snusmumrikenn
31.07.14, 10:58
Dzień dobry wszystkim.
Jestem jednym z tych naiwniaków, którzy dali się nabrać na tzw. wydawnictwo ze „współfinansowaniem”. Już w tym miejscu pewnie polecą określenia tj. „frajer” - i niestety, będą prawdziwe.
Tak, trochę czytałem wcześniej, że to żerowanie na naiwności, marzeniach i uchylenie drzwi dla powodzi grafomanii. Ale, jak większość autorów, wierzących choć trochę w swoje dzieło, sądziłem: „e tam, ze mną przecież będzie inaczej – moja książka się wybroni”.
Wydawało mi się, że najważniejszy jest „nośnik” dla tekstu, nie ważne jaki i gdzie.
Jak się domyślacie – nie było inaczej. Wystąpiły dokładnie takie „chwyty” ze strony ”wydawcy”, o jakich tu piszecie, i przed jakimi słusznie ostrzegacie.
Po zainkasowaniu ( dużej ) należności, stworzono dla mnie dość ładną ( jako przedmiot ) książkę, rozesłano ją do paru sklepów internetowych ( w tym tych największych, więc to podkręciło naiwną wiarę, że jest dobrze ), dano paru „blogerom” do zrecenzowania – i w sumie na tym się kampania „reklamowa” zakończyła.
Już wtedy podejrzewałem, że to moja klęska. Przez ponad pół roku sam reklamowałem swoją książkę jak się da i gdzie się da ( wiem, że robienie tego, co powinno zrobić wydawnictwo jest żałosne, ale zależało mi, aby te teksty po prostu znalazły się u ludzi w domach ).
Całą sytuację przypieczętował pierwszy wykaz sprzedaży. Po roku od podpisania umowy, liczba sprzedanych egzemplarzy była …. jednocyfrowa.
Okazało się, że sam sprzedałem dużo więcej egzemplarzy autorskich, niż „wydawnictwo” przez dobrych parę miesięcy.
Najpierw mała depresja. Potem łajanie siebie za naiwność i głupotę. Potem mocne postanowienie, że to doświadczenie jest nauczką na całe życie – nigdy więcej nic wspólnego z tego typu firmami – drukarniami.
Oto streszczenie historii. A teraz moje pytania i prośba o pomoc / wskazówki.
Moja książka jest zbiorem krótszych i dłuższych historii i opowiadań, które pewnie można wpisać w nurt „realizmu magicznego”. Nie myślę, że jest to dzieło wielkie i wybitne – ponieważ nie miałem ani takiego założenia, co do tych historii, ani nie mam – póki co, takich umiejętności. Natomiast wiem, że jest to książka oryginalna, bardzo klimatyczna i nienajgorsza ( otrzymałem parę tzw. profesjonalnych recenzji – i wszystkie dają książce szansę, oraz wyrażają chęć obserwowania rozwoju mnie jako autora ). Z kilku tekstów jestem w pełni zadowolony, i uważam, że nie przynoszą mi wstydu.
Moje pytania są następujące:
1. Czy mam jakiekolwiek szanse jeszcze uratować te teksty? Czy mogę zrobić cokolwiek, by trafiły one do ludzi, albo by dostały taką „oprawę”, jakiej są ( być może ) warte? Wiem, że muszę przyjąć „na klatę” konsekwencje własnej naiwności – i książka będzie „wisieć” u „wydawcy” i na wszystkich „merlinach”, ale myślałem o tanim e-booku ( pseudowydawnictwo łaskawie zgadza się na niewyłączność ), albo o wybraniu tych najlepszych opowiadań i próbie wysłania ich do profesjonalnych wydawnictw. Szkoda mi tych tekstów. To jest prawie 10 lat pracy, różnych wewnętrznych sztormów, szukania własnego głosu, odpowiednich obrazów itp. Wiem jak wydawcy patrzą na autorów, którzy rozpoczęli od „współfinansowania” - i cholernie się boję, że wykopałem sobie dołek, sam do niego wlazłem - i teraz już nie wylezę.
2. Gdzieś czytałem, że komuś, kto zaczął od „wydawnictwa” ze współfinansowaniem, jest o wiele trudniej z drugą książką, ponieważ klasyczne wydawnictwa z góry odrzucają autorów, którzy „zapłacili”, przypinając im od razu łatkę grafomanów. Boję się, że z uwagi na własne narwanie i naiwność – zakopałem się sam, i nigdy już nie zdołam się wygrzebać. Czy wszystko już stracone? Czy komuś udało się, uciekając ze „współfinansowania”, zaistnieć pod skrzydłami prawdziwego wydawcy?
Nie musicie mnie łajać, bo sam robię to bardzo skutecznie. Mea culpa. Pytanie tylko, co dalej. I czy jest szansa na jakiekolwiek „dalej” ?
Pozdrawiam.