenić przychody z licencji i praw zależnych, czasem wyższe niż te z bieżących
            > tłumaczeń. To taka forma inwestycji w jakość – można robić pięć byle jak
            > ich książek rocznie, a można jedną czy dwie, ale takie, które potem same na nas
            > pracują."



            Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że przeniesiernie praw autorskich jest fatalne ze względów finansowych i że licencja ma potencjał na przyszłość. Ale z tego, co mówisz, wynika, że wcale nie musi być tragedią, bo jednak te 1800zl od arkusza to kwota nie w kij dmuchał. Tylko, cholercik, widocznie słabo znam warszawski rynek, bo robię tym fachu od lat i jakoś nigdy nie udało mi się tyle wytargować. Może Kraków? Albo Poznań? Warszawa biedna jakąs jest. Dlatego owo "gdzie" jest bardzo istotne, bo ja też tłumaczę dla róznych wydawnictw, ale pewnie kiepsko to robię, dlatego tak marnie mi płacą:))
            • pisam Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 15:49
              Trochę to wszystko działa jak duży miś wykonany ze świeżej gliny. Miałbym książkę do przetłumaczenia z polskiego na angielski, więc jak czytam że ktoś chce 1000 zł za arkusz ( a moje książki są raczej grube - jakieś najmniej 30 arkuszy) to na dzień dobry musiałbym w to zainwestować 30 tys... Więc nie mamy dalej o czym rozmawiać... Nawet 600 złoty/ark. daje 18 tys... A średnio Autor na książce która nie zyskała w kraju miana bestsellera (sprzedaż powyżej 12 tys/egz) zarabia jakieś 5 tys. To kogo stać aby tłumaczyć swoje książki i próbować szczęścia w innych krajach???
            • przemrozony.dzbanecznik Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 16:03
              No to pytanie podstawowe: a negocjujesz stawki czy bierzesz, ile dają? Bo ja na początek rozmawiam tylko o samej książce i terminie, potem ją przeglądam, podaję kwotę za stronę/arkusz i wysyłam projekt umowy. Wydawca myśli i albo się zgadza, albo negocjujemy, albo rezygnuje. Chyba w każdej innej branży cenę i warunki podaje najpierw wykonawca, a tu nie wiedzieć czemu wszystko stoi na głowie.
              Każda książka ma inny potencjał; przy tej wyceniłam go na trzykrotność stawki, ale to żadna reguła: po prostu za tyle byłam skłonna zamienić licencję na przeniesienie w tym konkretnym przypadku. Podobnie z lokalizacją wydawnictw, geografia nie ma nic do rzeczy – raczej już źródła finansowania wydawnictwa, jego kondycja finansowa itd. A nie, przepraszam, jest wyjątek: Kraków – tam chyba wszyscy zaczynają od tego, że są biedni, ale mają szczytną misję i imponujące tradycje :D
                • siostra_bernadetta Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 17:23
                  Uch, dzięki, owczarko. Trochę mi lepiej po Twoim poście. Jestem świeża w branży, ale dzisiaj to już z lekka się podłamałam, jak sobie poczytałam o tych bajecznych stawkach za tłumaczenia. Robię co prawda tylko redakcje językowe, ale 120 zł od arkusza przy deklarowanych 1000 zł za tłumaczenie toż to by nawet jałmużna nie była.
                  I jeszcze z racji tej swojej "świeżości", być może naiwnie, zapytam: czy stawki za redakcję w ostatnich chudych latach również spadły, czy takie 120 zł za a.w. to smutny ponadczasowy standard?
                  • nomina Re: Kryzys na rynku 02.08.12, 00:01
                    A ja potraktuję rzecz z drugiej strony.

                    1. Od 3 lat nie zeszłam z minimalnej dla mnie stawki za korektę - 4 zł za stronę (minimalnej, bo taką dawano mi na początku nowego tysiąclecia, a byłam podówczas młodą stażem pracownicą). Efekt? Od dłuższego czasu nie mam zleceń, bo wszyscy zleceniodawcy mają stos ofert wykonania pracy za połowę tej stawki.

                    2. Robię, co mogę, żeby płacić moim współpracownikom jak najwięcej. Jeżeli termin płatności jest dłuższy (bo wiem, że dany projekt ruszy później), podwajam stawki. Ale jak mogę płacić normalnie, jeśli coraz trudniej mi wynegocjować wysokie honoraria, bo zleceniodawcy mają etc.

                    Nie jojczcie więc, że jest źle, bo to przez Was jest źle. To tak jak wydawcy - wszyscy łkają, jaki to Empik z hurtowniami zły, a kto sam stwarza taką sytuację?
                  • owczarka18 Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 17:40
                    Nie no serio, trochę już na tym rynku siedzę. Uderzałam i do znanych wydawnictw, i do tych mniejszych, nieznanych, niszowych. I w I grupie językowej w życiu o takich stawkach nie słyszałam. Wręcz przeciwnie, 400-500 zł, czasem 600, ale to wyjątkowo. Prędzej 350. O 1000 nie słyszałam, co niby nie znaczy, że nie istnieją, ale chwilowo bardziej realne są dla mnie białe jednorożce...
                    Ale oczywiście jest kilka opcji tłumaczących takie stawki:
                    - przemrozony.dzbanecznik jest tłumaczem wybitnym i znanym, np. Andrzejem Polkowskim, Sławą Lisiecką itd.
                    - przemrozony.dzbanecznik tłumaczy z chińskiego, arabskiego lub innego bardzo rzadkiego języka
                    - przemrozony. dzbanecznik ma swoje własne wydawnictwo i sam wypłaca sobie honorarium :)
                • przemrozony.dzbanecznik Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 17:40
                  Ech, chiński, fajnie by było :) Nie, jeden duży język i jeden mały (bez różnicy w stawkach). Matrix ten sam, nadwiślański. Większości wydawców w życiu na oczy nie widziałam, rewolwerem nie grożę, gratis do zleceń nie tańczę na rurze, nie jestem córką papieża ani nic w tym rodzaju. Po prostu wyceniam swoją pracę i jeśli wydawcy to odpowiada, to OK, a jeśli nie, to rozchodzimy się i też OK. Tyle że dla mnie przekład to podstawowy zawód i źródło dochodu, a nie hobby, misja, kwestia ambicji czy dorabianie do stypendium /etatu, a to pewnie mocno zmienia podejście do kwestii finansowych (i nie tylko).
                  • owczarka18 Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 17:48
                    "Tyle że dla mnie przekład to podstawowy zawód i źródło dochodu, a nie hobby, misja, kwestia ambicji czy dorabianie do stypendium /etatu, a to pewnie mocno zmienia podejście do kwestii finansowych (i nie tylko)."


                    No właśnie, dla mnie też. I gdybym zaśpiewała stawkę 1000 zł, nie miałabym co do garnka włożyć. A szyderczy śmiech wydawców prześladowałby mnie po nocach, gdy, przewalając się z boku na bok, zastanawiałabym się, za co ja wyżyję...
                    • przemrozony.dzbanecznik Re: Kryzys na rynku 12.07.12, 19:05
                      A próbowałaś?
                      Kurcze, mnie interesuje honorarium, a nie śmiech wydawcy – a wydawcę albo mój przekład, i wtedy nie śmieje się, tylko rozmawia, albo jakikolwiek przekład, ale wtedy to i tak nie jest zlecenie dla mnie, bo pewnie faktycznie można je zrobić taniej. No ale zakładam, że skoro taki wydawca zadał sobie trud napisania/zadzwonienia, a na plakatach się nie reklamuję, to mu zależy. Jeżeli cena mu nie odpowiada, to przecież też go nie wyśmiewam, tylko szukamy rozwiązań (np. możemy przesunąć termin wydania i wziąć grant na przekład) albo rozstajemy się w zgodzie, kropka.
                      Widmo pustego garnka to schiz wszystkich wolnych strzelców (mój również), ale tu niespodzianka: niskie stawki nie zapewniają ciągłości zleceń, bo zawsze będzie ktoś, kto ma jeszcze niższe (np. darmowi amatorzy-pasjonaci), powodują natomiast, że każda przerwa to frustracja i czarne wizje zamiast wypoczynku i nowych pomysłów, a to już równia pochyła, bo jeśli tłumacza literatury przestaje bawić i cieszyć to, co robi, jakość przekładów leci na łeb na szyję. Czyli nie tylko jakość wpływa na cenę, ale i cena na jakość.
      • jogi514 Re: granty a jelonki? 13.07.12, 10:44
        Myślę, że to wrażenie upadku to po prostu mnóstwo aktywnych wydawnictw granto
        > wych, które szukają na ślepo jednorazowych jelonków do tłuczenia kasy i że po p
        > rostu nie warto się nimi przejmować, tylko konsekwentnie spuszczać po rynnie.

        Możesz wyjaśnić bliżej, co masz na myśli? Chodzi o to, że wydawnictwa, które dostają granty zatrudniają tańszych, "jednorazowych" tłumaczy? Dlaczego? Mój tok myślenia jest taki: skoro dostają dofinansowanie, to mają więcej pieniędzy do podziału. Chyba nie tylko między siebie, bo grant musi być rozliczony przed "grantodawcą". Dalej: skoro ktoś decyduje się dofinansować jakąś publikację, to chyba taką na wysokim poziomie (również translatorskim), a nie byle co. Mylę się?
        • owczarka18 Re: granty a jelonki? 13.07.12, 11:08
          "to chyba taką na wysokim poziomie (również translatorskim), a nie byle co. Mylę się?"

          Nie mylisz się. Dlatego często zatrudnia się bardzo dobrego redaktora, który składa kiepsko przetłumaczony tekst do kupy.
          • przemrozony.dzbanecznik Re: granty a jelonki? 13.07.12, 12:08
            Aaaa, to akurat - redaktorów praktycznie tłumaczących z nędznej rybki - lubią ostatnio duże wydawnictwa :D

            Miałam na myśli głównie NGO-sy, które – dla odmiany – często w ogóle nie widzą konieczności redakcji („to nasz pan Mirek od projektów przejrzy”), korekty autorskiej i tak dalej, a wydrukowanych książek praktycznie nie dystrybuują, bo raz, że nie mają do tego narzędzi, a dwa, że do rozliczenia grantu wystarczy sam druk; jakości ani tego, co dzieje się dalej z książką, nikt nie sprawdza.
            W innych NGO-sach bywa też tak, jak pisze Jogi, i to są w tej chwili najfajniejsze dla tłumaczy warunki, korzystniejsze niż u zwykłych wydawców. Co ciekawe, w dużych wydawnictwach właściwie nie ma znaczenia, czy biorą one grant na „twoją” książkę czy nie – zdarzało mi się dowiadywać o tym, że coś tam w pełni sfinansowało mój przekład, dopiero z noty nad stopką wydanej już książki.
          • jogi514 Re: granty a jelonki? 13.07.12, 22:35
            owczarka18 napisała:

            > "to chyba taką na wysokim poziomie (również translatorskim), a nie byle co. Myl
            > ę się?"
            >
            > Nie mylisz się. Dlatego często zatrudnia się bardzo dobrego redaktora, który sk
            > łada kiepsko przetłumaczony tekst do kupy.

            Trudno mieć pretensje do wydawcy o to, że zatrudnia bardzo dobrego redaktora ;-)
      • ellen.cherry Re: Kryzys na rynku 31.07.12, 12:54
        Dzbaneczniku,
        Dzięki za konkretne informacje. Ponieważ odważnie negocjujesz stawki, chciałabym spytać Cię o zdanie. (Nie będę wdawać się w dyskusję o tym, czy stawka 1000 zł za tłumaczenie jest normalna, nienormalna czy też płacona w świecie równoległym. Jeżeli doświadczony tłumacz może taką otrzymać, to dobra wiadomość dla nas wszystkich.)
        Napisałaś, że wszędzie to fachowiec pierwszy dyktuje stawkę, tylko w naszej branży wszystko postawione jest na głowie. No właśnie! Kiedy przychodzi do nas hydraulik, idziemy do prawnika, dietetyka czy dentysty, to słyszymy stawkę na samym początku albo drżymy o to, żeby ostateczna cena nie zwaliła nas z nóg. Tymczasem kiedy to my występujemy w roli fachowca... słyszymy stawkę na samym początku albo również obawiamy się, że zwali nas ona z nóg, niestety nie z powodu swoich monstrualnych rozmiarów.

