Dodaj do ulubionych

Debiutant, czyli walka z wiatrakami!

16.10.20, 14:50
Jaką mają szanse na wydanie swojego tekstu młodzi, czy nowi pisarze wiemy, bo od lat nic się nie zmienia w kwestii podejścia wydawnictw do autorów, szczególnie debiutantów. Było, jest i chyba nadal będzie to przypominało znaną chyba wszystkim beznadziejną, nie mającą szans na powodzenie walkę z wiatrakami z powieści Miguela Cervantesa „Don Kichot”.

Jakie jest podejście wydawnictw do autorów, wiem dobrze, bo próbowałem wydać swoją książkę. Wysłałem wszystko, co trzeba wg. standardów do około 80 wydawnictw. Dostałem chyba z pięć odpowiedzi w tym dwie pozytywne, reszta nawet nie raczyła odpowiedzieć, że ma mnie w d.... .
Te dwa, które do mnie napisały, po wymianie maili wyraziły wstępnie chęć wydania książki i przysłały mi wzory umowy. No cóż, kiedy przeczytałem owe "dzieła" ogarnął mnie pusty śmiech. W zasadzie jedyną pozytywną rzeczą było to, że nie żądali ode mnie dopłacenia do każdej wydanej książki, a zarobek nie był nawet śmieszny, był wręcz iluzoryczny. Postanowiłem wraz ze znajomym prawnikiem lekko poprawić „owe dzieła” tak, żeby od strony finansowej nie wyglądało to na totalną szyderę, a chociaż na coś w miarę, powtarzam w miarę mające sens. Takie lekko zmodyfikowane umowy wysłałem...
Jak zapewne zgadujecie, oba wydawnictwa więcej się nie odezwały. Jak mi się wydaje miały mnie za kompletnego frajera albo nawet osła, co jest wręcz w takich przypadkach normą.

Mam już swoje lata i wydanie książki traktowałem jako hobby, a nie jakiś start „do wielkiej kariery” i dlatego nie zmartwiło mnie za bardzo takie podejście. Co najwyżej zrozumiałem, że autor jest nikim, a wydawnictwo „Panem i Władcą”. Byłem ciekawy czy takie traktowanie jest przypadkowe, czy może jest normą, więc nawiązałem współpracę z kilkoma autorami i ci tylko potwierdzili moją teorię o pozycji pisarza debiutanta na arenie pisarskiej.
Prawda jest taka, że ów pisarz ma tyle do gadania ile przysłowiowy „Żyd na Gestapo”. Jest nikim, co najwyżej może liczyć na cud, czyli łaskę „Jaśnie Oświeconego Pana Prezesa” na wydanie, a jakiekolwiek uwagi odnośnie kwot, kasy, reklamy itd. to coś, czego ów autor nie ma prawa poruszać. Jak będzie miał szczęście to dostanie jakieś tam grosze i jeszcze powinien się cieszyć, że jego „gniot” został zauważony i wydany.

Jeśli ktoś poważnie traktuje swój pierwszy tekst i bardzo mu zależy na wydaniu, to od razu ostrzegam, że samo stworzenie „dzieła” to nie więcej jak 10% sukcesu.
Dla wydawnictw, a przynajmniej 95% z nich każdy tekst debiutanta ma niewielką szansę nawet na przeczytanie. Większość z nich, od razu trafia do kosza. Tak z cyklu nie bo nie i kropka, czyli kolejny oszołom, który nam zawraca d... swoimi wypocinami z punktu nic niewartymi. To takie założenie będące czymś w rodzaju dogmatu.

Postanowiłem tak dla potwierdzenia moich przypuszczeń dotrzeć do kilku z takich „redaktorów” i przekonałem się, że jest gorzej, niż myślałem. Przykład z brzegu. W jednym z wydawnictw redaktorem odpowiedzialnym za czytanie i ocenianie tekstów był student II roku polonistyki. To samo w sobie jeszcze nic złego, ale ten gość był wielbicielem romansów, a trafiało do niego wszystko od tekstów fantasy, przez wojnę, kryminał, thriller czy horrory. Jak możecie się domyślać, wszystko poza romansami odrzucał z punktu. Mało tego, żeby mu to szybciej szło, napisał w info, żeby autor na samym początku określał, w jakim stylu pisze. To mu bardzo ułatwiało odrzucanie. Teraz wyobraźcie sobie, że do takiego gościa wysyłacie swój tekst, powiedzmy fantasy. Efekt jest oczywisty, choć byście pisali jak Tolkien.
Kolejny przykład. Pani redaktorka uwielbia bajki i baśnie. Reszty nie czyta. Efekt jak wyżej.

Mógłbym tak wymieniać godzinami, a to tylko jeden z powodów, dla których są odrzucane teksty debiutantów. Jest ich znacznie więcej. Wymienię tylko kilka. Ryzyko, że książka się nie sprzeda, bo to debiutant, nikt go nie zna. Kolejne, redakcja tekstu. Przy znanych autorach nie wymaga zbyt wiele pracy, przy autorze nowym już niestety trzeba poświęcić na tekst więcej uwagi.
Skutek. Lepiej wydać kogoś znanego niż ryzykować coś nowego, co po pierwsze trzeba poprawić, a po drugie liczyć, że tekst się spodoba, czytaj będzie się sprzedawał.

