Dodaj do ulubionych

Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang)

19.01.06, 13:12
Ponoć na tym forum bywają tłumacze, więc zapytam, bo właśnie znalazłam to w
kolejnej książce i mam juz dosyć...
Jak to jest, że ja - zwykły człowiek, wcale nie tłumacz, znający angielski
jako-tako, wiem, że garage to po angielsku warsztat samochodowy (ciekawe skąd
ja to wiem, skoro podręczny słownik Stanisławskiego tego nie podaje?)
natomiast profesjonalni tłumacze piszą, że pan X prowadził garaż, albo że pan
Y pracował w garażu i miał wielu klientów, bo był dobrym fachowcem, albo
ze "stacja benzynowa wygladała supernowocześnie chociaż nie było garażu do
naprawy samochodów"
Może bierze się to stąd, że tłumacze znają ten nieszczęsny angielski a nie
znają polskiego? Bo inaczej tego sobie nie potrafię wytłumaczyć.
Ale na logikę biorąc, to widac z tekstu, że chodzi o warsztat naprawy
samochodów, czy stację obsługi, a nie o garaż w polskim znaczeniu.
Albo "lunatic" - czemu tylu tłumaczy pisze - lunatyk - chociaż z kontekstu
wyraźnie wynika, że chodzi o zwykły epitet "wariat"?

Ktoś mi to wyjasni?
Bo ja juz nie mam siły domyślać się co chciał powiedzieć autor zanim go
tłumacz nie "podrasował".
Obserwuj wątek
    • aga.p.p Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 19.01.06, 18:27
      Najpierw zobacz sobie jakie są stawki za tłumaczenia literackie. Potem zobacz ile zajmuje przetłumaczenie książki. I sama sobie odpowiedz na pytanie ilu tłumaczy stać na taką pracę.
      Idę o zakład, że co najmniej połowa tego co czytamy to robota amatorów, których kręci samo zobaczenie własnego nazwiska w książce.
      Swoją drogą, czy ktoś już kiedyś próbował odesłać taką spartoloną książkę do wydawnictwa z żądaniem zwrotu pieniędzy za wybrakowany towar?

      pzdr,
      A.
      • lisekrudy Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 19.01.06, 22:11
        Przykladow bezmyslnych kalek z angielskiego jest bez liku. Chyba najbardziej
        "zasluzona" w ich utrwalaniu jest prasa. Mnie do bialej goraczki doprowadza
        pleniace sie ostatnio w polszczyznie slowo "kontrolowac" w znaczeniu "panowac
        nad czyms", "okielznac cos", "wladac czyms", "rzadzic czyms". Jest to ewidentna
        kalka z angielskiego "to control", a przeciez zakrez znaczeniowy tego slowa jest
        inny niz polskiego "kontrolowac".

        Lisek
          • jacek1f na szybko z pamięci tylko :-( trzy: 19.01.06, 22:59
            - tekst o Tańczącym z wilkami, a w nim ileś nawiązań do polowania na "bawoły",
            tropienia "bawołów", i pieknego okazu "bawołu" i groźnego "bawołu" na prerii
            północnoamerykańskiej... (starczyła komenda - zamień bawoła na bizona..)
            - kryminał Pattersona, a wnim pełno poliscji. Rzecz w US. I w całym tekście od
            tłumacza nie ma policjanta a ni jednego, ale są 'oficerowie". Sa wszędzie!!! Na
            ulicy, przy kraweżniku, na patrolu, w ciężarówkach... nic tylko "oficerowie".
            - Midsomer - ostatnie zachwyty... i oprócz setek zmasakrowanych zdań i sensu
            ich, czytam sobie, że chodował "wilczury (!) irlandzkie".. i tak kilka razy w
            różnych zestawieniach.

              • senseeko Nawet sam Polkowski się machnął 20.01.06, 09:22
                Wprawdzie on nie anglista, tylko archeolog, ale "noblesse oblige" i nazwisko
                też.
                W "Lwie, czarownicy i starej szafie" rodzeństwo Pevensie prowadzi do
                bobrów "drozd" z czerwonym brzuszkiem, no i nie dam głowy, czy gdzieś nie
                wystąpiło określenie "lunatyczka" (chyba w odniesieniu do dyrektorki Szkoły
                Eksperymentalnej)

                Tak więc nie tylko podłej jakości tłumaczom to się zdarza. Najgorsze jednak
                tłumaczenie jakie czytałam, to była (skądinąd bardzo nędzna książka) niejakiego
                Priesta (imienia nie pomnę). Nie dość, że książka słabiutka, to jeszcze
                tłumaczenie calkiem ją dobiło.
                Zastanawiam w jakim celu taki knot został wydany? Przecież jest tyle naprawdę
                dobrych książek.
                • rekwizytornia Re: Nawet sam Polkowski się machnął 20.01.06, 10:18
                  Pozwolę sobie zacytować wspaniałe tłumaczenie, które w dodatku żadnych
                  pieszczot redaktorskich nie zaznało.