        Przechodzę do rzeczy - jak skutecznie negocjować stawki?

        Pracuję jako redaktor dla wydawnictw (od kilku lat) i jako tłumacz dla telewizji (krócej). Nie mam jeszcze renomy, dzięki której nowi wydawcy by się do mnie dobijali. W obu przypadkach procedura wygląda podobnie: próbuję nawiązać kontakt z firmą; jak dobrze pójdzie, dostaję próbkę; próbka się podoba, rozmawiam z firmą, która informuje mnie, jakie ma stawki. Tyle w temacie dyktowania swoich warunków :)

        Procedura nawiązywania kontaktu jest żmudna. Nie zawsze dlatego, że jesteśmy słabi. Czasem koordynator czy redaktor zwyczajnie nie ma czasu ani chęci pochylać się nad kimś nowym, skoro ma już stałych współpracowników. Trzeba zawalczyć o jego czas i uwagę. Czasem wielokrotnie się przypomnieć. Domyślam się, że w przypadku dobrego fachowca z długim stażem wygląda to inaczej. Ale na razie dla mnie wygląda to właśnie tak, że początkowo występuję w roli zabiegającego o uwagę. No i potem zwyczajowo stawka pada ze strony firmy. Zlecenia przychodzą, a jednak ta pierwsza rozmowa upupia w roli tego, który przyjmuje warunki.

        Pytanie: jak odmienić tą sytuację? Jak poprowadzić taką rozmowę? Nie mówię tu oczywiście o dyktowaniu stawki 10 razy wyższej niż średnia w przypadku osoby o krótkim stażu. Ale o odzyskiwaniu kontroli nad sytuacją w granicach rozsądku.

        Do Dzbanecznika i innych: macie w tej kwestii swoje pomysły? A może macie sukcesy, którymi możecie się pochwalić, żeby zainspirować innych?
    • pisam A może coś nowego... 12.07.12, 20:00
      Skoro wszyscy wiemy że jest kryzys - bo jest.
      Skoro wszyscy wiemy, że polscy wydawcy nie umieją wylansować książek polskich Autorów poza granicami naszego kraju - bo nie umieją i jak ktoś zaistnieje, to przeważnie poprzez samozaparcie Autora albo zbieg okoliczności.
      Skoro wydawcy, wolą studentów za minimalną stawkę nie patrząc na jakość tłumaczenia, to nie rozumiem dlaczego mógłby powstać tandem Autor-Tłumacz, który skierowałby swoje wysiłki i zainteresowania na ranki zagraniczne. (Proszę nie pisać o tym, że tłumaczyć dobrze może tylko ktoś kto się w danym kraju urodził - to stara śpiewka i choć w 90% się sprawdza, to jednak tych 10% odważnych także istnieje. )
      Oczywiście należałoby sporządzić stosowną umowę, ustalić warunki i próbować coś zrobić, bez oglądania się na Wydawców, którzy w 99% mają dwie lewe ręce. Oczywiście, że nikt nie da gwarancji, że każda taka próba będzie udana ale jak się nie ryzykuje, to nic nie ma. A teraz odwrócę sprawa, a jeśli się uda i okażę się, że książka bardzo dobrze sprzedaje się poza granicami, to czy nie warto czasami zaryzykować. Powiecie - jako tłumacze - dlaczego mamy pracować za darmo? A Autor pisząc książkę miał już za to zapłacone? W 90 % nie miał, ale napisał, zaryzykował czasem i pomysłem, więc czym on jest gorszy. Może macie swoich ulubionych polskich Autorów i uważacie, że ich książki mają potencjach aby zaistnieć poza granicami naszego kraju. Może zamiast płakać, trzeba także zaryzykować. Oczywiście nie w stylu rzucam wszystko i tłumaczę X, bo wierzę że zdobędziemy świat, ale jeśli nie ma zleceń a miałabyś ochotę.
      ps. Zawsze na koniec można przesłać przetłumaczony tekst do native z prośbą o ocenę :-)
      • owczarka18 Re: A może coś nowego... 12.07.12, 20:14
        @ autorzy, którzy szukają tłumaczy - uwaga ogólna. Zaczynają mnie już irytować te nawoływania do "współpracy". Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że większość (piszę: większość, nie piszę: wszyscy) szukają jeleni do darmowej roboty...

        A pisać, że
        "Proszę nie pisać
        > o tym, że tłumaczyć dobrze może tylko ktoś kto się w danym kraju urodził - to s
        > tara śpiewka"
        może tylko ktoś, kto w życiu nie tłumaczył na język obcy.
        • skajstop Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 21:25
          Owczarko, a ja się z Pisamem zgodzę, że może nie należy odrzucać takich pomysłów, traktując je "z buta". Rozumiem, że ktoś nie chce zaryzykować, jego sprawa. Jednak - wybacz - doszukiwanie się jelenijnych podtekstów sprawa, że z kolei my, autorzy, możemy takie uwagi skomentować w sposób, którego chyba nie chciałabyś zobaczyć.
          Masz więc mylne wrażenie.
            • skajstop Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 22:11
              W takich chwilach odnoszę wrażenie, że języka polska trudna jest, co dziwne, bo jesteś tłumaczem, więc także - zapewne świetnie - operujesz językiem polskim, nie tylko obcym.

              Tu nikt ci nie składa propozycji. To jest propozycja skierowana do osób, które mogą być zainteresowane. Nie jesteś, nie chcesz brać na siebie ryzyka, nie ma sprawy. Twój wybór, nikt ci przecież niczego nie wmusza.

              Przypomnę jednak, że sugerujesz próbę oszukania (te jelenie i teraz uwaga o "intratnych" propozycjach), co wzbudziło moją irytację. Akurat postawienie sprawy w ten sposób, że autor książkę napisał, tłumacz ją przetłumaczy i dzielą się wszelkimi zyskami, jest jak najbardziej uczciwe - dla osób, które zechcą zaryzykować. Nic tu nie jest ściemniane. Ocena ryzyka to inna sprawa, ale oszustwo? No wybacz...

              Pamiętasz, z kogo pochodzi cytat "I z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!"
              Otóż to, co tobie wydaje się oszukańczą praktyką niegodną szanującego się tłumacza, jest czymś dosyć często spotykanym. Do tego stopnia często, że dotyczy czasem bardzo znanych nazwisk. Nietrudno sprawdzić, że za tłumaczeniem Lema w Stanach stoi niejaki Michael Kandel, który na własne ryzyko tłumaczył Lema, a potem szukał wydawcy. I znalazł.

              Przez grzeczność nie napiszę zatem, jakie słowa cisną mi się jako podsumowanie tego wpisu.
              • owczarka18 Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 22:26
                No cóż, wydaje mi się, że pisarze też powinni opanować czytanie ze zrozumieniem... :) Powtórzę więc to, co napisałam, żeby nie było wątpliwości, że zarzucam komukolwiek oszustwo:

                "autorzy, którzy szukają tłumaczy - uwaga ogólna. Zaczynają mnie już irytować te nawoływania do "współpracy". Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że większość (piszę: większość, nie piszę: wszyscy) szukają jeleni do darmowej roboty..."

                Dla mnie EOT, nie mam zamiaru wdawać się w pyskówki :).

                PS. Ale żeby porównywać się do Lema, to trzeba mieć odwagę, gratuluję wysokiej samooceny :)

                @ Pisam - nic nie stoi na przeszkodzie, ucz się języków obcych i tłumacz, świetnie na tym wyjdziesz. Oczywiście, możesz znaleźć też studenta, który Ci to zrobi za referencje albo stawkę 300 zł/arkusz. Ale wtedy o międzynarodowej karierze możesz chyba jednak zapomnieć :P

                Żeby być sprawiedliwą, nigdy nie spotkałam się ze stawką 1000 zł za arkusz tłumaczenia na polski (bo o takich wcześniej chyba mówiliśmy?). Ale 1000 zł za arkusz za tłumaczenie na język obcy - to już jest bardziej realne :)
                • skajstop Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 22:44
                  PS. Ale żeby porównywać się do Lema, to trzeba mieć odwagę, gratuluję wysokiej samooceny :)

                  I właśnie w tej chwili dowiodłaś, że jednak nie czytasz ze zrozumieniem :) albowiem w żadnym miejscu nie porównuję się do Lema (tym bardziej, że nie ma w tych wątkach na "Wydawnictwa i ich obyczaje" moich propozycji tłumaczenia) - natomiast przykład Kandela w oczywisty sposób pokazuje, że tłumacze czasem ryzykują przekład w ciemno. Znam takich przykładów mnóstwo, tylko nazwiska mniej rozpoznawalne.

                  I aczkolwiek teraz stosujesz uniki jak zajączek, to w innym wątku chyba ty napisałaś Czyli generalnie szukasz jelenia? Przepraszam za bezpośredniość...:)

                  I nie, nie chodzi mi o pyskówkę. Chodzi mi o takie pełne wyniosłości, żeby nie napisać - pogardy, traktowanie autorów :)
                  • skajstop Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 22:47
                    I jeszcze jedno, tak na marginesie. Rozmawiałem o tłumaczeniu Lema z tymże Kandelem. Zdziwiłabyś się, jak bardzo dla amerykańskich wydawnictw Lem jest nieatrakcyjny, jak nieduże ma nazwisko :-) więc gdybym chciał się bawić w megalomana, to chyba wolałbym wybrać inne nazwisko :D
                    • przemrozony.dzbanecznik Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 23:47
                      Skajstop, spójrz na posty Pisama powyżej i poniżej.
                      Myślę, że Owczarka pisząc o szukaniu jelenia miała na uwadze ten paskudny miks pogardy, ignorancji i roszczeń. Pisam mianuje się pisarzem nie dlatego, że ma coś do powiedzenia światu, tylko dlatego, że rozpaczliwie chce być ważny, ważniejszy od wszystkich tych pospolitych wydawców, tłumaczy, recenzentów i w ogóle nie-pisarzy. Puścił wodze fantazji i roi sobie, że zaściankowa branża wydawnicza żeruje na nim, a zarazem podstępnie podcina mu skrzydła. No zmowa, panie, zmowa.
                      Naprawdę uważasz, że warto podsycać te chorobliwe jazdy Lemem?

                      • pisam Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 13.07.12, 09:39
                        Odpowiem w ten sposób - przemrożony dzbaneczku
                        Po pierwsze nic o mnie nie wiesz i na siłę znajdujesz uzasadnienia dla swojej tezy, że to ja jestem be, bo prześmiewczo odpowiedziałem na dane które ktoś tu wpisał powyżej, że tłumaczy za 1000 zł/arkusz plus dodatkowe granty- ale trzeba to chcieć zrozumieć, a jak widać ty nie chcesz lub nie potrafisz. Na szczęście to twój problem a nie mój. Nie mianuję się pisarzem i nie chcę być ważniejszy od wszystkich bo znam swoje miejsce, wyraziłem swoje zdanie do którego mam prawa oraz przedstawiłem propozycję, która Cię uraziła choć nie była skierowana do nikogo konkretnie, ale pokazywała, że Autorzy nie są takimi naciągaczami i oszustami jak o nich myślicie/myślisz.
                        Zawsze sądziłem, że forum jest miejscem gdzie można przedstawić swój punkt widzenia - nawet jeśli nie jest on popularny dla innych - ale jak widzę, nie dla każdego jest to oczywiste. Nie wiem kto z nas ma większe objawy chorobowe, ale jeżeli już je dostrzegasz to może oboje powinniśmy się znależć w tym samym szpitalu.
                        z poważaniem i z nadzieję, że następnym razem poświęcisz więcej czasu aby przeczytać moje posty z większym zrozumieniem.
                      • skajstop Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 13.07.12, 10:01
                        Jest mi niezmiernie przykro, bo dyskusja dryfuje w obszary kłótni, ale nie, to nie Pisam sprowokował Owczarkę, zacytowałem jej najwcześniejszą wypowiedź, skierowaną do kogoś innego. Owszem, teraz i Pisam nieźle dokłada do pieca, i ja zszedłem z trybun na murawę, ale dlaczego?

                        Nie odezwałbym się, ale nie podoba mi się tak formułowana postawa "wy sobie ryzykujcie, a nam się należy, a jeśli się przypadkiem ktoś zgodzi, to z niego niezły jeleń, oszukany przez żądnego chorobliwej sławy grafomana". W gruncie rzeczy, jeżeli zamiast sobą gardzić, nie zaczniemy rozumieć, że siedzimy na tej samej gałęzi, wydawcy tylko na tym skorzystają. Już korzystają... A tłumacze nie są ani gorsi, ani lepsi. My piszemy najlepiej, jak umiemy, tłumacze tłumaczą najlepiej, jak potrafią. Rzucanie grafomanami jest bardzo nie fair, podobnie jak byłoby wysuwanie z naszej strony argumentu, że X tak przekłada tekst, że nadaje się tylko do...

                        Lem jest argumentem w dyskusji. Bardzo dobrym, kiedy ktoś twierdzi, że tylko jelenie zaryzykują tłumaczenie w ciemno. W Stanach Lema nie chciano wydawać, Kandel obszedł ze stu wydawców, najpierw z próbką, potem z całym tekstem. Zrobił dokładnie to, o czym pisało tu kilku autorów. Nie twierdzę, ze wszyscy tłumacze muszą to robić, ale absolutnie nie przyjmę argumentu, że tylko jelenie tak postępują.

                        Niemniej, wszystko już zostało powiedziane, a ponieważ dyskusja zahacza o szpital psychiatryczny, ja mówię EOT.
                        Ponieważ brałem w niej udział, ten post nie pójdzie na czerwono, ale apeluję, żebyśmy się powstrzymali od dalszej wymiany zbyt ostrych słów.
                        • przemrozony.dzbanecznik Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 13.07.12, 12:45
                          Skajstop, przykład Kandela sam w sobie jest bardzo OK, spółki pisarz-tłumacz naturalnie istnieją (sama czasem pracuję w takich układach), ale nie ma co robić ludziom nadziei, że to idzie ot tak, z marszu i za free, bo podobne bajki prowadzą do rozczarowania, pretensji i ostatecznie agresywnej roszczeniowości, czego świetny przykład mamy w tym wątku.

                          Tłumacz w takim układzie wchodzi w rolę inwestora: wkłada w interes od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, czyli czyta i ocenia (sam koszt recenzji wewnętrznej to kilkaset zł), tłumaczy fragmenty lub całość (na całość zwykle szuka grantu) i – przede wszystkim - ryzykuje swoją markę, czyli wypracowaną latami opinię u krajowych wydawców, która sprawia, że jego propozycja trafia w wydawnictwie bezpośrednio do naczelnego albo szefa konkretnego działu, a nie do spamu czy skrzynki „stażysta nr 87”. Żeby w ogóle zaczynać rozmowę o takim układzie, autor musi przejść weryfikację co najmniej na własnym rynku, to znaczy przekonać do siebie krajowych wydawców (wydanie) i czytelników (wyniki sprzedaży), a także zebrać dobre recenzje, nagrody itd. plus zaoferować tłumaczowi wyłączność i udziały w zysku. To nie jest zabawa dla początkujących autorów ani tłumaczy.

                          Pewnie, że każdy zaczynał kiedyś od zera, ani myślę lekceważyć debiutantów. Rzecz w tym, że proces wydawniczy to kolejne sita opinii, które pozwalają wyłapać wartościowe teksty. Książka zwykle trafia do tłumacza po przejściu przez sita wydawców, ale też czasem przez „prywatne”: np. przysyła ją z konkretną opinią dobry autor czy krytyk z danego kraju. Podkreślam: z opinią, bo książki „kolega prosił, żeby przekazać” są zmorą tłumaczy i błyskawicznie lądują w koszu. Nie, nie z lekceważenia dla cudzej pracy, tylko z szacunku dla własnej. Kucharz nie zajmuje się wykopywaniem i selekcją marchewki.
                          • skajstop Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 13.07.12, 13:07
                            Miałem się już nie odzywać, ale zgadzam się z tym, co napisałaś, a nawet zaczynam bardzo żałować, że dyskusja nie toczyła się w tym tonie, tylko raczej "jelenijnym".
                            Ergo: zgadzam się poza jedną kwestią: skąd przekonanie, że takie propozycje kierują tylko debiutanci? :) choćby na tym forum kierują je osoby mające po kilka książek, czasem w odpowiednim segmencie rynku bardzo popularne :)
                          • ekobin Re: jelenie, asekuranci czy snoby? 18.07.12, 11:35
                            przemrozony.dzbanecznik napisała:
                            przede wszystkim - ryzykuje swoją markę, czyli wypracowaną lat
                            > ami opinię u krajowych wydawców, która sprawia, że jego propozycja trafia w wyd
                            > awnictwie bezpośrednio do naczelnego albo szefa konkretnego działu, a nie do sp
                            > amu czy skrzynki „stażysta nr 87”. Żeby w ogóle zaczynać rozmowę o
                            > takim układzie, autor musi przejść weryfikację co najmniej na własnym rynku, to
                            > znaczy przekonać do siebie krajowych wydawców (wydanie) i czytelników (wyniki
                            > sprzedaży), a także zebrać dobre recenzje, nagrody itd.