Reklama. No tu już totalna fantastyka, bo wydawnictwa nie chcą ryzykować wydawania kasy na reklamowanie tekstów nieznanych autorów. To dla nich zbyt wielkie ryzyko, lepiej zareklamować autora znanego, bo jest szansa, że włożona kasa się zwróci. A jak nie ma reklamy, to nie ma sprzedaży i koło się zamyka. Tu taki przykład. Jeden z moich znajomych pisarzy zapytał wydawnictwo o reklamę swojej książki w jednej z dużych sieci sprzedaży (nazwy nie podam, wybaczcie ale nie chcę mieć zaraz na głowie prawników z pozwami). W odpowiedzi usłyszał tu cytuje z pamięci „Pan chyba zwariował, to kosztuje od 20 tys. w górę, ale jak Pan zapłaci to nie ma sprawy”. Komentarz pozostawiam czytelnikom tego tekstu.

Można powiedzieć, że to taka teoria koła. Żeby być wydawanym, trzeba być znanym, a żeby być znanym trzeba być wydawanym. Koło się zamyka, a przebić się do niego graniczy z cudem, jak wygranie może nie szóstki ale przynajmniej piątki w Lotto.

Odnośnie płacenia autorom to już jest istny horror. Zazwyczaj wydawnictwa starają się nie płacić wcale albo dawać jakieś grosze. Znam wielu autorów, którzy musieli podawać wyd. do sądu, żeby cokolwiek dostać z tego, co im się z umowy należało. Autor wkurzony, że przez powiedzmy dwa lata od wydania książki, nie dostał ani grosza musi wnieść sprawę do sądu i wtedy ma szanse wygrać, ale z drugiej strony może być pewien, że już nic w tym wydawnictwie nie wyda, mało tego kiedy fama się rozniesie, a tam wszyscy się znają, może się okazać, że chcąc wydać powiedzmy II tom swojej powieści, nie znajdzie nikogo chętnego do wydania. Czyli siedź cicho i licz na „łaskę pańską”

Druga sprawa, która mnie bardzo bulwersuje, to wydawanie totalnych gniotów, czyli takich „dzieł”, które nigdy nie powinny się ukazać. Miałem kiedyś okazję poprzez kilka blogów oceniać kilkanaście książek i większość z nich nadawała się tylko jako rozpałka do pieca. No cóż, wiem, o co biega, ktoś zna szefa, jest bratem, kuzynem czy kochanką prezesa i dzięki temu wydaje swoje bzdety. Jednak chyba ktoś powinien sprawdzać poziom takich „cudów”, bo czasami po przeczytaniu zaledwie kilku stron odechciewa się dalszego czytania.

Dziękuje za przeczytanie. Temat zależności autor-wydawnictwo jest bardzo szeroki, ale niestety cały czas mamy rynek wydawnictw, a nie autorów, co powoduje, że zwykły „Kowalski” ma może 2% szansy na wydanie czegokolwiek, o jakimkolwiek zarobku już nie wspomnę. To jest chore do bólu i dziwi mnie, że nikt z tym nie walczy. Rozumiem prawa rynkowe, ale do cholery książka to nie jest telewizor, samochód, pralka czy lodówka i nie można mierzyć ją takimi kryteriami.
Jak ma zaistnieć młody debiutujący pisarz, kiedy jedynym kryterium jest kasa?
Tu brakuje moim zdaniem choćby promila patriotyzmu, wszak pisanie powinno być traktowane jako dobro narodowe, a nie sprzedaż RTV, czy AGD. To są myśli naszych rodaków, ich przemyślenia i rozważania na różne tematy i traktowanie tego jak towaru konsumpcyjnego jest chyba jakimś nieporozumieniem. Nie wspomnę już, ile przez takie traktowanie tracimy dobrych, a nawet znakomitych tekstów. Myślę, że co najmniej kilkaset, jak nie kilka tysięcy w skali roku. Coś tu nie gra i to na wielką skalę i albo to się zmieni, albo dalej będziemy wydawać gnioty, po znajomości albo teksty które „akurat miały szczęście”.
Dla mnie pisanie to coś podobnego do malarstwa, rzeźby czy innych artystycznych dzieł. To nie może być traktowane jako czysty biznes bo zatraca swój sens i rację bytu.
Zapraszam do dyskusji!, która jak znam życie i tak niczego nie zmieni... To jak głos głodnego człeka w dżungli który woła i woła a nikt go nie słyszy. Smutne, ale prawdziwe.
Mam tylko złudną nadzieję, że kiedyś ten świat absurdu zmieni się w coś bardziej normalnego, gdzie autor debiutant nie będzie musiał uczestniczyć
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka