makary_74
03.09.04, 09:10
Gryzł mnie zawsze problem recenzji w prasie codziennej i tygodnikach. Otóż z
reguły są one nadzwyczaj pozytywne dla autorów (w szczególności autorów
wydawnictwa WAB) a kiedy bierze się do ręki wychwalaną pozycję umiera się z
nudów już na drugiej stronie. Absolutną normą u współczesnych "młodszych"
twórców jest nieumiejętność pisania, ale w recenzjach jakoś nikt nie stawia
takiego zarzutu. A co chodzi? Czy to jakieś powiązania towarzyskie? Niedawno
na ten proceder rzucił światło Tomasz Jastrun "Smecz" w felietonie drukowanym
w "Rzeczpospolitej" -
"Dzwoni do mnie znajoma z renomowanego wydawnictwa, mówi, że sprawa jest
delikatna. Więc ja na to: - Proszę w tej sytuacji mówić szeptem - bierze to
poważnie i szepce.
- Nasz szef promocji idzie na spotkanie z dziennikarzem tygodnika X, może
wiesz, ile on bierze za napisanie recenzji?
Nie rozumiem. Teraz ona mnie nie rozumie.
- Wszyscy biorą od wydawnictw za napisanie dobrej recenzji?
No nie wszyscy. Wiedziałem o tym. Nie wiedziałem. Kiedy znana pisarka
opowiadała mi, jak jej pokazano w dużym wydawnictwie długą listę krytyków,
którzy są na ich usługach, nie uwierzyłem i postanowiłem o tym szybko
zapomnieć. I zapomniałem.
Jestem u wydawcy i biznesmena. Opowiadam mu o tym, a on śmieje się ze mnie.
- To naprawdę pan nie wie, że krytycy biorą? Tu, w tym miejscu, siedział
niedawno pewien znany..., o tak, będzie pisał o moim wydawnictwie w kilku
renomowanych pismach.
- Za ile?
Wzdycha, waha się, ale mówi
- Nie za tak dużo, dziesięć tysięcy.
No tak, myślę, przestałem pisać o książkach, może szkoda, właściwie to już
nikt mnie nie chciał, a płacono humorystycznie. Dziesięć tysięcy, tyle być
może zarobi prozaik za swoją powieść pisaną przez rok, jeśli zostanie dobrze
sprzedana. Wydawca, biznesmen pociesza mnie:
- Ale to i tak pestka przy korupcji w naszym biznesie, co się tam dzieje, to
się w pale nie mieści, dlatego już część interesu przeniosłem za granicę.
Nadal jednak nie mogę uwierzyć, że tak jest. A przecież nie wolno zapomnieć o
dworach tworzonych przez pisma, przoduje w tej działalności znany dziennik,
gdzie krzewią się czarne i białe listy (białe? - lista autorów, o których nie
wolno napisać źle). Wybitna recenzentka wyleciała na zawsze z łam, kiedy
krytycznie napisała o Barańczaku. Te listy można wziąć pewnie w mały
cudzysłów, to jest w powietrzu gazety, kogo góra ceni, a kogo nie znosi. Ze
złymi czasami to się kojarzy, niestety."
Czy osoby zatrudnione w polskich wydawnictwach mogłyby to potwierdzić? Swego
czasu cytowałem powyższy fragment na Forum Książki, ale jakoś bez skutku.