                            No koniecznie muszą się wypowiedzieć autorytety, profesory, redachtory, arcybiskup i w ogóle cały sejm. Stanowisko muszą zając zwłaszcza te moralne ale i te nie do końca moralne też. Wyborcza musi zając stanowisko bo póki nie zajmie to my biedni inteligentni nie wiemy co myśleć jak się odnieść i w ogóle czy wypada?
                            • pisam Potencjał... 18.07.12, 17:22
                              Zawsze uważałem, że nie są ważne opiniotwórcze media - które w jakiej tam części już dawno się sprzedały i przyklaskują tym co więcej płacą, ale opinia samego tłumacza, który książkę - utwór przeczyta i sam stwierdzi, czy wyczuwa w niej potencjał dla innego rynku.
                              Nie zawsze to co zyska dużą sprzedaż na naszym rynku ma jakiekolwiek szanse na innym i tu powinna decydować ocena samego tłumacza.
            • pisam Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 22:19
              To napiszę wrednie: Tłumacz to chce żyć na cudzy koszt. Nie dość, że nic swojego nie wymyśli, tylko przetłumaczy słowa Autora, to jeszcze chce zarabiać za to 1000 zł od arkusza wydawniczego plus dostawać dodatkowe tantiemy od każdego sprzedanego egzemplarza, podczas gdy Autorowi ten sam wydawca płaci 300 zł./ arkusz. A może by Tłumacz najpierw kupił prawo do tłumaczenia od Autora, zapłacił mu 500 zł/ za arkusz i wtedy po przetłumaczeniu chodził i szukał wydawcy dla swej pracy. A tak, nie dość że nie kupuje praw do tłumaczenia, tylko otrzymuje tekst kupiony przez Wydawcę - więc nie jego i nie ma do niego praw, to jeszcze żąda niebotycznych pieniędzy...
              • pisam Re: Pełna niezgoda na jelenie :) 12.07.12, 23:01
                Tu będę wredny do kwadratu.
                Skoro nie byłbym pewny swojego pisania, to nie szukałbym tłumacza aby wyjść po zaścianek naszego kraju, a jak już wiele razy napisałem nie wierzę w polskich wydawców, bo oni nie mają w ogóle żadnego pojęcia jak wyjść na zewnątrz.
                Owczarka18 - jeśli człowiek nie spróbuje, to nigdy się nie przekona czy jego utwór nie zainteresuje obcojęzycznych czytelników i czy nie okaże się, że jest dla nich interesujący. A mówienie, że autorowi X, czy Y - nikt nie dorówna, jest błędny. Gdyby ludzkość w ten sposób myślała, to nadal żylibyśmy na poziomie kamienia łupanego i naszym bogiem byłby ogień.
                Z poważaniem.
              • donatta Pisam 13.07.12, 00:15
                Nie brałam udziału w tej dyskusji, bo ogólnie rzecz biorąc jest idiotyczna, ale chciałam powiedzieć jedno. A właściwie, to nawet kilka rzeczy.
                A. Tłumaczenie cudzego tekstu bywa trudniejsze niż napisanie własnego. Poważnie!
                B. Autor jest zwykle jednym z tysięcy sobie podobnych, którzy dobijają się do wydawnictw z przekonaniem, że zasługują na Nobla i nagrodę Pulitzera. Większość doznaje szoku, że książka nie zdobyła natychmiastowego uznania. Wydawcy częstokroć ryzykują, decydując się na wydanie ich dzieł. Z kolei tłumacze dostają do ręki coś, co już zaistniało bądź naprawdę dobrze rokuje. Ich powieści to większe pewniaki.
                C. Autor ma zwykle w umowie zagwarantowany procent od sprzedaży każdego egzemplarza, udział w sprzedaży licencji, praw do ekranizacji itp. Tłumacz tego nie ma. Autor ryzykuje - może nie zarobić nic, a może zostać krezusem. Tłumaczowi pozostaje zawsze ta sama, stała rola. Nie traci, ale i nie zgarnia fortuny.

                Jako autorka oraz tłumaczka powiem jedno: obie profesje są dyskryminowane, każda na swój sposób.
                • pisam Re: Pisam 13.07.12, 09:44
                  Donata - co do pierwszego i trzeciego punktu całkowicie się z Tobą zgadzam.
                  Co do drugiego to sprawa do dyskusji, bo fakt, że czyjaś książka została wydrukowana, a następnie kupiona przez polskiego wydawcę wcale nie oznacza, że ta książka jest dobra. Popatrz choćby na półki w polskich księgarniach i tytuły które tam stoją od kilku lat, to powinno dać do myślenia.
                  Aby nie przedłużać dyskusji, całkowicie się z Tobą zgadzam także w punkcie ostatnim: obie nasze profesje są dyskryminowane a co gorsza nie potrafimy z sobą rozmawiać...
    • nobullshit Kasa :) 17.07.12, 22:11
      Właśnie wróciłam z wakacji i ten wątek jest zbyt skomplikowany, abym mogła bo jednym przeczytaniu, z umiarkowanym zrozumieniem, ustosunkować się do wszystkich jego aspektów - zwłaszcza że gdzieś po drodze doszło chyba do jakiegoś totalnego nieporozumienia.

      Ale chcę podziękować Dzbanecznikowi za to, że napisała wprost o - jakie to brzydkie słowo - pieniądzach. :) O stawkach za tłumaczenia. Zazwyczaj nie piszemy o nich, bo jedna połowa nie chce się przyznać, że zarabia "tak mało", a druga, nie chce - lub nie może (klauzule tajności w umowach, a nicki nie tak trudno przypisać do nazwisk) ujawnić, że zarabia "tak dużo".
      Nawet jeśli te górne stawki podane przez Dzbanecznik są rzadko spotykane, to jednak istnieją - tu, nie na Księżycu - i przynajmniej wiemy, do czego możemy aspirować. Za ile zgodzimy się tłumaczyć, nasza sprawa. Ale - moja sugestia - spróbujmy, choć spróbujmy powalczyć. Dla siebie, i dla innych, na przyszłość.


    • ellen.cherry Re: Kryzys na rynku 31.07.12, 13:01
      Dzbaneczniku,
      Dzięki za konkretne informacje. Ponieważ odważnie negocjujesz stawki, chciałabym spytać Cię o zdanie. (Nie będę wdawać się w dyskusję o tym, czy stawka 1000 zł za tłumaczenie jest normalna, nienormalna czy też płacona w świecie równoległym. Jeżeli doświadczony tłumacz może taką otrzymać, to dobra wiadomość dla nas wszystkich.)
      Napisałaś, że wszędzie to fachowiec pierwszy dyktuje stawkę, tylko w naszej branży wszystko postawione jest na głowie. No właśnie! Kiedy przychodzi do nas hydraulik, idziemy do prawnika, dietetyka czy dentysty, to słyszymy stawkę na samym początku albo drżymy o to, żeby ostateczna cena nie zwaliła nas z nóg. Tymczasem kiedy to my występujemy w roli fachowca... słyszymy stawkę na samym początku albo również obawiamy się, że zwali nas ona z nóg, niestety nie z powodu swoich monstrualnych rozmiarów.

      Przechodzę do rzeczy - jak skutecznie negocjować stawki?

      Pracuję jako redaktor dla wydawnictw (od kilku lat) i jako tłumacz dla telewizji (krócej). Nie mam jeszcze renomy, dzięki której nowi wydawcy by się do mnie dobijali. W obu przypadkach procedura wygląda podobnie: próbuję nawiązać kontakt z firmą; jak dobrze pójdzie, dostaję próbkę; próbka się podoba, rozmawiam z firmą, która informuje mnie, jakie ma stawki. Tyle w temacie dyktowania swoich warunków :)

      Procedura nawiązywania kontaktu jest żmudna. Nie zawsze dlatego, że jesteśmy słabi. Czasem koordynator czy redaktor zwyczajnie nie ma czasu ani chęci pochylać się nad kimś nowym, skoro ma już stałych współpracowników. Trzeba zawalczyć o jego czas i uwagę. Czasem wielokrotnie się przypomnieć. Domyślam się, że w przypadku dobrego fachowca z długim stażem wygląda to inaczej. Ale na razie dla mnie wygląda to właśnie tak, że początkowo występuję w roli zabiegającego o uwagę. No i potem zwyczajowo stawka pada ze strony firmy. Zlecenia przychodzą, a jednak ta pierwsza rozmowa upupia w roli tego, który przyjmuje warunki.

      Pytanie: jak odmienić tą sytuację? Jak poprowadzić taką rozmowę? Nie mówię tu oczywiście o dyktowaniu stawki 10 razy wyższej niż średnia w przypadku osoby o krótkim stażu. Ale o odzyskiwaniu kontroli nad sytuacją w granicach rozsądku.

      Do Dzbanecznika i innych: macie w tej kwestii swoje pomysły? A może macie sukcesy, którymi możecie się pochwalić, żeby zainspirować innych?

      PS. Przepraszam za zdublowanie postu, ale za pierwszym razem wskoczył mi w sam środek wątku (najwyraźniej za rzadko korzystam z forum gw).
    • hermenegilda77 Re: Kryzys na rynku 19.11.14, 14:20
      Czyżby z rynku wywiało połowę tłumaczy? Nie wiem, jak Wy, ale ja mam tyle zleceń, że niedługo będę tłumaczyć rękami i nogami:)) Może wydawnictwa poszły wreszcie po rozum do głowy i zrezygnowały z tzw. zenków na korzyść osób z doświadczeniem i umiejętnościami.
      Oby to była prawda :)
      • mutant12 Re: Kryzys na rynku 19.11.14, 20:54
        Ja także odnotowałam w ostatnich miesiącach zwiększoną liczbę propozycji. Niestety podwyżki nie zaznałam od ładnych paru lat. Myślę, że wydawnictwa trochę się przestawiły na literaturę, która lepiej się sprzedaje (np. jedno wydawnictwo, z którym współpracuję, poszło zdecydowanie w stronę książek niebeletrystycznych - poradniki, kulinaria, biografie - a jeśli beletrystyka, to niemal same pewniaki, tylko czasem jakiś eksperyment), co jako czytelniczkę nieco mnie martwi i jako tłumaczkę trochę też, ale lepszy rydz niż nic.
    • hermenegilda77 Re: Kryzys na rynku 20.11.14, 15:11
      Misia 1245: Tak się składa, że wszystkie wydawnictwa, z którymi współpracuję, zostały wymienione na "białej liście wydawnictw". Płacą jak w zegarku, odpukać!

      Mutant12: Zauważyłam ten sam trend, co trochę mnie dziwi, bo zawsze mi się wydawało, że na rynku jest zatrzęsienie różnych poradników zdrowotnych.
      Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to mam taką zasadę, że kulturalnie domagam się wyższej stawki co jakieś dwa lata. I ta metoda się sprawdza :)
    • czerwony_kubraczek Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 11:44
      Jestem bardzo ciekawy, które to wydawnictwa mają tak liczne oferty dla tłumaczy. Ja: 48 przełożonych książek, w tym przynajmniej cztery to klasyka literatury światowej, dwie nagrody za jakość przekładu, mnóstwo superpozytywnych recenzji w mediach, w tym w "Nowych Książkach", więc chyba bezstronnych. I co? Od ponad dwóch lat nie mam żadnych zleceń choć wciąż bezskutecznie pukam do drzwi, wydzwaniam i mailuję do tych znanych i tych średnich i tych maluczkich. Bez żadnego rezultatu. Rozmawiają ze mną uprzejmie, ale nic z tego nie wynika. I chyba to nie jest tak, że mogę być za drogi, bo jestem gotów zejść z ceny maksymalnie , a nawet dumpingowo, byle tylko być tańszym od konkurencji i otrzymać jakąś robotę. Jednak coraz bardziej dochodzę do przekonania, że zlecenia są tylko dla znajomych znajomków oraz "krewnych i znajomych królika", ponieważ czasem przeglądam to, co się wydaje i nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, czy zadumać się nad upadkiem polszczyzny i przyzwoitości wydawców wypuszczających takie gnioty językowe - mam na myśli przekłady. Z głodu nie umieram, bo dorabiam w ochronie, ale bardzo dużo bym dał, żeby dostać zlecenie na przekład choćby broszury. Ale widać nie należę do sitwy...
        • hermenegilda77 Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 14:49
          Owczarko, niekoniecznie ... Kilka lat temu mnie również dopadł kryzys. Wydawnictwa, z którymi współpracowałam, przestały się odzywać, niektóre z nich zaczęły kupować licencje na książki w językach, z których nie tłumaczę. Przez około 5 miesięcy nie dostałam żadnego zlecenia! Później nawiązałam nowe kontakty i teraz jest b. fajnie, ale nigdy nie wiadomo, co nas spotka, dlatego ferowałabym tak pochopnie wyroków.
          Pozdrawiam.
      • domville Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 15:23
        O "kryzysie" w branży słyszę od początku mojej działalności tłumaczeniowej, czyli od połowy lat dziewięćdziesiątych... Kryzys się pogłębia, a propozycje kolejnych tłumaczeń dziwnie wciąż się pojawiają. Moja najwyższa dotąd stawka to 900 zł za arkusz, choć po negocjacjach (autor chciał, żebym to ja tłumaczył, więc miałem mocną kartę przetargową). Zatem takie stawki są osiągalne. Zwykle w moim przypadku jest to jednak ok. 700-800.
        • misia1245 Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 15:42
          "Moja najwyższa dotąd stawka to 900 zł za arkusz" - czy dostałeś taką stawkę na umowę licencyjną, czy na wieczyste przekazanie praw do przekładu? Tłumaczysz z angielskiego czy innego języka? Jeśli z angielskiego, 700-800 zł na umowę licencyjną to sporo - i tak trzymać - jeśli natomiast jest to umowa "na wieczność", to jednak mało.
          • czerwony_kubraczek Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 19:26
            Moja ostatnia stawka, tych kilka lat temu wynosiła 600 zł za arkusz, ale może mam to nieszczęście, że tłumaczę z angielskiego, który to język podobno "dziś wszyscy znają". Może ktoś podpowie mi, które wydawnictwa mają tak wiele ofert, może i dla mnie coś się znajdzie? Na pieniądzach oczywiście zależy mi jak każdemu, ale cenowo gotów jestem na dużą elastyczność. To jakaś ściana lodowa to milczenie wydawnictw pomimo uprzejmości na początku i zapewnień, że się odezwą. Czy ktoś może mi też wyjaśnić, na czym to polega, że ukazują się przekłady na poziomie bagiennym - tłumaczka sadzi błędy językowe, nie zna realiów, tworzy jakieś dziwologi.
            • mutant12 Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 19:49
              To, że kryzys kogoś nie dotknął, nie znaczy, że go nie ma. Wiele osób dotknął. Nie zakładałabym też, że dotyka tych, którzy są gorszymi tłumaczami. Czasem może to być przypadek, czasem ktoś ma mniejszą siłę przebicia, czego nie uważam za wadę, bo nie jesteśmy politykami ani gwiazdami estrady i mamy prawo do introwertyzmu, nieśmiałości, bylebyśmy dobrze wykonywali swoją pracę. Czasem ktoś po prostu nie znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze.

              Nie można jednak również widzieć wszędzie spisku i oskarżać wydawców o kolesiostwo. Sama widuję książki z błędami i wściekam się, kogo ci wydawcy zatrudniają (dlaczego - to już inna sprawa, często z lenistwa lub dlatego, że pracownik decydujący o wyborze sam jest niekompetentny), ale twierdzić, że wszyscy tak robią i w dodatku z premedytacją, to spora przesada. Trzeba próbować - a jeśli sytuacja nas zmusi, w międzyczasie inaczej zarabiać na życie.
            • domville Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 20:35
              A trollowi "czerwony kubraczek" już dziękujemy. Te akcje z "angielski wszyscy znają" i "jestem gotów/gotowa obniżyć stawkę, byle mieć co do garnka włożyć" już tu na tym forum były, wystarczy prześledzić starsze wątki.
              • czerwony_kubraczek Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 21:30
                Z głodu nie umieram i mam nadzieję, że nie umrę. Że jestem zdesperowany - to fakt. Bo jaką można mieć jeszcze siłę przebicia oprócz telefonowania i wysyłania w mailach wykazu tych książek, które przetłumaczyłem? Chyba w końcu tego niikt i tak nie czyta. Nie potrafiłbym niestety dać łapówki, bo może w końcu o to chodzi, nie wiem komu, nie mam pojęcia, jak to się powinno zrobić. Poza tym jasne, że nie wszystkie wydawane przekłady są do niczego. Ale przejrzałem w empiku kilka takich, które budzą grozę.
                Dobra, dalej nie ma sensu. Skoro nikt nie chce napisać, gdzie można mieć jakieś szanse na zlecenia, to trudno, nie będę już zawracać głowy na forum. Ale w takim razie to może ci, którzy tak się przechwalają liczbą zleceń są tymi "trollami"?
                • domville Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 21:45
                  Na szczęście to forum ma archiwum wątków, więc można łatwo sprawdzić, kto się tu udziela regularnie, a kto wpada na krótko z jakąś misją. Twierdzisz, że przetłumaczyłeś prawie 50 książek, co znaczy, że całe lata współpracowałeś z jakimiś wydawnictwami. Jeśli nie chcą kontynuować współpracy, musi być jakiś powód, bo dobre wydawnictwo nie rozstaje się ot tak z solidnym i zdolnym tłumaczem.
                  • mutant12 Re: Kryzys na rynku 21.11.14, 22:06
                    Widzisz, domville, a ja byłam w takiej oto sytuacji: parę razy odmówiłam jednemu wydawnictwu, bo miałam robotę z innego. Była to fajna robota, na której mi zależało, ale się skończyła, bo z tego języka (tłumaczę z dwóch, to był ten mniej popularny) niewiele wydają. Tymczasem pierwsze wydawnictwo znalazło sobie nowych tłumaczy. Trzecie w panice kryzysowej zaczęło robić castingi, kto da krótszy termin przetłumaczenia książki. Obliczałam sobie, ile potrzebuję, a potem mogłam ewentualnie się modlić, żeby ktoś nie zaproponował krótszego terminu. Tym sposobem mimo współpracy z kilkoma wydawnictwami zdarzało mi się (i może w przyszłości też będzie się zdarzało) być kilka miesięcy bez pracy.

                    czerwony_kubraczek - te oskarżenia są naprawdę bez sensu, a nawet jeśli któreś z nas podałoby Ci nazwy wydawnictw, z którymi współpracuje, to co z tego? One mają swoją bazę tłumaczy i niekoniecznie muszą potrzebować kolejnych. Te nazwy przewijają się na forum, wiele z nich jest na białej liście - wystarczy poczytać. Jeśli naprawdę potrzebujesz rad, napisz coś więcej - jaką literaturą się interesujesz, w tłumaczeniu jakiej masz doświadczenie. Może wtedy ktoś będzie mógł Ci służyć radą.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka