jerzy.kanada
18.01.06, 13:38
Śledzę to forum od dawna i z kilkoma refleksjami chciałbym się podzielić. Na
początku powiem jednak, że dokładnie od 10 lat nie mieszkam w Polsce - jestem
na stałym pobycie w Kanadzie, w bardzo ładnym, olimpijskim mieście Calgary, w
równie ładnej (Góry Skaliste...) i bogatej (ropa i gaz...) prowincji Alberta.
Mniej więcej w połowie tego 10-letniego pobytu w Kanadzie "popełniłem" dość
dużą powieść (około 350 - 400 stron druku - w zależności od edytora i
komputerowego sformatowania). Została ukończona dokładnie w lutym, 2000 roku.
Później, rozpocząłem i zaawansowałem następną powieść. Chcę jednak wspomnieć
o tej pierwszej, której nadałem tytuł "Orzełek".
Mówiąc w największym skrócie, jej fabuła została umieszczona w okresie tzw.
późnego Gierka, tj. w drugiej połowie lat 70-tych, w środowisku
uniwersyteckim Warszawy. Ja wiem, że okres ten wielu ludzi w Polsce już nie
interesuje, ale wiem również - m.in. z internetu - że bardzo wielu jednak
interesuje (i to nie tylko 40-to, czy 50-latków). Moja powieść traktuje
dokładnie o wypracowanym niemal do perfekcji, BARDZO SKUTECZNYM NISZCZENIU
jednostki, która "nie pasuje" do systemu totalitarnego. Tam nia ma absolutnie
nic o jakiejś antykomunistycznej opozycji, "pałowaniu", lub przestępstwach
milicji i służby bezpieczeństwa itp. NIE, NIC Z TYCH Z TYCH RZECZY... Nia ma
dokładnie żadnego "męczeństwa", czy "martyrologii" tzw. antykomunistycznych
opozycjonistów wobec PRL-u i komunizmu w ogóle.
A co jest ?...
Jak napisałem, jest WYAPRACOWANA DO PERFEKCJI METODA NISZCZENIA kogokolwiek,
kto nie pasuje do systemu. Bardzo skutecznego niszczenia nawet tych, którzy
ten system AKCEPTUJĄ, ale w żaden sposób (choćby poprzez wyznawany system
wartości) do niego nie pasują. Oprócz tego, są codzienne i obyczajowe realia
schyłku komunizmu w Polsce (bo "późny Gierek", czyli druga połowa lat 70-
tych, to był już praktycznie schyłek PRL-u). A poza tym są pewne - jak myślę -
środki wyrazu i przesłania uniwersalne: każdy, kto aktualnie "nie pasuje" do
danego systemu i epoki, ma ogromne szanse na totalne zniszczenie, choć może
niekoniecznie w wymiarze fizycznym. W duchowym również. Nawet miłość i
kobieta go nie uratuje - zwłaszcza w czasach "poświęcania" życia wyłącznie
dla przyjemności, czyli coraz bardziej totalnego hedonizmu. Jaki mamy
obecnie.
W książce są oczywiście i środki wyrazu, i artystyczne (te różne symbole,
porównania, również pewne szczególne dialogi), są nawet ORYGINALNE
dokumenty...
No i co ? No i nic...
Po ukończeniu, po około 5 latach pracy - dokładnie w lutym 2000 roku -
wysłałem tę powieść na dyskach z Kanady do kilkudziesięciu wydawnictw w
Polsce, po czym otrzymałem AŻ DWIE ODPOWIEDZI: jedna - ze znanego
wydawnictwa - zawierała wyłącznie inwektywy (w tym sensie, że obrażam Polskę
Ludową, o której być może w ogóle nic nie wiem), zaś druga - propozycję
wydania bardzo małego nakładu za bardzo duże pieniądze, które oczywiście sam
wyłożę. Bo może jako Polak, mieszkający w Kanadzie, jestem akurat z tego
powodu bogaty (akurat nie jestem - wręcz przeciwnie; na emigracji żyję
dokładnie w biedzie, z dnia na dzień).
Wysyłałem "Orzełka" również na konkursy literackie w Polsce. Z różnych źródeł
dowiedziałem się jedynie tyle, że NIKT tego w ogóle nie czytał...
Nie czekając na wydanie około 400-stronicowego "Orzełka" - którego w Polsce
NIKT NIGDY mi nie wyda, jeżeli ja tego solidnie nie opłacę - zaawansowałem
następna powieść, "Quaderno" (z włoskiego - zeszyt), traktującą o dość
obszernym, niesłychanie istotnym problemie w mojej Ojczyźnie. Nie powiem
teraz o co chodzi w tej mojej drugiej powieści - jedynie tyle, że jest to
SPRAWA na ogół pomijana w polskiej literaturze jako motyw przewodni,
natomiast cokolwiek utrudniająca Polsce funkcjonowanie w świecie, zwłaszcza w
Unii Europejskiej. Na coś takiego - choćby nie wiem jak przejmująco,
literacko i artystycznie ujętego - NIKT NIGDY z polskich wydawców nawet by
nie spojrzał. Za to, o czym traktuje "Quaderno" (powieść, "rozciągnięta" na
około 30 lat i dwie epoki), polskiemu wydawcy mogłyby grozić chyba tylko
anonimowe, wulgarne listy, również anonimowe telefony z pogróżkami, a być
może pobicia, lub nawet zamachy bombowe. O autorze - czyli o mnie - można
zapomnieć, ponieważ mieszka kilkanaście tysięcy kilometrów od Wisły, czasem
zmienia miejsce pobytu i niełatwo byłoby go dopaść. Ja tu oczywiście
cokolwiek przesadzam, ale problem, który podejmuję w "Quaderno", od dawna
budzi w Polsce spore emocje, choć budzić nie powinien. Nieważne...
Dopiero moja trzecia powieść - istniejąca NA RAZIE jedynie w zamierzeniach -
będzie przypuszczalnie poświęcona moim rodakom na emigracji, zwłaszcza w USA
(gdzie spędziłem trochę czasu i to w bardzo różnych miejscach) i w Kanadzie.
O tym, jak żyją i jakimi sposobami w dość krótkich okresach "dochodzą" do
majątków, na które w Polsce musiałoby pracować bardzo wiele pokoleń. O tym w
naszej Ojczyźnie, tak naprawdę, nikt nie wie. Jak niesamowicie ciężkiej,
często bardzo upokarzającej pracy trzeba, a przede wszystkim ZAPOMNIENIA
własnej osobowości, zaparcia się wszelkich, wyniesionych z Kraju wartości, a
nawet ZAPARCIA SIĘ w życiu religii - przy jednoczesnym, DOKŁADNYM
przestrzeganiu religijnych praktyk - by na emigracji DOJŚĆ DO DOLARA i choćby
dla krewnych nad Wisłą stać się bogatym wujkiem z Ameryki, czy Kanady. Za
Oceanem jest to zjawisko dość masowe, ale PRAWDY o nim nikt w Polsce
właściwie nie zna. Ci, których ta PRAWDA dotyczy, bardzo od niej uciekają.
Gdybym ją ujął w ramy literackie, czy publicystyczne, w społecznościach
polskich w Kanadzie miejsca dla mnie prawdopodobnie by nie było. Ale o to
akurat się nie martwię - zresztą nic JESZCZE na ten temat nie napisałem.
Z własnych doświadczeń (a pisałem i wydawałem w Polsce jeszcze przed wyjazdem
do Kanady; nie były to powieści, tylko publikacje historyczne), jak również
bardzo wielu obserwacji wiem, że wydawnictwa w Polsce kierują się
niesłychanie prosta "polityką", od której nie ma praktycznie żadnych
odstępstw: wydaje się książki WYŁĄCZNIE autorów o znanych nazwiskach (w
bardzo szerokim rozumieniu - może to być noblista, ale "równie dobrze", za
przeproszeniem, kryminalista, BYLE ZNANY), albo - wydaje się książki,
mogące "na oko" OD RAZU chwycić na rynku: pisane bardzo prosto, "dla tłumu"
(m.in. na tym forum wykryłem takie "dziełko", którym autor-debiutant po
prostu bezwstydnie ogromnie się szczyci), skandalizujące, niekiedy quasi
pornograficzne... Dla jakichś wartości ujętych w niemałej objętości przez
nieznanych jegomości - MIEJSCA NIE MA. To nie są czasy Marcela Prousta (choć
i on nie miał lekko), tylko komputera i internetu, więc ZYSKI MUSZĄ BYĆ
GWARANTOWANE i szybkie, jak internetowe połączenia. Do tego duże. Oferowaniem
wartości i objętości żaden nieznany autor wydawnictwu tego nie załatwi -
chyba, że byłby ODPOWIEDNI marketing i na równie odpowiednim poziomie
krytyka. Ale na to NIE MA PIENIĘDZY. Tak uważają wydawnictwa więc wydają to,
co - jak uważają - OD RAZU się sprzeda, bezwiednie ograniczając w ten sposób
oczekiwania potencjalnych czytelników. Okazuje się bowiem, że najlepiej
sprzedaje się to, na co SAME WYDAWNICTWA KREUJĄ MODĘ. Są w Polsce tacy
autorzy, znani dopiero w ostatnich latach, piszący rzeczy zupełnie
surrealistyczne, do tego - niestety - literacko zupełnie bezwartościowe,
nawet grafomańskie, którzy zostali wykreowani dokładnie przez wydawnictwa;
ściślej biorąc, przez kreowanie, lub wzmacnianie TYLKO określonych gustów.
Krytyka tymczasem ubolewa - i to niemal bez przerwy, od wielu lat - że w
Polsce nie ma pisarzy i nie ma powieści. Choć, jak przed rokiem napisała mi
na tym forum miła pani - "naród pisze": na konkurs literacki "Świata Książki"
nadesłano OKOŁO 600 PRAC, spośrod których pierwsze miejsce zajęły wspomnienia
z podwórkowy