                  >>Dwóch traperów, którzy chwalili się, że polowali na zwierzynę w zakazanych
                  lasach stwierdzali, że najśmielsi z zabójców nie mieli w ogóle litości.<<

                  >>By zwiększyć jeszcze jej niepokój, wiadra na nosidłach zakołysały się podczas
                  jej podskoku i woda chlupnęła na piasek.<<

                  Dalej cytować nie będę, musiałabym całą książkę przepisać. Krew mnie nad nią
                  zalała już kilka razy, nawet do końca nie dobrnęłam ;-)

                  Pozdrawiam
                  Rekwizytornia
                  • rekwizytornia i jeszcze jedno... 20.01.06, 10:25
                    Ta sama książka:

                    >>Nie mówiąc już o czymś nie w porządku - Mudge studiował nieprzytomną kobietę
                    z mieszanymi uczuciami.<<
                    [Cholera, a ja polonistykę studiuję... Bez uczuć.]

                    >>Cichy szelest miękkiej skóry na kamieniu [?!] sprawił, że cała trójka
                    odwróciła się jak na komendę. W drzwiach pokoju stał ich pracodawca,
                    ale był to Wolfram przemieniony.<<

                    >>Cała jego istota i postura emitowały ledwie powstrzymywaną moc.<<
                    [Brzmi niemal jak "ledwie powstrzymywany mocz"...]

                    >>- Więc dokonaliście tego, czego ja nie mogłem.
                    Wstępując do środka, zignorował ich by skoncentrować swoją uwagę na postaci
                    bezwolnie leżącej na łóżku.
                    - Ignoranccy opoje. Rzeczywiście myśleliście, że ja, Wolfram Wspaniały,
                    Nieokiełznany, Pan Warmlands,oddałby przyszłość Pani Namur w waszą infantylną
                    pieczę?<<
                    [Doprawdy, fascynujące...]
                    • rekwizytornia Re: i jeszcze jedno... 20.01.06, 10:28
                      I moi ulubieńcy, bo się nie mogę powstrzymać:

                      >>W desperackiej walce, kawałek po kawałku, pomimo magicznego wsparcia,
                      rozdarte wojną strzępy obrońców Athery traciły grunt.<<

                      >>Wisząca w powietrzu możliwość świata straconego dla słońca rzucała cień na
                      przyszłość.<<

                      Czy ktoś mi wyjaśni, co poeta miał na myśli?...
                      • senseeko Re: i jeszcze jedno... 20.01.06, 12:39
                        A może tak miało być? Może to tłumaczenie niezbyt piękne ale za to wierne ;)))

                        Ale jeśli tacy.... tłumaczą, to co robią w życiu ci lepsi?

                        BTW czy mogłabys podać tytuł i autora tej cudownej powieści?
                        Chyba coś Ci poślę na priva. Lubisz pastisze? ;)
                        • hajota Re: i jeszcze jedno... 20.01.06, 13:39
                          senseeko napisała:

                          > A może tak miało być? Może to tłumaczenie niezbyt piękne ale za to wierne ;)))

                          No właśnie. Pytanie: co ma zrobić tłumacz, jak dostaje kompletny gniot, który
                          należałoby w całości napisać od nowa?
                          >
                          > Ale jeśli tacy.... tłumaczą, to co robią w życiu ci lepsi?

                          Podejrzewam, że zajmują się lepiej płatnymi tłumaczeniami "komercyjnymi".
                          Zwłaszcza natknąwszy się raz i drugi na wydawnictwa, które robią "przetargi" -
                          kto przetłumaczy najtaniej i najszybciej.
                • bumm Re: Nawet sam Polkowski się machnął 23.01.06, 15:02
                  Z tymi ptakami to szerszy problem - pojawia się też w "Tajemniczym ogrodzie". W
                  książce może to przejść niezauważone, ale w filmie głupio wygląda: bohaterka
                  woła "robin, robin!", tłumaczenie: "gilu, gilu", a na gałęzi siedzi ptak
                  ewidentnie nie będący gilem, tylko rudzikiem. Problem chyba w tym, że rudzik w
                  Polsce, choć występuje, nie jest zbyt kojarzony, a co to jest drozd czy gil
                  każdy wie. No a z punktu widzenia tekstu na jedno wychodzi - co najwyżej
                  rysunek czy ekranizacja "kładzie" sprawę. Więc raczej nie uznawałbym tego za
                  błąd tłumacza, tylko ustępstwo na rzecz czytelności.
                  • senseeko Re: Nawet sam Polkowski się machnął 23.01.06, 18:17
                    bumm napisał:

                    > Z tymi ptakami to szerszy problem - pojawia się też w "Tajemniczym ogrodzie".
                    W
                    >
                    > książce może to przejść niezauważone, ale w filmie głupio wygląda: bohaterka
                    > woła "robin, robin!", tłumaczenie: "gilu, gilu", a na gałęzi siedzi ptak
                    > ewidentnie nie będący gilem, tylko rudzikiem. Problem chyba w tym, że rudzik
                    w
                    > Polsce, choć występuje, nie jest zbyt kojarzony, a co to jest drozd czy gil
                    > każdy wie. No a z punktu widzenia tekstu na jedno wychodzi - co najwyżej
                    > rysunek czy ekranizacja "kładzie" sprawę. Więc raczej nie uznawałbym tego za
                    > błąd tłumacza, tylko ustępstwo na rzecz czytelności.

                    Nie wiem, czy każdy wie jak wygląda drozd. Bardziej przyjmuje do wiadomości
                    istnienie ptaka o nazwie "drozd" (bo moze czytał "Zabić drozda" Harper Lee)
                    natomiast bardzo wątpię by potrafił go rozpoznać. Zwłaszcza na gałęzi. Gołebia
                    (choć niekoniecznie wiadomo jakiego), szpaka, wróbla, może kosa - owszem. Gila -
                    w książeczce. Drozda, kwiczoła - dokładnie tak samo jak rudzika.
                    Więc co by szkodziło przetłumaczyć dobrze? Przynajmniej czytelnik by wiedział
                    (ogladając film) jak taki rudzik wygląda. A tak utrwala się ignorancja w
                    narodzie i co się potem dziwić tłumaczowi, że taki sam głąb, a przy tym
                    leniwiec, bo mu się sprawdzić nie chce?
                    • obii Re: Nawet sam Polkowski się machnął 09.02.06, 23:00
                      senseeko napisała:

                      > Nie wiem, czy każdy wie jak wygląda drozd. Bardziej przyjmuje do wiadomości
                      > istnienie ptaka o nazwie "drozd" (bo moze czytał "Zabić drozda" Harper Lee)

                      Notabene u Harper Lee w oryginale też mamy nie drozda, a przedrzeźniacza
                      (mockingbird), ptaka, który w Polsce (ani chyba w ogóle w Europie) nie
                      występuje.
            • obii Re: na szybko z pamięci tylko :-( trzy: 09.02.06, 23:04
              jacek1f napisał:

              > - tekst o Tańczącym z wilkami, a w nim ileś nawiązań do polowania
              na "bawoły",
              > tropienia "bawołów", i pieknego okazu "bawołu" i groźnego "bawołu" na prerii
              > północnoamerykańskiej... (starczyła komenda - zamień bawoła na bizona..)

              Oczywiście lepiej byłoby "bizon", ale... bizony są bawołami. W starszych
              źródłach można się nawet natknąć na nazwę "bawół amerykański".

              Pozdr
              • senseeko Re: na szybko z pamięci tylko :-( trzy: 10.02.06, 21:17
                obii napisał:

                > jacek1f napisał:
                >
                > > - tekst o Tańczącym z wilkami, a w nim ileś nawiązań do polowania
                > na "bawoły",
                > > tropienia "bawołów", i pieknego okazu "bawołu" i groźnego "bawołu" na pre
                > rii
                > > północnoamerykańskiej... (starczyła komenda - zamień bawoła na bizona..)
                >
                > Oczywiście lepiej byłoby "bizon", ale... bizony są bawołami. W starszych
                > źródłach można się nawet natknąć na nazwę "bawół amerykański".

                Jeśli bizony są bawołami to osły są końmi ;)
                pl.wikipedia.org/wiki/Baw%C3%B3%C5%82
                pl.wikipedia.org/wiki/Bizon_%28ssak%29
                pl.wikipedia.org/wiki/Kr%C4%99torogie
                Owszem i bizona i bawołu i krowę zaliczymy do krętorogich, ale jednak jest
                różnica miedzy nimi, nie uważasz? (polecam zwłaszcza ostatni link)
      • 1802l Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 20.01.06, 17:03
        No, a co powiecie na "zamordowaną w Tower księżniczkę" z "Ryszarda III". W
        skondinąd pieknym "przewodniku" po Szekspirze?
        Że sie komuś "princes" pomyliło z "princess" to zniosę, tak samo, że tłumacz
        nie ma pojęcia o dziejach Ryszarda III, ale żeby redaktor tego nie wyłapał?
      • senseeko Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 20.01.06, 18:40
        hajota napisała:

        >"Azyl lunatyków" też spotkałam.

        :)))))))
        A poza tym kwiatki w stylu: "znany
        > feminista Germaine Greer" czy "pisarka angielska Evelyn Waugh" (oba
        autentyczne
        > ).

        Ja w jakimś kryminale tłumaczonym z angielskiego znalazłam scenę, gdy dwaj
        detektywi idą odwiedzić osobnika który okaże się mordercą i tenże jeszcze nie
        domniemany morderca czyta cos i na widok gości próbuje ukryc książkę za plecami.
        Okazało się, ze czytał UWAGA! Nesbita ;)
        Tłumacz, który nie zna klasyki literatury angielskiej? To nie mógł sprawdzić w
        jakiejś encyklopedii zwłaszcza, że ten fakt okazał się byc kluczowy dla
        zdemaskowania go jako mordercy, bo miał on mieć osobowość niedojrzała,
        dziecinną.
        :)
          • millefiori Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 20.01.06, 20:38
            Moje ulubione przekladance:
            z angielskiego - "wiktorianska oranzeria z lanego zelaza", a z francuskiego -
            opis buduaru z czasow II Cesarstwa, ktorego sciany wylozone byly damascenkami
            (w oryginale nie chodzilo o szable, tylko o adamaszkowe obicia) oraz pani w
            odwiecznych bigudkach (papilotach) na glowie. O, zapomnialabym: jeszcze sw Jan
            Chrzciciel, wystepujacy jako 2 osoby w przekladzie dziela o sztuce
            bizantyjskiej: raz jako Jan Chrzciciel, raz jako Jan Baptysta.
            • senseeko Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 20.01.06, 20:43
              millefiori napisała:

              > O, zapomnialabym: jeszcze sw Jan
              > Chrzciciel, wystepujacy jako 2 osoby w przekladzie dziela o sztuce
              > bizantyjskiej: raz jako Jan Chrzciciel, raz jako Jan Baptysta.

              No to jak się to tłumaczowi pomyliło? Chyba, że tłumaczyło dwóch, podzielili
              tekst na kawałki, potem złożyli do kupy nawet nie konsultując?
              • millefiori Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 20.01.06, 20:49
                > millefiori napisała:
                >
                > > O, zapomnialabym: jeszcze sw Jan
                > > Chrzciciel, wystepujacy jako 2 osoby w przekladzie dziela o sztuce
                > > bizantyjskiej: raz jako Jan Chrzciciel, raz jako Jan Baptysta.
                >
                > No to jak się to tłumaczowi pomyliło? Chyba, że tłumaczyło dwóch, podzielili
                > tekst na kawałki, potem złożyli do kupy nawet nie konsultując?

                Tlumacz byl w wymieniony w jednej osobie;).
                Nawet, jesli najal murzynow do odrobienia pracy, to nie sprawdzil gotowego
                tekstu, a i redaktor spal smacznie w trakcie czytania.
          • senseeko Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 20.01.06, 20:41
            1802l napisała:

            > A czy to nie jest przypadkiem "ABC" Agaty Christie? A ksiązka to "kolejowe
            > dzieci" Edith Nesbit...

            To może być Christie, bo w gruncie rzeczy poza Christie nie czytam wielu innych
            autorów kryminałow, ale jak na Christie, to książka pamietam, że wydała mi się
            zbyt prosta. Raczej na pewno nie był podany tytuł, a wyłacznie autor książki
            czytanej przez mordercę i na podstawie tego (kto wie, czy nie Herkules Piorot)
            wysnuł wniosek, ze pasuje mu do wizerunku mordrcy, bo szukał człowieka o
            infantylnej osobowości.
            Jakaś taka naciągana była fabuła, przynajmniej takie wrażenie mi pozostało. A z
            reguły po książkach Christie mam wrażenie miłej łamigłowki. Muszę w takim razie
            wypożyczyc ABC i sprawdzić czy to to, czy jednak inna książka.
            • karolina_29 jeszcze raz Narnia 07.02.06, 20:28
              Znalazłam w polskim przekładzie "Księcia Kaspiana":
              "równie dobrze mogę zginąć polując na dzikie gęsi, jak tutaj"
              (on a wild goose chase)
              Aż mnie skręciło, chociaż poza tym bardzo mi się podoba tłumaczenie
              p.Polkowskiego.
              :-(
                  • hajota Re: jeszcze raz Narnia 07.02.06, 21:38
                    Osoba, która przysłała to kiedyś na pl.rec.ksiazki, podawała nawet numer strony,
                    ale było to dawno, więc nie zapamiętałam.
                    Jedna z koleżanek tu obecnych wyłowiła cudny kwiatek w powieści wydanej nie tak
                    dawno przez Świat Książki: "miała oczy jak kwiat kukurydzy" (cornflower!!!).
                    • magabo Re: jeszcze raz Narnia 29.05.06, 23:36
                      Witam,
                      czytam to forum od dawna, ale do tej pory tu nie pisałam. Dzisiaj przeczytałam
                      ten wątek i coś mnie tknęło. Często redaguję książki dla ŚK i w jednej z nich
                      natknęłam się m.in. na pozostawione przez tłumacza "oczy jak kwiaty kukurydzy".
                      Oczywiście, zmieniłam je na chabrowe (albo niebieskie, nie pamiętam). Jednak
                      wcale nie dam głowy za to, która wersja ukazała sie w druku. Otóż z tego
                      wydawnictwa dostaję książki jedynie na papierze (bez formy elektronicznej) i
                      dokonuję redakcji długopisem. Czasami książka wraca do mnie do tzw. korekty
                      redakcyjnej. Mam wtedy m.in. sprawdzić, czy wszystkie moje poprawki zostały
                      naniesione. Przy jednej z książek okazało się, że większość moich zmian
                      redakcyjnych nie została wprowadzona (podobno osobie nanoszącej poprawki coś
                      nie tak się wcisnęło[!]). Rzecz jasna, kreśliłam je po raz wtóry, ale
                      ostatecznej wersji książki nigdy już nie dostaję do wglądu. Ponieważ w ŚK
                      redaktor nie dostaje egzemplarza gratisowego, a moje upodobania czytelnicze nie
                      zawsze sie zgadzają z moją pracą, więc niektórych książek po redakcji moje oczy
                      (bynajmniej nie jak kwiaty kukurydzy) już nie widzą. Nie wiem, czy ta kalka
                      została właśnie w "mojej" książce... ale i tak mi głupio, bo - na dobrą sprawę -
                      w takiej sytuacji nie wiem, co firmuję własnym nazwiskiem :-(((
                      Kwiatki najczęściej pozostawiane przez tłumaczy to
                      istotnie "lunatycy", "garaże", "patetyczności", ale natknęłam sie także na
                      bardziej urokliwe, jak: "czuła gorąc sięgającą jej aż pod sam skalp", "cienie
                      podków pod oczyma", "sfatygowany wiekiem stół", "Ubranie wisiało na nim równie
                      gładko jak jego uśmiech", "czy leciałeś kiedyś na tasaku?", "Miała wyśmienitą
                      prezencję, osobowość sceniczną i styl śpiewania, usiłujący połączyć Edith Piaf
                      z dzikim nowym Amerykaninem Janisem Joplin’em", "pozostawał na łasce jakiegoś
                      kadeta z kosmosu przy klawiaturze".
                      Pozdrawiam
                      :-)))
                      • yanga Re: Magabo 30.05.06, 12:05
                        To ja znalazłam ów "kwiat kukurydzy" - w książce Carson McCullers "Czas
                        miłości". Kupiłam ją niebacznie, skuszona nazwiskiem autorki ("Ptaki
                        ciernistych krzewów"). Nie mogę sprawdzić, kto ją redagował, gdyż usunęłam ją z
                        biblioteki zaraz po przeczytaniu. Nie po raz pierwszy łapię Świat Książki na
                        tego typu wpadkach, ale do tej akurat książki mam też pretensję o
                        pretensjonalny, z palca wyssany tytuł (w oryginale "The Touch" - logiczny,
                        odpowiadający treści). Tak, wiem: tytuł zapewne i w Świecie Książki nadaje
                        dział marketingu, ale to nie znaczy, że mam się z tym zgodzić. Poza tym dziwi
                        mnie narzekanie na tłumaczy, gdyż kogo jak kogo, ale akurat ŚK stać na
                        współpracę z tymi najlepszymi. Być może jednak szanujący się tłumacze nie mogą
                        się pogodzić z uporczywym pomijaniem ich nazwiska w biuletynach Świata Książki?
                        Redaktorom, których wymanewrowano tak jak Ciebie, Magabo, też się dziwię: gdyby
                        mnie spotkało coś takiego, byłaby to ostatnia książka, jaką dla nich
                        zredagowałam, gdyż - jak słusznie zauważyłaś - firmujesz ją własnym nazwiskiem.
                        • magabo Re: Magabo 30.05.06, 12:41
                          yanga napisała:

                          > To ja znalazłam ów "kwiat kukurydzy" - w książce Carson McCullers "Czas
                          > miłości".

                          Ponieważ w momencie redagowania książki zazwyczaj nie ma ona jeszcze nadanego
                          tytułu ostatecznego, więc nie wiem, czy to "moja" książka, ale przecież nie w
                          tym rzecz. Ja wiem, że w "swojej" pozycji tę kalkę językową wyrzuciłam.

                          >Tak, wiem: tytuł zapewne i w Świecie Książki nadaje
                          > dział marketingu, ale to nie znaczy, że mam się z tym zgodzić.

                          Oczywiście, że nie musisz się godzić z tym, natomiast w ŚK także redaktor nie
                          ma wielkiego wpływu na tytuł.

                          > Poza tym dziwi
                          > mnie narzekanie na tłumaczy, gdyż kogo jak kogo, ale akurat ŚK stać na
                          > współpracę z tymi najlepszymi.

                          Ale dziwi Cie _moje_ narzekanie? Nie narzekałam, tylko podałam
                          kilka "smacznych" przykładów. Nie jestem etatowym pracownikiem ŚK, więc nie mam
                          żadnego wpływu na dobór lepszych lub gorszych tłumaczy, choć zgadzam się, że ŚK
                          jest bogatym wydawnictwem. Czasami, gdy pokazywałam takie fragmenty tłumaczeń
                          spotykałam się ze zdziwieniem: "A przecież to taki(a) dobry tłumacz(ka)...".

                          > Redaktorom, których wymanewrowano tak jak Ciebie, Magabo, też się dziwię:
                          gdyby mnie spotkało coś takiego, byłaby to ostatnia książka, jaką dla nich
                          > zredagowałam, gdyż - jak słusznie zauważyłaś - firmujesz ją własnym
                          nazwiskiem.

                          A mnie dziwi Twoje zdziwienie ;-) Przecież napisałam, że dopiero wczoraj
                          natknęłam sie w tym wątku na nieszczęsne pozostawione w wersji ostatecznej,
                          oczy "koloru kwiatów kukyurydzy". Opisałam także całą sytuację, chociaż nadal
                          nie wiem, czy ta wpadka dotyczyła książki redagowanej przeze mnie. Owszem, gdy
                          zauważyłam przy korekcie redakcyjnej, że moje zmiany w większości nie zostały
                          wprowadzone, zareagowałam ostro i naniosłam je powtórnie. Ale chyba żaden
                          redaktor w ŚK (i nie tylko) nie ma możliwości "pilotowania" swojej książki aż
                          do momentu druku. Taką szansę ma raczej tłumacz i redaktor prowadzący ze ŚK. Po
                          tamtej feralnej książce, żadna inna, którą dostałam do korekty redakcyjnej, nie
                          była tak niechlujnie potraktowana przez osobę wprowadzającą zmiany do wersji
                          elektronicznej.
                          Pozdrawiam
                      • hajota Re: jeszcze raz Narnia 30.05.06, 14:08
                        Ja krótko w "tym temacie". Z własnego doświadczenia (tłumacz) i z rozmów ze
                        znajomymi redaktorkami wiem, że nietóre wydawnictwa, nawet (a może
                        szczególnie...) te, które stać na najlepszą kadrę, narzucają i tłumaczom, i
                        redaktorom stachanowskie tempo. To po prostu jakiś obłęd i nie ma szans, żeby
                        dało się wyłapać wszystkie błędy, jeśli wymaga się od redaktora, żeby zredagował
                        70 stron z dnia na dzień (zasłyszane od koleżanki tłumaczącej dla ŚK).

                        Ale... Pewnie wyjdę na wredną sukę, lecz uważam, że tłumacz, któremu nie
                        zadzwonił w głowie dzwonek alarmowy przy tych nieszczęsnych "oczach jak kwiat
                        kukurydzy" powinien czym prędzej zmienić zawód. Bo w tym fachu chwalenie się, że
                        "tłumacząc powieść ani razu nie zaglądam do słownika" (też autentyczne)
                        świadczy, przepraszam, o debilizmie, a nie o kompetencji. Tłumacz ma być
                        podejrzliwy i czujny jak czekista!
                        • yanga Re: jeszcze raz Narnia 30.05.06, 14:50
                          No właśnie. Przepraszam, Magabo, nie chciałam naskakiwać na Ciebie osobiście.
                          Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego wydawnictwo, które ma takie możliwości
                          finansowe, nie wykorzystuje ich do podnoszenia poziomu wydawanych książek.
                          Dlaczego tłumacz, który popełni dyskwalifikujący go błąd, dostaje następne
                          zlecenie? Przy stawkach ŚK mogliby chyba przebierać w tłumaczach jak w
                          ulęgałkach.
                          • magabo Re: jeszcze raz Narnia 30.05.06, 18:27
                            yanga napisała:

                            > No właśnie. Przepraszam, Magabo, nie chciałam naskakiwać na Ciebie osobiście.

                            Nie ma za co przepraszać :-))) Nie odebrałam Twoich słów jako atak personalnie
                            na mnie, tylko jako pewnego rodzaju nieporozumienie.

                            > Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego wydawnictwo, które ma takie możliwości
                            > finansowe, nie wykorzystuje ich do podnoszenia poziomu wydawanych książek.
                            > Dlaczego tłumacz, który popełni dyskwalifikujący go błąd, dostaje następne
                            > zlecenie?

                            Nie mam pojęcia, ale spotykałam się z takimi sytuacjami w różnych
                            wydawnictwach. I im większe wydawnictwo, tym częściej się zdarza, że tłumacz,
                            który sadzi takie kwiatki nagminnie (bo incydentalnie, wiadomo, może się
                            zdarzyć każdemu, zwłaszcza gdy terminy gonią niemiłosiernie), dostaje kolejne
                            zlecenie. Wydaje mi się, że czasami działa tu zasada "krewnych i znajomych
                            Królika". Nie szuka się naprawdę dobrych tłumaczy, ale zatrudnia się ciocię
                            Jadzię, bo przyda jej się trochę grosza, a język przecież zna... albo daje się
                            tłumaczenie znajomemu znajomego, który go polecił. No, a poza tym po tłumaczu
                            jest jeszcze redaktor, korektor... Daleka jestem od uogólniania, ale czasem z
                            mam do czynienia z tak nierzetelnymi tłumaczeniami, że wnioski - siłą rzeczy -
                            nasuwają się same.

                            >Przy stawkach ŚK mogliby chyba przebierać w tłumaczach jak w
                            > ulęgałkach.

                            Tak, tyle że uznani tłumacze są z reguły zawaleni pracą i nie mają "mocy
                            przerobowych", aby się podejmować zleceń na wczoraj.
                            Pozdrawiam
              • dysgrafia wybaczcie ignorantce... 08.02.06, 21:49
                ...ale jak to nalezało prawidłowo przetłumaczyć?

                karolina_29 napisała:

                > Znalazłam w polskim przekładzie "Księcia Kaspiana":
                > "równie dobrze mogę zginąć polując na dzikie gęsi, jak tutaj"
                > (on a wild goose chase)
                > Aż mnie skręciło, chociaż poza tym bardzo mi się podoba tłumaczenie
                > p.Polkowskiego.
                > :-(
                • 1802l Re: wybaczcie ignorantce... 09.02.06, 18:40
                  dysgrafia napisała:

                  > ...ale jak to nalezało prawidłowo przetłumaczyć?
                  No właśnie - jak?
                  "wild goose chase" -daremny trud,; to go on a wild goose chase - porwac się z
                  motyka na słońce, gonić za chimerami, trudzić sie na próżno

                  I jak to zachować grę słów?
                  • karolina_29 Re: wybaczcie ignorantce... 09.02.06, 21:47
                    No, chyba gra słów tam nie była potrzebna, chodziło po prostu o to, że bohater
                    podjął się wykonania zadania, które jego zdaniem nie miało sensu. Skoro jednak
                    zostało postanowione, że ktoś je musi wykonać, a nikt się jakoś nie kwapił,
                    dzielny Karzeł Zuchon zgłosił się na ochotnika. np: "Nie ma znaczenia, czy
                    zginę w pogoni za wiatrem, czy tutaj"?
    • senseeko Gazy szklarniowe 10.02.06, 21:22
      Taki termin znalazłam w podręczniku. Chodzi o gazy powodujące efekt
      cieplarniany. Spotkał się ktoś? Jakoś mi te "gazy szklarniowe" nie pasują. Gazy
      cieplarniane to jeszcze, ale to...
        • millefiori Re: Gazy szklarniowe 12.02.06, 15:36
          Nazwe te stosuje sie wymiennie z nazwa "gazy cieplarniane". Jak slusznie
          zauwazyl Lisekrudy, czy beda to gazy cieplarniane czy szklarniowe, daja one ten
          sam efekt - cieplarniany badz szklarniowy.
          Piec lat temu tez mialam powazne watpliwosci co do poprawnosci tego terminu
          (byc moze mowimy nawet o tym samym podreczniku:)), ale sily fachowe je rozwialy.
      • teano_laura Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 16.02.06, 13:10
        zzja napisał:

        > o ile dobrze pamietam, ktorys Terry Pratchett z serii Swiat Dysku, oryg. "hair
        > of the dog which bit you", w pl: "wlosy z psa ktory cie ugryzl". Nb.
        identyczne
        > tlumaczenie w ktoryms z westernow w TVP, nie wiem czy nie "W samo poludnie",
        al
        > e
        > glowy nie dam.
        >
        > ;-)

        Rozumiem, że to jakis idiom, a co oznacza? Oświećcie, bo przyda się to nie
        tylko mnie, ale i potencjalnym tłumaczom
    • mrowkojad2 Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 08.06.06, 15:59
      Ja pracuję w wydawnictwie branżowym (medycznym)i często mam do czynienia z
      błędami typu: U pacjenta przeprowadzono rewizję (revision to powtórna opracja),
      co z miejsca kojarzy mi się z UB i czasami komuny, albo że badanie było
      prowokujące (provocative oznacza również skłaniające do myślenia), a już
      szczytem wszystkiego był efekt śmiertelny zamiast po prostu zgon.
    • yanga Re: Magabo, jesteś tam? 16.09.06, 12:08
      Uprzejmie donoszę, że ta od kwiatka kukurydzy przetłumaczyła dla ŚK następną
      sążnistą powieść: "Szafranowe niebo". Mało brakowało, a bym kupiła, bo bardzo
      zachwalali, ale na szczęście zawsze kupuję w księgarni - właśnie po to, żeby
      sprawdzić tłumacza.
    • zoe125 Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 18.12.06, 15:56
      A ja pamiętam, jak w którejś części Harry Pottera, chyba w 2-giej, natknęłam
      sie na informację, że uczniowie szli w szyku, który Ron nazywał "krokodylim".
      Zgłupialam lekko, bo o takim szyku nie słyszałam, więc sięgnęłam po oryginał.
      Biore i czytam "crocodile fashion" (nie było wspominki, że to Ron cos nazwał to
      krokodylim szykiem). I wtedy mnie olsniło - dzieciaki szły GĘSIEGO!!! Ale że
      tłumacz nie wiedział, co po polsku znaczy "krokodyli szyk", wymyślił sobie
      Rona, który z kolei wymyslił taką nazwę. Żałosne...
      • minerva_mcgonagall krokodyle gęsi i swój szyk nie mają :) 31.05.07, 23:19
        zoe125 napisała:

        > A ja pamiętam, jak w którejś części Harry Pottera, chyba w 2-giej, natknęłam
        > sie na informację, że uczniowie szli w szyku, który Ron nazywał "krokodylim".
        /...? Ale że
        > tłumacz nie wiedział, co po polsku znaczy "krokodyli szyk", wymyślił sobie
        > Rona, który z kolei wymyslił taką nazwę. Żałosne...

        No wiesz, Polkowski jest archeologiem bodajże, więc może mu wybaczmy. Załóżmy,
        że tłumaczył w pospiechu i miał zaćmienie. Bo jednak to "gęsiego" narzuca się
        dość szybko, jeśli tylko człowiek się zastanowi.
        Ale fakt, że lepiej było sprawdzić, niż dopisywać coś za Rowling.
    • minerva_mcgonagall Mekka tłumaczy? 31.05.07, 22:26
      Ostatnio wpadła mi w ręce wydana przez Oficynę Graf w 1991 roku, książka
      L.M.Montgomery p.t. "Czarodziejski świat Marigold"
      I cóż ja czytam na stronie 219?
      "Niewzruszony obyczaj Świerkowego Obłoku nakazywał, żeby w spiżarni zawsze było
      świeże ciasto, na wypadek gdyby niespodziewani goście zjawili się na
      podwieczorku (...) W Europie mogły powstawać i upadać królestwa - głód mógł
      szaleć w Indiach, a rewolucja w Chinach; liberałowie, konserwatyści,
      republikanie i demokraci mogli ponosić klęski, lecz tak długo jak słój na
      biszkopty i pudełko na ciastka były pełne, w Gileadzie* nie brakowało balsamu."

      Jak zauważyliście przy Gileadzie jest gwiazdka. Patrzę więc na przypis i cóż
      widzę? (cytuję po literkach)

      Gilead - Mekka


      Czy ktoś mi łaskawie wyjaśni co tłumaczka miała na myśli?

      (zaznaczam, ze wiem gdzie leży Gilead i gdzie leży Mekka. Na oko są od siebie
      oddalone o jakieś 1000km)
      • hajota Re: Mekka tłumaczy? 31.05.07, 22:47
        Ha! Chyba wiem, co tłumaczka miała na myśli. Tłumaczka zajrzała do słownika
        Stanisławskiego, gdzie stoi: balm of Gilead - balsam Mekka. Tłumaczce (i
        redakcji) obca jest znajomość Biblii, nie mówiąc o literackich skojarzeniach
        ("Kruk" Poego - "zali jest w Gilead balsam?"). No ręce opadają i cała reszta.
        • minerva_mcgonagall Re: Mekka tłumaczy? 31.05.07, 23:14
          > Tłumaczce (i
          > redakcji) obca jest znajomość Biblii, nie mówiąc o literackich skojarzeniach
          > ("Kruk" Poego - "zali jest w Gilead balsam?"). No ręce opadają i cała reszta.

          Ale wychodzi na to, że i Stanisławskiemu jest (była?) obca? No chyba, że jest
          jeszcze jakiś niuans językowy, którego nie łapię? Bo skąd Stanisławskiemu ten
          balsam Mekka wyszedł?

          Inna rzecz, że w niektórych słownikach są naprawdę przedziwne błędy, że już nie
          wspomnę o mieszaniu nazw zwierząt czy roślin, bo tłumaczowi nie chciało się
          sprawdzać czy to była powiedzmy brzoza czy jarzębina. I potem się powiela.
          W tej chwili nie pamiętam, ale jak kiedyś natrafię, to się podzielę. Czasem to
          nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.
          • minerva_mcgonagall Re: Mekka tłumaczy? 05.06.07, 19:20
            thornhill napisał:

            > Zaraz, zaraz, ale skąd pewność, że autorką tego przypisu jest tłumaczka? Może
            > ona niewinna? Czy w książce znajduje się informacja, że to przypis tłumacza?

            Nie ma żadnych informacji o autorstwie przypisów, przejrzałam książkę dokładnie.
            Więc masz rację, może to być też redaktor/ka

            Przypisów jest kilka, ale pomyślałam, ze to od tłumacza bo np był taki:
            Hell - ang. piekło.

            Albo coś takiego:
            tekst książki brzmi tak:
            "We wszystkim, co mówiła igrał jakiś przebłysk złośliwości godny Pucka*."

            i przypis:
            *Puck - chochlik

            Myślisz, że to raczej swobodna twórczość redaktora, a nie tłumacza?

            Swoją drogą ja jestem przyzwyczajona raczej do Puka, nie Pucka.
    • nomina Re: Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang) 03.06.07, 23:05
      A mnie najbardziej irytuje tłumaczenie "exclusive" w kontekście wywiadu jako
      ekskluzywny :/ zamiast "wyłączny/na wyłączność".

      Świat Książki zaś w książce Maślanki puścił tyle błędów, że nie sposób wszystkie
      zacytować. Aczkolwiek przy "tylnich drzwiach" wymiękłam...
      • lisekrudy Kontrolować ekskluzywną technologię! 04.06.07, 11:02
        A mnie w ogole do bialej goraczki doprowadzaja wszelkie nieuzasadnione
        anglicyzmy i bezmyslne kalki z angielskiego, dowodzace, ze piszacy nie zna
        porzadnie ani angielskiego, ani polskiego. Pelno ich zwlaszcza w prasie. Np.
        kilka dni temu w jakims tekscie w Wyborczej natrafilem na sformulowanie "nazwa
        kodowa" zamiast: kryptonim (ewidentna kalka z "code name"). Wkurza mnie
        ogromnie wszechobecne "kontrolowac" zamiast "panowac nad czyms",
        czy "technologia" zamiast "technika".

        Lisek - zwykly czytelnik
        • jottka nieno 04.06.07, 21:52
          i czemu wszyscy (bo na forumksiążki też) się tych nieszczęsnych kalek czepiają -
          fakt, brzmi cokolwiek dwuznacznie, ale to jak najbardziej dozwolona oboczność

          linka do słownika pewuenu nie zamieszczę, bo sie skomercjalizował, ale można
          sprawdzić w dostępnych źródłach
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka