Dodaj do ulubionych

Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 2

24.05.07, 14:39
Tutaj dyskutujemy nad twórczością odważnych autorek i autorów :)
Obserwuj wątek
    • agalilla Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 25.05.07, 18:16
      sluchaj problem jest w tym,ze tu znowu nie pojawia sie opcja "rozpocznij nowy
      watek".mozna tylko odpowiedziec i dodac do ulubionych.
      • skajstop Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 25.05.07, 20:22
        Litości~! Po prostu wrzucisz posta ze swoim tekstem. Nowe wątki rozxpoczyna się
        na głównej stronie forum, ale właśnie tego należy unikać, bo jak każdy nowy
        autor czy autorka otworzą sobie wątek dla własnego tekstu, inne tematy znikną :)

        Bez obaw, w jednym wątku można to pomieścić, od tego jest drzewko przecież.
        • agalilla Kolacja. cz.I prosze o komentarze. 26.05.07, 15:40
          To był wieczór jak każdy inny. Niebo wyglądało całkiem zwyczajnie, nie
          było zalane różowością co by dech w piersiach zaparła, chmur nie było wcale,
          powietrze pachniało jak powietrze, ptaki śpiewały jak to ptaki, krótko mówiąc:
          jeszcze jeden taki wieczór jak wczoraj, tydzień temu, za miesiąc i za rok.
          Szłam sobie spokojnie parkową drogą między upszczonymi ptasim łajnem ławkami i
          w sumie nic mnie nie obchodziło, poza pistacjowym domem przy ulicy tuż za
          ogrodzeniem ( co za kolor! ) i natrętnie brzęczącymi trzmielami, które nie
          myślały mnie na swojej drodze ominąć, a z przyczyny których wydawałam z siebie
          raz po raz prymitywne wrzaski. Jak zwykle skręciłam w uboczną alejkę, która
          kończyła się ślepo i nie była tak uczęszczana jak pozostałe części parku, który
          późnym wieczorem był jeszcze pełny spacerowiczów. W alejce tej stała „moja”
          ławka.Moja, bo ją sobie już kilka tygodni temu upatrzyłam, jako jedną z
          niewielu, które nie stały pod drzewami i tak od białych placków cudownie
          ocalały.Odkryłam ją jakieś dwa miesiące temu, kiedy to postanowiłam przejść na
          dietę. Dieta miała być cud, więc sobie twardo postanowiłam nie jeść nic po
          obiedzie.Wytrzymałam nawet dwa dni, ale trzeciego już miałam kryzys, więc sobie
          obmyśliłam, że będę jeszcze jeść coś małego po pracy, a żeby zagłuszyć wyrzuty
          sumienia, będę to coś jeść w parku. Świeże powietrze plus ruch, myślałam sobie,
          to się z moją dietą nie kłóci, mniejsza o to, że park mam pod nosem, zawsze to
          więcej ruchu niż droga od kanapy do lodówki. I tak co wieczór przesiadywałam
          sobie na mojej czyściutkiej ławeczce, żując pół godziny kajzerkę z serem i
          udając, że to rarytas nie z tej ziemi.
          Już miałam siadać, już otworzyłam torebkę żeby sięgnąć po bułkę, jak usłyszałam
          głosy tuż za sobą. Ani się nie obejrzałam, jakaś para rozanielonych nastolatków
          rozsiadła się na mojej ławce. On siedział już bardziej na niej niż na ławce,
          ona wpatrywała się w niego z miną skrzywdzonego jamnika, po czym
          bezceremonialnie zaczęli się całować. Stałam tam jeszcze chwilę, oburzona tą
          bezczelnością ( moja ławka! ), aż zakochana para zaczęła wydawać takie odgłosy,
          że by mi ochota na mój rarytas pewnie zaraz przeszła, więc ruszyłam z powrotem
          w alejkę. Przeszłam kawałek wypatrując jakiegoś innego miejsca i zrezygnowana
          miałam już iść do domu, kiedy zwróciłam uwagę na wąską dróżkę po drugiej
          stronie stawu, przy którym teraz stałam, tuż obok ogrodu botanicznego. To
          mogłaby być jakaś możliwość, byle w miarę czysto i trochę dalej od ludzi, bo
          nie lubię, jak mi się każdy patrzy na moją bułkę, jakby ją sam chciał zjeść.
          Obeszłam staw, mijając staruszkę z papierową torebką, z której rzucała okruchy
          chleba dla kaczek. Babcia miała okulary grube jak słoiki i rzucała wszystko na
          betonową płytę jakieś dwadzieścia centymetrów ponad wodą. Kaczki kręciły się
          nerwowo nie mogąc dosięgnąć do betonu, aż mi się ich żal zrobiło, a babcia,
          nieświadoma swego błędu, uśmiechała się dobrodusznie powtarzając raz po
          raz „cip, cip, dla ciebie też mam, cip, cip, cip...”
          Nowo odkryta droga przylegała do zamkniętego już o tej porze ogrodu
          botanicznego i zdawała mi się strasznie długa, w każdym razie nie było widać,
          co jest na jej drugim końcu, co mogło też wynikać z tego, że otoczona była
          ciasną ścianą drzew i krzewów, które sprawiały, że zdawała się jeszcze bardziej
          wąska niż z daleka i jakoś dziwnie nieprzyjemna. Nie uszłam daleko jak
          natrafiłam na całkiem nawet czystą ławkę i wzięłam się wreszcie za moją bułkę.
          Minęło mnie kilku spacerowiczów, rowerzystka i pani z wózeczkiem, widocznie ta
          zaciemniona alejka nie zdawała się innym tak nieprzyjemna jak mi. Generalnie
          byłam jeszcze dość podirytowana całą tą sytuacją, nie lubię zmian, ciężko mi
          się w życiu do nowych rzeczy przyzwyczaić i ubolewałam sobie jeszcze nad stratą
          mojej ławki, kiedy poczułam jakiś fetor przychodzący falami, raz silniejszy,
          raz słabszy, raz znikał całkiem. Rozejrzałam sie wokoło, obok mnie stał kosz na
          śmieci, ale nie był nawet do połowy pełny, za mną rosły gęste krzaki tuż przy
          parkanie ogrodu, a pod nimi leżały gdzieniegdzie kawałki papieru toaletowego.
          To mi już było za wiele. Widocznie nie było mi tego wieczoru pisane, zjeść
          spokojnie moją bułkę, którą zresztą już prawie skończyłam. Resztkę wrzuciłam do
          kosza i chciałam czym prędzej opuścić to miejsce, które niewychowanym ludziom,
          jak myślałam, służyło za bezpłatną toaletę publiczną, kiedy coś mnie zmusiło z
          powrotem usiąść. „Coś” było moją odwieczną udręką, dokładniej mówiąc od
          dwunastego roku życia, kiedy to nawiedziło mnie przewlekłe zapalenie pęcherza.
          Od tamtej pory, pęcherz mój zacny, robił co mu się podobało, a najczęściej
          domagał się w najmniej odpowiednich momentach i miejscach. Wstałam znowu,
          próbując sobie wmówić, że dam radę, zrobiłam dwa kroki i padłam z powrotem na
          ławkę. Rozejrzałam się po drodze – jak okiem rzucić nikogo nie widać, zresztą
          zrobiło się już znacznie ciemniej, tak, że pewnie większość parkowych amatorów
          poszła już do domu. Próbując dobrnąć w krzaki z nieludzko ściśniętymi nogami,
          omijałam kawałki papieru, myśląc o tym, jak się dopiero co wkurzałam, że ludzie
          robią w parku. Na ironię losu najbardziej w tej chwili brakowało mi właśnie
          papieru. Inni bywalcy parku widocznie są bardziej przezorni, ja w każdym razie
          nie noszę przy sobie całych rolek „na wszelki wypadek”. Machając szlachetną
          częścią ciała na lewo i prawo ( Boże, czemuś mnie nie uczynił facetem), czułam
          jak mnie ogarnia ulga nieopisana i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że fetor
          się nasilił. Nie, on się nie tylko nasilił, on już był nie do wytrzymania. Nie
          potrafiąc go zidentyfikować, zakryłam twarz i zgięta w pół ogarniałam się od
          gałęzi i wtedy zobaczyłam to, czego nigdy w życiu bym widzieć nie chciała.
          Odrzuciło mnie do tyłu tak, że leżałam praktycznie na krzaku i chcąc wydusić z
          siebie krzyk przerażenia, łapałam pospiesznie oddech, nie mogąc się opanować.
          Żeby chociaż jakieś cienkie „ratunku”, a tu nic, totalna panika, tylko ja i
          krzak i ten facet dwa metry ode mnie. Skąd od razu wiedziałam, że to mężczyzna
          nie wiem, bo był już w stanie tak dalekiego rozkładu, że niewiele można było
          rozpoznać.
          Wyczołgałam się dosłownie z powrotem na drogę. Od strony stawu jechał wprost na
          mnie młody chłopak na rowerze. Szarpnęłam go za ramię, aż stracił równowagę i
          wymachując rękami wskazywałam na krzaki, na co on spojrzał na mnie jak na
          wariatkę. Próbowałam coś powiedzieć, ale zdołałam wydusić z siebie tylko dzikie
          jęki. W końcu chłopak chyba pojął o co chodzi, bo ruszył powoli w krzaki
          oglądając się na mnie niepewnie, po czym wypadł z nich jak z procy i
          zwymiotował obok kosza. Stojąc na drętwych nogach dziękowałam całym niebiosom,
          że chociaż już nie jestem sama z tym trupem. Chłopak wytarł buzię i rzucił się
          jak opętany do roweru i zanim się obejrzałam już go nie było.
          W alejce było już prawie zupełnie ciemno i rozpacz czarna mnie ogarnęła, bo do
          najodważniejszych nie należę, sama po ciemku z trupem – to nie na moje nerwy.
          Zaczęłam biec przed siebie, byle dalej, byle do ludzi, żywych przynajmniej, ale
          park był już opustoszały. Zatrzymałam się dopiero za bramą, przy ulicy z
          pistacjowym domem. Dopiero teraz, będąc już poza parkiem, chwyciłam do torebki
          po komórkę. W życiu jeszcze na policję nie dzwoniłam i jak na złość nie mogłam
          sobie przypomnieć numeru. 777, 888, 999 ? Wybrałam pierwszy, który wydawał mi
          się najbardziej prawdopodobny:
          -Komenda Straży Pożarnej, słucham?
          - O.... ja chciałam na policję.... bo tu trup leży... może pan kogoś przysłać?
          - Tu nie policja, tylko straż pożarna, co za trup?
          - Trup w krzakach, może mnie pan połączyć z policją?
          - A pali się tam?
          - Nie.... nie pali się nic... ale...
          - To niech mi pani głowy nie zawraca.
          Strażak odłożył słuchawkę i znowu zostałam s
          • agalilla Re: Kolacja. cz.I prosze o komentarze. 26.05.07, 15:42
            Strazak odlozyl sluchawke i znowu zostalam sama.

            (znowu mi kawalek ucielo.....)
          • mefista7 Re: Kolacja. cz.I prosze o komentarze. 27.05.07, 10:03
            Pierwsze, co mi się nasunęło na myśl to twórczość Joanny Chmielewskiej.
            Nie zdobędę się na ocenę bo byłaby ona nieobiektywna, jako że ten styl pisania
            nie za bardzo do mnie trafia, a już zwłaszcza w powieściach z kryminalnym wątkiem.
            Skoro jednak dobrnęłam do samego końca fragmentu to znaczy, że mnie zaciekawił.
            Pozdrawiam.
            • dlania Re: Kolacja. cz.I prosze o komentarze. 27.05.07, 12:24
              A ja nie dotarłam do końca. Bogactwo błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i
              gramatycznych mnie rozpraszało zanadto.
              Chętnie przeczytam, ale jak je poprawisz.
              • dobrotka06 Re:Taka mała próba 10.07.07, 14:58
                Zasadniczo praca w urzędzie była pracą w urzędzie. Bywały dni, kiedy nikt z
                nikim nie gadał bo ilość roboty sprzyjała dietom głodowym (z braku czasu) a nie
                życiu towarzyskiemu. Bywało też odwrotnie.... Życie towarzyskie nieco
                rozkwitło, kiedy urzędowi zmienił się właściciel. Doszło również więcej tematów
                do obgadania bo kontakty z „wyższymi” urzędnikami dostarczały niewątpliwych
                emocji. Ilość nieporozumień wzrastała w postępie geometrycznym, ilość krążących
                papierów również i wyglądało na to, że dnia któregoś pięknego w ogóle
                przestanie nas być widać spod ich sterty. Po moim osobistym biurku przewalały
                się dosłownie tony wydruków i kartek z niezbyt sensowną zawartością. Podobnie
                zresztą było na pozostałych biurkach, półkach i szafach. I pewnie tak by
                zostało jakiś czas jeszcze gdyby nie jedno wydarzenie...
                Próbowałam właśnie uporządkować wydruki związane z księgowym zamknięciem roku.
                Dookoła mnie i mojego biurka urastały sterty papierów z różnym przeznaczeniem
                oraz całe tłumy grubaśnych segregatorów. Poszukiwałam właśnie części
                sprawozdania finansowego w jednej z odstraszających stert pod biurkiem kiedy
                zza mebla dobiegł mnie stłumiony jęk i łomot.
                • dobrotka06 Re:Taka mała próba 10.07.07, 15:12
                  - Ooo....Jaa......uuuuuu
                  Pod listwą ograniczającą moje biurko zamajaczyły mi pięty Olki.
                  - Hej, co jest? – oderwałam się od moich zajmujących poszukiwań...
                  - Cholera!
                  - Ale co?!!
                  - No wiesz, coś mi się zwaliło na głowę...
                  - Iiii... To całkiem normalne. Wszyscy mamy coś na głowie....
                  - Powinni nam kupić pralki Indesid – wtrąciła Jola ze złośliwym
                  rozmarzeniem.
                  - Taaa... Tylko nie wszyscy mają na głowie zielone, twarde z kupą białego
                  w środku!!!
                  - O czym Ty mówisz? – zaintrygowana opisem zadziwiającego dziwu na głowie
                  Oli podniosłam moje ciężkie cztery litery spod biurka i zerknęłam ponad jego
                  blatem na sąsiedni urzędowy „wagonik”. Między dwoma biurkami zalegały sterty
                  papierów, a pomiędzy stertami papierów zalegała Ola przygnieciona tym czymś
                  zielonym....
                  -Jezu.....! A co ty tam robisz?
                  -Wyobrażam sobie swój dach nad głową! .... – zadudniło spod zielonego -
                  No co się głupio pytasz?! Może mi pomożesz?
                  -Pewnie, pewnie.... – położyłam się na biurku i ostrożnie zaczęłam
                  odkopywać Olkę spod technicznej wiedzy biurowej..... Wymagało to pewnej
                  gimnastyki z tej pozycji i szło bardzo powoli ale... szło.
                  -Musiałaś aż tak się zaprzyjaźniać z tymi papierami? Przecież w
                  większości sama je robiłaś....
                  -No tak – Olka stała się zjadliwa - Marzyłam o dogłębnej analizie moich
                  wczesnych dzieł matematyczno – literackich...
                  -No dobra, dobra. Ale musiałaś zwalać ich aż tyle?
                  -TAK!!! Cały dzień marzyłam żeby zbliżyć się możliwie do wszystkich!! Na
                  raz!!!
                  Spod kolejnego segregatora z wydrukami księgi głównej spiorunowała mnie
                  wzrokiem i prawie rzuciła we mnie stertą papierów. Zasłoniłam się ręką przed
                  objawami wściekłości, ale zrobiłam to zbyt gwałtownie. Z drugiej ręki wypadł mi
                  plik papierów i osunął się na podłogę korzystając z pośrednictwa olowej głowy.
                  Ręka służąca za tarczę łokciem wyrżnęła w półeczki z najpilniejszymi papierami.
                  Półeczki nie zastanawiały się długo i wybrały się na zwiedzanie pokoju. Każda
                  oddzielnie. Oczywiście zgubiły po drodze zawartość. Jakżeby inaczej. Po drodze
                  przy okazji przekonały telefon, że wycieczka będzie interesująca. W ostatnim
                  odruchu udało mi się złapać słuchawkę i nie pozwolić mu się oddalić zbyt
                  daleko.
                  • dobrotka06 Re:Taka mała próba 10.07.07, 15:21
                    Kiedy jednak przekręciłam się na blacie próbując osiągnąć pozycję
                    pozwalającą zejść na ziemię obiłam się o parę mieszkających na biurku miśków,
                    które zareagowały natychmiastową ewakuacją w stronę przywalonej Oli...
                    Wyglądało na to, że jeszcze dużo czasu spędzimy odkopując się z tych
                    papierzanych okopów....
                    -No nie... I Ty Brutusie... ? – jęknęła Ola patrząc jednemu z miśków w
                    oczy.
                    -Stój, stój! Nie ruszaj się! – prawie jednocześnie krzyknęła Ania
                    wyciągając w moją stronę ręce – Pogorszysz jeszcze...
                    -A czy ty myślisz, że siedzenie na biurku z uniesionymi nogami należy do
                    wielkich przyjemności! Co ja, akrobatka jestem? Muszę stąd zejść!!
                    -Ale zaraz! Pozwól mi odkopać Olkę!
                    -No dobra.... Ale szybko!
                    -Pewnie, że szybko... – jęknęła Olka spod biurka – To wcale nie jest
                    fajnie służyć za postument na papiery....
                    Anka rzuciła się na kolana i zaczęła odrzucać na bok przykrywające Olę wydruki.
                    Nagle przysiadła na piętach i intensywnie wpatrzyła się w jeden z papierów.
                    -Oooo.... Chyba tego właśnie szukałam...
                    -A czy możesz szukać szybciej? – jęknęłam – Nie czuję się na siłach
                    odwalać teraz siłowe ćwiczenia mięśni brzucha!
                    -Ale ja tego szukałam tydzień temu....
                    -To tym bardziej nieważne!
                    -Ależ ważne! To wniosek o zmianę w budżecie...
                    -ANKA!!!!
                    -No dobra, dobra...
                    Anka z nabożeństwem odłożyła poszukiwany i nagle szczęśliwie znaleziony
                    dokument i dokończyła odkopywanie Oli. Ta podniosła się powoli, odłożyła na
                    biurko część trzymanych kurczowo w rękach papierów a resztę.... Resztą z
                    wyrazem zacięcia na twarzy walnęła mnie tak, że jak długa ległam na biurku
                    wypuszczając trzymaną słuchawkę, z czego nie omieszkał skorzystać telefon
                    oddalając się od biurka na znaczną odległość. Przy okazji trafiłam głową w
                    liczydło i zrzuciłam sobą piórnik z całą zawartością.
                    -No wiesz.... – Anka z dezaprobatą popatrzyła na Olkę – To sprzątania
                    będziemy miały na tydzień!
                    -Przynajmniej przez tydzień będę robić coś bardziej inteligentnego od
                    układania i pakowania tych cholernych wydruków, których i tak nie ma gdzie
                    położyć!
                    -A może powinnyśmy wreszcie oddać tą makulaturę do archiwum? – jęknęłam
                    powoli podnosząc się z biurka.
                    -Archiwum nieczynne. Podobno ilość papierów przerosła możliwości
                    przestrzenne... – z niemałą satysfakcją wtrąciła Jola.
                    -No to co robimy?
                    -A może to spalić?
                    -Ty, jak architektura dwa lata temu? A gdzie będziesz później siedziała?
                    -A choćby i na palenisku... Byle by bez tych papierzysk...
                    -Dobra, dobra ale ktoś to musi posprzątać....
                    Popatrzyłyśmy smętnie dookoła. Pomieszane wydruki, pisma, decyzje leżały w
                    najlepsze na środku pokoju. Pomiędzy nimi spoczywały elementy mojego
                    wyposażenia biurowego – półeczki na dokumenty, długopisy, ołówki, spinacze....
                    Telefonu nie było nawet widać, ale to był najmniejszy problem. Wyciągnęłyśmy
                    gada spod papierów za ogon... Nawet szczególnie nie protestował...
                    • bogatka1 Re:Taka mała próba 11.07.07, 19:33
                      Dobrotko, od razu widzi się dobry warsztat.
                      Treść jest jakby z pianką. Przelewa się.
                      Jednak fakt, że przeczytałam do końca, świadczy na korzyść tego fragmentu.
                      Jest sytuacja śmieszna, ale w czytaniu jakoś nie wywołuje śmiechu. Brakuje
                      pewnikiem elementu zaskoczenia, ale tyle można poprawić.
                      Oglądałam twoją stronkę, powalający dorobek. Pozdrawiam.
    • bogatka1 Re: "Końskie szczęście" 11.07.07, 20:24
      Przeczytałam ten wzruszający fragment. Dobrze napisane.
      Trafił się błąd "Staną dęba". Ma być stanął?
      I jeszcze zgrzyta "I modlił się czasami do Czterokopytnego Boga", ale to już po
      fakcie wydania książki tylko rozlane mleko. Może moje życzliwe uwagi przydadzą
      się w następnym wydaniu tej książki, bo że będą następne wydania, nie wątpię.
      • dobrotka06 Re: "Końskie szczęście" 16.07.07, 14:56
        Dziękuję bogatko za uwagi. Każda się przyda. Szczególnie, że żadnego wydania
        nie było :) Jedyna forma publikacji jakiej doczekały się moje "dzieła" poza
        kilkoma artykułami, to właśnie ta na mojej stronie. Niewiem stety czy niestety
        ta forma literatury nie jest specjalnie interesująca. Może gdybym nazywała się
        Jagoda Lepper albo Giertych to może ktoś by się zainteresował. A tak... tylko
        na swojej stronie mogę się podzielić tym co zrobię... :) Jak mnie czasem
        najdzie...
        Ale dzięki za uwagi i cieszę się, że się podobało :)
        • dlania Re: "Końskie szczęście" 31.07.07, 16:26
          Fajnie sie czyta.
          Dobrze Bogotka ujęła sprawę z tym humorem: niby śmiesznie, ale zbyt
          przewidywanie. Niby potencjalnie, językowo i tresciowo, to taki "Lesio", ale
          ostatecznie bez wybuchów smiechu. Jak to zmienić i czy w ogóle trzeba to
          zmieniać to ja nie wiem, ale zainteresowało mnie tak czy inaczej – ruszam na
          Twoją stronę;-)
    • destiney Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 12.09.07, 21:09
      witam wszystkich piszacych i lezacych, czy tez juz spiacych.Od
      niedawna zmagam sie z moim debiucikiem, dopiero zaczynam, i
      prosilabym o jakies wskazówki, opinie, komentarze, przyjme wszystko
      z pokora i postaram sie wyciagnac wnioski. A oto moje natchnienie
      wystukane w rytmie cha-cha.Oczywiscie do efektu ostatecznego to
      jeszcze troche, ale juz teraz mozna wyczuc o co chodzi.A wiec : -----
      - Chcesz wyjechac do Niemiec ? - zapytala kobieta.
      - Tak. - odpowiedziala bez namyslu.
      - Ale nie placa duzo.200 marek miesiecznie plus pokój i wyzywienie.
      - Nie szkodzi.Zawsze cos.Po za tym poznam nowych ludzi, naucze sie
      jezyka, a w Niemczech jeszcze
      nigdy nie bylam.- stwierdzila.
      - Dwójka dzieci i zwykle domowe obowiazki. Dasz rade ? - kobieta
      skierowala pytajacy wzrok ku dziewczynie.
      - Dam.-przytaknela stanowczo lekko sie przy tym usmiechajac.


      ***************************************************

      Zrobilo sie juz ciemno gdy autobus dojechal do granicy.
      Kierowca autobusu ze
      zmeczonym usmiechem na twarzy poprosil wszystkich podrózujacych
      o przygotowanie paszportow, po czym przeszedl wzdluz siedzen
      pasazerów i pozbieral je od wszystkich.
      W ciemnosci nocy oswietlonej latarniami i reflektorami
      samochodow, równiez zmierzajacymi na zachód,
      mozna bylo rozpoznac sylwetki celnikow zajetych odprawa
      podrózujacych.

      Autobus nie byl przepelniony, ludzie w wieku
      srednioprzedemerytalnym udajacy sie w poszukiwaniu roboty na czarno,
      opiekunki do starszych ludzi, sprzataczki, fachowcy zlote raczki,
      czy tez paru turystów odwiedzajacych swoje rodziny mieszkajace w
      Niemczech.
      Ona siedziala na samym koncu autobusu, po prawej stronie, majac
      do dyspozycji az dwa wolne miejsca.
      Praktyczne, zwazywszy, ze podróz miala trwac az do godziny
      trzynastej dnia nastepnego.Siedziala wygodnie,
      zerkajac co jakis czas przez okno.Inni podrózujacy
      czekali,rozmawiali, wygladali przez okno.
      Nagle dalo sie uslyszec jakis huk dochodzacy z zewnatrz
      pojazdu.Pasazerowie nie wiedzac o co chodzi zadrzeli z wrazenia.
      Sprawcami dziwnego halasu, jak sie pózniej okazalo, byli
      celnicy " trzepiacy " bagaze podróznych
      znajdujace sie w zewnetrznej komorze autobusu.
      Autobus wypelnialy pomruki,szepty i ciche rozmowy
      podrózujacych.Nagle zapadla cisza jak makiem zasial.
      W drzwiach autobusu pojawil sie niemiecki celnik.Wysoki, dobrze
      zbudowany mezczyzna,
      ze szpakowatymi wlosami i zielona czapka, wkroczyl pewnym
      krokiem do kabiny autobusu.
      Po suchym, lamanym " Dobry wiecziór " zapytal, czy ktos z
      obecnych ma cos do oclenia.
      -Papierosy?Zigaretten?
      -Vodka?
      -Drogen?
      Przez autobus przeszedl pomruk, który zapewne mial oznaczac,ze
      nikt nic nie ma.
      Do oclenia, ma sie rozumiec.
      Nastepnie celnik zajal sie odczytywaniem nazwisk z paszportow,
      które trzymal w rece.Zadaniem podrózujacego
      bylo, po uslyszeniu swojego nazwiska, wstac, podejsc do celnika i
      odebrac swój paszport.
      Zadaniem celnika natomiast bylo przyjrzec sie podchodzacej
      osobie, wwiercic sie w nia spojrzeniem
      i mozliwie szybko zareagowac na ewentualne oznaki zdenerwowania
      osoby odbierajacej dokument.
      Ona zostala wywolana na koncu. Podeszla do celnika usmiechajac
      sie grzecznie,
      i równie grzecznie wrócila na swoje miejsce.

      Dziewczyna wyciagnela z plecaka swojego ukochanego walkmana,
      wlozyla sluchawki na glowe, wlaczyla guzik. W uszach zagrzmialo,
      w glowie zabujalo, a w brzuchu sie poprzewracalo, z wrazenia, z
      podniecenia, z oczekiwania na to co jej przyniesie ten normalny,
      jak jej sie wtedy wydawalo, wyjazd jako opiekunka do dwójki
      przemilych, slodkich, i grzecznych dzieci...

      Nic nie stalo na przeszkodzie aby autobus ruszyl w dalsza droge.
      To byl 2 kwiecien 1998 roku.
      • bogatka1 Re: Trochę za mało, daj więcej 18.09.07, 19:57
        Temat opowiadania jest mi bliski, dlatego interesuje dalszy ciąg.
        • dlania Re: Trochę za mało, daj więcej 22.09.07, 09:02
          Zapowiada sie obiecująco;-)
          Proszę o ciąg dalszy.
    • joolka4 napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 24.09.07, 10:14
      Jestem tu nowa ale co tam
      Napisałam bajkę - prześlę wam trzy niezbyt duże fragmenty -
      początki - napiszcie co o tym myślicie
      z góry dziękuję i pozdrawiam

      1 Przygody kropelki Amelki

      Popatrz kochanie, tam wysoko, w górę. Widzisz na niebie białe
      kosmate chmurki? Takie śmieszne. O, jedna zupełnie podobna do
      puchatego baranka. A ta druga przypomina misia. Tam, wysoko, na
      jednej z tych małych chmurek mieszka Amelka. Śmieszne, mieszkać w
      chmurce. Wcale nie, bo widzisz, Amelka jest kropelką deszczu. Usiądź
      tu sobie wygodnie obok mnie na kanapie, opowiem ci o kropelce Amelce.
      Malutka kropelka deszczu o imieniu Amelka mieszkała w
      chmurce razem z całą swoją deszczową rodzinką – kilkoma milionami
      siostrzyczek, braciszków, kuzynów, cioć i wujków….Chmurka, w której
      mieszkała Amelka, nie była duża. Płynąc po niebie, spotykała inne
      chmury, wielkie pierzaste i małe puchate. Czasami Amelka odwiedzała
      swoje koleżanki, mieszkające w sąsiednich chmurkach. Ale zawsze
      bardzo uważała, żeby na czas wrócić do domku, bo psotny wietrzyk
      lubił rozganiać chmurki po niebie i trzeba było zdążyć, zanim
      odpłynęły zbyt daleko.
      Amelka zawsze lubiła słuchać opowieści. A o czym opowiadały sobie
      kropelki deszczu w pierzastej chmurce? Ano o tym, jak to było na
      ziemi. Bo przecież każda kropelka deszczu spadła kiedyś na ziemię,
      wędrowała po niej a potem znowu wracała do swojej chmurki. Czasami
      trwało to długo, bardzo długo. Czasami kropelki zamieszkiwały w
      zupełnie innej chmurce, u dalszej rodziny, bo przecież wszystkie
      kropelki były jedną rodziną.
      - A czy na ziemi też mieszkają takie kropelki jak my? – pytała
      swojej starszej siostry Alinki, która właśnie niedawno wróciła z
      ziemi. Bardzo jej się tam podobało i zapewniała wszystkich, że chce
      jak najprędzej znowu tam polecieć.
      - No, co ty głuptasie? – podśmiewała się z Amelki
      siostrzyczka. – Tam mieszkają ludzie. I zwierzątka. Jedne duże a
      jedne malutkie – Alinka uśmiechnęła się w duchu do swoich
      wspomnień. – Ja mieszkałam przez kilka dni w beczce z deszczówką na
      podwórku. Tam był taki fajny piesek. Wołali na niego Okruszek. I był
      kotek. Miał takie wielkie wąsy.
      - Co to są te wąsy? – dopytywała Amelka.
      - Oj. Wąsy to wąsy. Będziesz na ziemi to sama zobaczysz –
      kręciła głową Alinka, bo jak tu takiej małej niedoświadczonej
      kropelce wytłumaczyć, co to są wąsy. Czy kto kiedy widział wąsy u
      kropelki?

      2 Ćma Beatka szuka mamy

      W lesie, w którym mieszkała ćma Beatka, często było ciemno, bo blask
      słońca z trudem przedzierał się przez gęste korony drzew. Ale to
      wcale nie martwiło Beatki i sporej gromadki jej braci i sióstr.
      - Ćmy przecież lubią jak jest ciemno, dlatego latają w nocy –
      tłumaczyła swojemu przyjacielowi patyczakowi Witkowi. A że Witek
      wolał bawić się w dzień, a Beatka nocą, nieczęsto mieli czas na
      wspólne igraszki.
      Czasami, wieczorem, gdy już powoli zmierzchało, dołączała do nich
      biedronka Agatka, która zawsze miała szalone pomysły. Ćma Beatka
      bardzo lubiła towarzystwo dziennych owadów. Nie narzekała jednak i
      na noc, bo wtedy spod rozłożystego krzaczka borówek wylatywało jej
      rodzeństwo a z kory pobliskiego drzewa kilkanaście kuzynek i
      kuzynów, tak, więc zawsze miała towarzystwo do zabawy. A była bardzo
      wesołą ćmą, lubiącą płatać różne figle. Czasami namawiała
      wszystkich, by przelatywali blisko pajęczyny starego Alfreda. Wtedy
      on wychodził z ukrycia i groźnie kiwał im jedną ze swoich ośmiu nóg.
      Ale małe ćmy wiedziały, że to tylko tak na niby I że pająk Alfred
      wcale nie ma do nich żalu a nawet śmieszą go te ich nocne figle.
      Czasami zaglądały potajemnie do norki wielkiego rohatyńca Szymona.
      Przed Szymonem czuły respekt, bo był największym owadem w lesie. Ale
      tak naprawdę wcale się go nie bały. Szymon lubił szczególnie wesołą
      Beatkę, bo zawsze go łaskotała skrzydełkiem w róg. Najfajniej jednak
      było wczesnym rankiem podglądać swoich dalekich kuzynów – piękne
      kolorowe motyle, latające nad łąką nieopodal lasu, w którym
      mieszkała Beatka. Były takie delikatne i subtelne, gdy leciutkimi
      skrzydełkami muskały powietrze. Jakżeż im wtedy Beatka zazdrościła.
      Bo Beatka, jak każda ćma, była włochata. Miała brązowo-brunatne
      skrzydełka i z tego koloru Beatka była bardzo niezadowolona. Chociaż
      patyczak Witek powiedział, że jemu się podoba bardziej niż te
      zarozumiałe motyle. A biedronka Agatka pocieszała małą ćmę, że w
      nocy i tak nie widać, jaki kolor mają jej skrzydła, więc nie ma co
      rozpaczać. Ale Beatka i tak podziwiała swoich kolorowych kuzynów i
      kuzynki. Miała się jednak przekonać, że czasami zbyt piękne
      ubarwienie może być przyczyną nieszczęścia.

      3 - Wielka przeprowadzka fasolki Karolki

      Kiedyś, dawno, dawno temu, na samym początku, mieszkałam w koszyczku
      w spiżarni. Leżało nas tam wiele. Niektóre z nas były białe i duże,
      inne mniejsze, brązowe, w ciapki. Obok nas mieszkało dużo innych
      warzyw. Na podłodze, w wielkim worku, drzemały smacznie smaczne
      ziemniaki. Niedaleko, w pięknie pomalowanej na pomarańczowy kolor
      skrzyneczce leżała marchewka. Ta marchewka była wiecznie
      niezadowolona. Bo wymyśliła sobie, że powinna mieszkać wysoko na
      półce a nie tak zwyczajnie na podłodze. Podłoga nie przeszkadzała za
      to wcale burakom i cebuli. Na próżno staraliśmy się wytłumaczyć
      marchewce, że na półkach to stoją słoiki. A ona nic tylko, że też
      chce mieszkać wysoko i koniec. A właśnie na półce, niedaleko
      kompotów z czereśni, stał nasz koszyczek.
      Ale, ale... Przepraszam was bardzo. Zapomniałam się przecież
      przedstawić. Mam na imię Karolka i jestem fasolką. Chciałam wam
      opowiedzieć moją historię. Uważam, że jest bardzo ciekawa I
      pouczająca. Myślicie sobie, czy taka mała fasolka może was czegoś
      nauczyć? Posłuchajcie sami.
      Nikt nam nie mówił, jaki los spotka jarzyny ze spiżarni, ale
      ja wiedziałam, że czeka mnie coś ważnego i ciekawego. I
      rzeczywiście. Tylko żeby ta historia była zrozumiała, najpierw muszę
      wam opowiedzieć o naszej „ludzkiej” rodzinie. W naszej rodzinie
      najważniejsza była Babcia. To ona rządziła w spiżarni. I tak sobie
      myślę, że jak ktoś rządzi spiżarnią, to rządzi całym domem. Potem
      byli Rodzice. Oni tu do nas, do spiżarni nieczęsto zaglądali. Tatuś
      zwykle bywał tylko wtedy, gdy na półkach gościnnie pojawiało się
      ciasto. To ciasto to zadzierało nosa, bo częściej mieszkało w kuchni
      niż w spiżarni i uważało, że dlatego jest lepsze. Mamusia za to
      lubiła owoce. Zawsze było ich pełno na najwyższej półce. Jabłka i
      gruszki opowiadały nam często o ogrodzie i o sadzie. Słuchając tych
      opowieści bardzo chciałam zobaczyć ten ogród. Inne fasolki
      wspominały, ze stamtąd właśnie trafiłyśmy do spiżarni, ale ja tego
      nie pamiętam. Ale, ale… Muszę wam skończyć opisywać Rodzinkę.
      Przecież nie mogę pominąć dzieci. A było ich troje. Najstarszy
      Jasiu, młodsza Kasia i maleńka Zuzia. Dziewczynki znałam tylko z
      opowiadań, ale Jasiu to i owszem, bywał u nas w spiżarni i psocił.
      Mieszał cebulę z kartoflami a Babcia się potem złościła. Wyjadał
      owoce z kompotów I miał dużo różnych innych zabawnych pomysłów.


      • belinks Re: napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 25.09.07, 10:06
        Fajne, dla dzieci do lat 4. Albo dla nieco starszych, ale
        przedszkolnych dziewczynek. Trochę za dużo tych zdrobnień, ale
        przedszkolaki to lubią:)I niektórzy panowie;-)
        • donetta Re: napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 25.09.07, 13:39
          Mnie się bardzo podoba. Lekko prowadzisz fabułę, ciekawa, plastyczna
          narracja. To jest wg mnie świetne, tak dla dzieci najmłodszych, a
          czy najtrudniej nie jest pisać właśnie dla nich? Język jak
          najbardziej na miejscu, tak się dzieciom opowiada.
          • bogatka1 Re: napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 29.09.07, 10:12
            Trzy bajki - i wszystkie są dobre. I aż się widzi ilustracje na
            sąsiadującej stronie - ale takie, jak spod ręki Szancera.
            SZANCER Jan Marcin (1902-73)
            grafik, malarz, rysownik, scenograf teatralny i filmowy; studia w
            Krakowie, uczeń K. Frycza; zasłynął jako ilustrator książek dla
            dzieci (J. Tuwima, J. Brzechwy, Baśni H.Ch. Andersena) i dorosłych
            (m.in. Pan Tadeusz A. Mickiewicza, dzieła B. Prusa, Bajki I.
            Krasickiego, Mity greckie) - w sumie ponad 150 książek; stworzył
            własny styl ilustracji książkowej, łączący rysunek i malarstwo,
            cechujący się żywymi barwami, rysowany lekką kreską, z filigranowymi
            postaciami, nastrojowy i zabawny; od 1951 prowadził w warszawskiej
            ASP Pracownię Ilustracji i Książki.
            • wlodekbar Re: napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 15.10.07, 00:22
              Popieram:).
      • wlodekbar Re: napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 15.10.07, 00:20
        Wdzięczne to:).
      • czepialska Re: napisałam bajkę - zrecenzujecie?? 02.04.08, 19:40
        Najlepszy jest początek pierwszej części, choć - jak dla mnie -
        zanadto on ckliwy. Po całkiem składnym początku ma jednak miejsce
        załamanie - za dużo dygresji - i nic się nie dzieje. W pierwszym
        fragmencie mogą też razić powtarzane zdrobnienia. Ja bardzo ich nie
        lubię, a dzieci - wbrew powszechnym opiniom - też za nimi nie
        przepadają. Wydaje mi się też, że sposób prowadzenia opowieści
        drugiej bajki, a szczególnie dłużyzny treściowo-opisowe, które
        dławią fabułę, wykluczają jako odbiorę tego tekstu kilkulatka.
        Jak dla mnie przyciężkie to i przegadane. Nie wiem też do jakiego
        finału zmierzają te opowieści, a to rzecz istotna...
        Reasumując: spróbuj skupić się na nici przewodniej i wyrzucić z
        tekstu niepotrzebne słowa. Jako autorka wiem, że to zabieg bolesny.
        Pamiętaj jednak, że nie wszystko co widzisz musisz powiedzieć.
        Szczególnie w tekstach dla dzieci :)
        Dobrze też robi głośne czytanie własnych tekstów!
    • mefista7 Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 04.10.07, 15:02
      Zamieszczam niewielką cząstkę mojej twórczości. Z góry dziękuję za wszystkie
      rady i komentarze.


      Valerie Westcomb siedziała w samochodzie, nerwowo popijając kawę. Udało jej się
      złapać Winstona Nelsona na Czterdziestej Ulicy, kiedy wychodził z hotelu Seton,
      gdzie wynajął pokój. Dojechała za nim aż do restauracji na Pięćdziesiątej
      Pierwszej Wschodniej. Korzystając z chwili, w której Nelson pałaszował lunch
      przy jednym ze stolików w pobliżu okna, wyskoczyła z wozu i kupiła kubek kawy w
      konkurencyjnym lokalu po drugiej stronie ulicy.
      Dmuchając do styropianowego naczynia w celu ochłodzenia niemal wrzącego płynu,
      obserwowała jak detektyw bierze do ust ostatni kawałek steku i wyciera usta
      serwetką. Burczenie w brzuchu uprzytomniło jej, że od śniadania nic nie jadła, a
      żołądek zaczyna się buntować.
      Winston Nelson podniósł się z miejsca i ruszył w kierunku toalet. Nie zważając
      na pieczenie przełyku, Valerie duszkiem dopiła kawę, a następnie odsunęła szybę
      i wprawnym rzutem posłała pusty kubek do pobliskiego pojemnika na śmieci. W
      każdej chwili była gotowa do dalszej jazdy za Nelsonem.
      Stukając o kierownicę palcami, wpatrywała się w korytarz wewnątrz restauracji,
      opatrzony napisem „Toalety” oraz pokaźnym symbolem strzałki. Ludzie wchodzili i
      wychodzili, jednak niegdzie nie było śladu po Winstonie. Po półgodzinie Valerie
      nie wytrzymała i zdecydowała się wysiąść by sprawdzić, czy przypadkiem Nelson
      nie wymknął się tylnym wyjściem. Co prawda jego samochód wciąż stał na parkingu,
      ale przecież detektyw mógł wziąć taksówkę lub pójść pieszo, jeśli zorientował
      się, że jest obserwowany.
      Wyłączyła klimatyzację i już miała opuścić wóz, gdy usłyszała pukanie w szybę.
      Otworzyła okno i wytrzeszczyła oczy, widząc przed sobą twarz Winstona Nelsona,
      pochylającego się ku niej.
      – W czym mogę pomóc? – zapytała, zachowując resztki zimnej krwi.
      – Miałem zadać pani to samo pytanie – uśmiechnął się życzliwie, jednak z jego
      oczu bił sarkazm.
      – Nie rozumiem.
      – Odnoszę wrażenie, że jedzie pani za mną od momentu, gdy wyszedłem z hotelu.
      – To pomyłka – odparła, udając oburzenie.
      – Przepraszam, źle się wyraziłem. Jestem pewien, że pani za mną jedzie.
      – Myli się pan.
      – Pani tak twierdzi. Ale chyba nie zaprzeczy pani, jeżeli powiem, iż nazywa się
      Valerie Westcomb.
      Tym razem agentka nie zdołała ukryć zaskoczenia.
      – Skąd pan wie?
      – Prywatni detektywi wiedzą wszystko na temat policji i FBI. Prowadzi pani
      śledztwo w sprawie morderstwa Jessego Simonsa.
      – To tajne informacje – mruknęła, przekręcając kluczyk w stacyjce.
      – Czy pani obecnego zwierzchnika interesują informacje dotyczące Rachel
      Devereaux? – zapytał, przekrzykując pracujący silnik.
      – Owszem.
      – To dobrze – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Bo mam coś nie coś na ten temat
      do powiedzenia.

      Szedł za Valerie korytarzem na czwartym piętrze posterunku, kiedy z gabinetu
      przy końcu holu wyłonił się Chad. Na widok Winstona nawet nie mrugnął okiem.
      Nelson także nie zaszczycił go spojrzeniem, przechodząc tuż obok.
      Hamilton zdawkowo przywitał się z Valerie, po czym wszedł do windy. Agentka
      Westcomb zapukała do biura Donowana i wprowadziła Nelsona do środka. Spojrzenie
      Sheldona utkwiło w detektywie trochę dłużej niż powinno. Zaraz jednak
      zreflektował się i zaproponował miejsca na sofie.
      – Pan Nelson twierdzi, że posiada istotne informacje o Rachel Devereaux –
      zaznaczyła Valerie, dając Winowi do zrozumienia, że głos należy do niego.
      – Rachel nie zabiła Jessego Simonsa – powiedział, splatając palce obu rąk i
      kładąc je na kolanie.
      Donowan przelotnie spojrzał na Westcomb.
      – Ma pan na to dowody? – spytał. Nie starał się ukryć nutki politowania,
      wyraźnie pobrzmiewającej w jego głosie.
      – Nie, ale je zdobędę. Nie będę wchodził wam w drogę, jeśli wy także nie
      będziecie tego robić – znacząco popatrzył na Valerie.
      – Rachel się z panem kontaktowała? – zapytał Sheldon. Wyglądał jakby chciał
      przejrzeć Nelsona na wylot.
      – Mogę zobaczyć akta sprawy?
      – Co za głupie pytanie! – oburzył się Donowan.
      – Pan zadaje równie mądre.
      – Wsadźmy go na noc za obrazę funkcjonariusza policji oraz spowodowanie
      karambolu – zaproponowała Valerie.
      – A twierdziła pani, że mnie nie śledzi – prychnął Win.
      Valerie otworzyła usta by odpowiedzieć, ale przeszkodziło jej natarczywe pukanie
      do drzwi.
      – Wejść! – krzyknął Donowan.
      Do gabinetu zajrzał szczupły policjant w mundurze, pełniący funkcję dyżurnego na
      parterze.
      – Dzwonił porucznik – zerknął na samoprzylepną karteczkę, którą przyczepił sobie
      do dłoni. – Graham Smith z pańskiego wydziału, inspektorze. Prosił, żeby
      przekazać, że przez najbliższe kilka godzin pozostanie nieosiągalny bo przebywa
      poza miastem.
      – Dlaczego nie skontaktował się bezpośrednio ze mną?
      – Pańska linia, inspektorze, od kilkunastu minut jest zajęta.
      Sheldon Donowan dopiero teraz zwrócił uwagę na słuchawkę telefonu, która zamiast
      na widełkach aparatu, spoczywała obok stosu papierzysk. Pospiesznie odłożył ją
      na właściwe miejsce.
      – Mniejsza o to. Nie mówił dokąd się wybiera?
      – Wspomniał coś na temat Morris Lake.
      Winston Nelson nieznacznie uniósł wzrok. Krew w jego żyłach zaczęła krążyć o
      wiele szybciej niż dotychczas. Jakim cudem tak szybko zlokalizowali miejsce
      pobytu Rachel i Chada?, zastanawiał się. I kogo szukają – Hamiltona czy Rachel?
      Chad kontaktował się z Donowanem, ale Smith prawdopodobnie jeszcze o tym nie
      wie. Bez względu na wszystko sytuacja nie wyglądała ciekawie. Hamilton wyszedł z
      komisariatu najdalej pół godziny temu, kalkulował Win w myślach, więc na pewno
      nie zdążył dotrzeć do Sparty. W najlepszym wypadku pokonał ćwierć, może jedną
      trzecią drogi, zakładając, że nie trafił na korki.
      – Dzięki za wiadomość – inspektor skinął głową. Policjant zasalutował niczym
      wojskowy przed dowódcą, po czym odwrócił się i poszedł.
      – Zamykacie mnie w areszcie czy mogę wrócić do pracy? – spytał Nelson na pozór
      beztroskim tonem. Wewnątrz aż palił się do wyjścia.
      – Jeśli to nie problem, chciałbym uzyskać kilka informacji o Simonsie. Chyba, że
      bardzo się panu spieszy...
      – Skądże – zaprzeczył Win, chociaż myślał zupełnie coś innego.
      • belinks Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 06.10.07, 19:40
        to są jaja, czy jajecznica?
      • szklanka_mroku Mefista7 - analiza tekstu 21.10.07, 09:40
        Witam! Jestem po raz pierwszy na tym forum, a zachęcił mnie do
        wypowiedzi Twój tekst. Uważam, że masz talent, potrafisz wymyślić
        historię, wykreować postacie. Może przydałoby się nieco więcej
        klimatu, ale oszczędny styl też ma swój urok. Spędziłam nad
        zamieszczonym tu fragmentem 3,5 godziny i nie nudziłam się, dlatego
        sądzę, że z zadań autorskich wywiązujesz się dobrze. Moje uwagi
        dotyczą przede wszystkim rozmaitych nieporadności językowych, ale
        nie przejmuj się tym za bardzo. Redaktorzy też muszą z czegoś żyć, a
        z Twoim tekstem pracuje się przyjemnie.:)
        Poniżej wklejam swoje uwagi i "produkt finalny", który i tak wymaga
        jeszcze doszlifowania - ciekawa jestem, czy Ci się spodoba. Chętnie
        przeczytam inne Twoje teksty. Pozdrawiam.
        • szklanka_mroku Re: Mefista7 - analiza tekstu - cz.1 21.10.07, 10:07
          Valerie Westcomb siedziała w samochodzie, nerwowo popijając kawę.

          Jak wygląda "nerwowe popijanie"? Jeśli ktoś "popija", to raczej w
          stanie relaksu. Valerie była zdenerwowana, zatem mogła np. nerwowo
          chłeptać, przełykać, siorbać. Za krótki fragment, by wiedzieć, co
          byłoby w jej stylu, ale proponuję siorbanie. Ewentualnie inaczej:

          Zdenerwowana Valerie Westcomb siedziała w samochodzie, pijąc kawę.

          Udało jej się
          złapać Winstona Nelsona na Czterdziestej Ulicy, kiedy wychodził z
          hotelu Seton,
          gdzie wynajął pokój.

          Za długie zdanie (zwłaszcza, że czytelnik ma poczuć ten nerwowy
          klimat). Proponuję tak:

          Złapała Winstona Nelsona na Czterdziestej Ulicy, gdy wychodził z
          hotelu Seton. Wiedziała, że wynajął tam pokój.


          Dojechała za nim aż do restauracji na Pięćdziesiątej
          Pierwszej Wschodnieji Korzystając z chwili, w której Nelson
          pałaszował lunch

          Czy koniecznie musiał "pałaszować?" A gdyby zwyczajnie jadł, co by
          to zmieniło? Czy jego apetyt ma jakieś znaczenie, że go podkreślasz?


          przy jednym ze stolików w pobliżu okna,

          Przez okno go widziała tak? Więc może tak:

          Dojechała za nim aż do restauracji na Pięćdziesiątej
          Pierwszej Wschodniej, gdzie Nelson zamówił lunch. Wybrał stolik
          przy oknie, więc nie tracąc go z oczu, wyskoczyła z wozu, żeby kupić
          kubek kawy w konkurencyjnym lokalu po drugiej stronie ulicy.


          Dmuchając do styropianowego naczynia w celu ochłodzenia niemal
          wrzącego płynu,

          A w jakim innym celu miałaby dmuchać do kubka?

          Dmuchając na prawie wrzący płyn, obserwowała jak detektyw bierze do
          ust ostatni kawałek steku i wyciera usta serwetką.

          Burczenie w brzuchu uprzytomniło jej, że od śniadania nic nie jadła,
          a żołądek zaczyna się buntować.

          Jak burczy, to wiadomo, że się buntuje, końcówka niepotrzebna. I
          czemu "uprzytomniło"? "Przypomniało" nie wystarczy?

          Burczenie w brzuchu przypomniało jej, że od śniadania nic nie jadła.

          Winston Nelson podniósł się z miejsca i ruszył w kierunku toalet.

          Tu bym dodała "wreszcie" - on je i je, a ona głodna patrzy i pewnie
          jej ulżyło, że skończył. "Podniósł się z miejsca" to to samo, co
          zwykłe "wstał", a "w kierunku" to jakby ze 2 kilometry miał do tych
          toalet. Czemu nie "w stronę"? Proponuję tak:

          Wreszcie Winston Nelson wstał i ruszył w stronę toalet.



          Nie zważając
          na pieczenie przełyku, Valerie duszkiem dopiła kawę, a następnie
          odsunęła szybę
          i wprawnym rzutem posłała pusty kubek do pobliskiego pojemnika na
          śmieci.

          Można zgrabniej: Valerie, (tu zmieniamy osobę, o której mowa, więc
          dobrze zacząć od niej, a nie od czynności) ignorując pieczenie
          przełyku, duszkiem dopiła kawę, a następnie wprawnym rzutem posłała
          pusty kubek do ulicznego kosza na śmieci.

          Wiemy, że musiała odsunąć szybę, żeby tego dokonać i pojemnik musiał
          być blisko, bo jej się udało. Zamieniam na "uliczny", choć mógłby
          też należeć do owej restauracji...

          W
          każdej chwili była gotowa do dalszej jazdy za Nelsonem.
          Stukając o kierownicę palcami, wpatrywała się w korytarz wewnątrz
          restauracji,
          opatrzony napisem „Toalety” oraz pokaźnym symbolem strzałki.


          Proponuję tak:

          Była gotowa do dalszej jazdy. Stukając palcami w kierownicę,
          wpatrywała się w

          i tu pojawia się problem: jak ona z samochodu widziała wewnętrzny
          korytarz restauracji? Przeszklona była ta knajpa? Chyba nie, bo
          wcześniej była mowa o miejscu obok okna. No to w co się
          wpatrywała?

          Może w:

          w tablicę z napisem "Toalety" i wielką strzałką wskazującą ciemny
          korytarz.

          Ludzie wchodzili i
          wychodzili, jednak niegdzie nie było śladu po Winstonie.


          A tu tak:

          Ludzie wchodzili i wychodzili, ale Nelson zniknął bez śladu.


          Po półgodzinie Valerie

          Czy dla akcji jest istotne, że to było akurat pół godziny? Jeżeli
          nie, to można zgrabniej:

          nie wytrzymała i zdecydowała się wysiąść by sprawdzić, czy
          przypadkiem Nelson
          nie wymknął się tylnym wyjściem.



          W końcu zniecierpliwiona Valerie postanowiła wysiąść i sprawdzić,
          czy Winston nie wymknął się tylnym wyjściem.

          Tu znów problem: czy ta Valerie jest początkująca? Czemu nie
          sprawdziła, czy jest drugie wyjście?



          Spróbujemy ją usprawiedliwić:

          Co prawda jego samochód wciąż stał na parkingu,
          ale przecież detektyw mógł wziąć taksówkę lub pójść pieszo, jeśli
          zorientował
          się, że jest obserwowany.


          Kątem oka wciąż widziała jego samochód stojący na parkingu, ale może
          wziął taksówkę, albo poszedł pieszo? To by znaczyło, że zorientował
          się w sytuacji i wie, że jest obserwowany!

          Usprawiedliwiona, bo zasugerowała się samochodem, a przy tym jaka
          zaniepokojona!

          Wyłączyła klimatyzację i już miała opuścić wóz, gdy usłyszała
          pukanie w szybę.


          Otworzyła okno i wytrzeszczyła oczy, widząc przed sobą twarz
          Winstona Nelsona,
          pochylającego się ku niej.


          A gdzieżby indziej się ta twarz miała pochylać?
          Poza tym, czy szyby miała nieprzezroczyste? Zwykle, gdy ktoś puka w
          szybę, najpierw się patrzy kto to, a później (ewentualnie) odkręca
          szybę.

          Czyli tak:

          Zamurowało ją. Uniosła głowę i wlepiła oczy w dobrze jej znaną twarz
          Winstona Nelsona.


          – W czym mogę pomóc? – zapytała, zachowując resztki zimnej krwi.

          Resztki zimnej krwi???


          – W czym mogę pomóc? – zapytała, próbując zachować zimną krew.

          – Miałem zadać pani to samo pytanie – uśmiechnął się życzliwie,
          jednak z jego oczu bił sarkazm.

          Sarkazm? Z oczu??

          – Miałem zadać pani to samo pytanie – uśmiechnął się życzliwie,
          jednak jego spojrzenie nie wróżyło nic dobrego.

          "Nie wróżyło nic dobrego" brzmi może zbyt groźnie, ale Valerie miała
          prawo się przestraszyć i tak to spojrzenie zinterpretować.

          – Nie rozumiem.

          – Odnoszę wrażenie, że jedzie pani za mną od momentu, gdy wyszedłem
          z hotelu.

          – To pomyłka – odparła, udając oburzenie.

          Dlaczego oburzenie? Nie lepiej obojętność?

          – To pomyłka – odparła, udając obojętność.

          – Przepraszam, źle się wyraziłem. Jestem pewien, że pani za mną
          jedzie.

          – Myli się pan.

          – Pani tak twierdzi. Ale chyba nie zaprzeczy pani, jeżeli powiem, iż
          nazywa się
          Valerie Westcomb.

          To twierdzenie jakoś w tym miejscu nie pasuje. Może tak:


          – Ach tak? - znów się uśmiechnął. Ale chyba nie zaprzeczy pani,
          jeżeli powiem, iż nazywa się Valerie Westcomb?

          Tym razem agentka nie zdołała ukryć zaskoczenia.

          – Skąd pan wie?

          – Prywatni detektywi wiedzą wszystko o policji i FBI. Prowadzi pani
          śledztwo w sprawie morderstwa Jessego Simonsa.

          – To tajne dochodzenie – mruknęła, przekręcając kluczyk w stacyjce.

          Tu w dwóch sąsiadujących zdaniach powtarza się słowo "informacje".
          Trzeba w jednym wymienić. I dodałabym słówko "ciekawe", skoro ten
          detektyw taki sarkastyczny.

          – Ciekawe, czy pani obecnego zwierzchnika zainteresują informacje
          dotyczące Rachel Devereaux? – zapytał, przekrzykując pracujący
          silnik.


          Rozumiem, że "obecnego" bo był jakiś poprzedni, czy tak?

          – Owszem.

          I tu nic nie pomyślała??

          – To dobrze – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Bo mam coś nie coś
          na ten temat
          do powiedzenia.

          Tu powinno być coś jeszcze bardziej sarkastycznego, bo to koniec tej
          sceny, więc trzeba zaakcentować. Może tak:

          – To dobrze – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Bo uwielbiam
          zwierzać się policjantom.

          To ostatnie zdanie można wymyślić lepsze, ale akurat nic mi nie
          przyszło do głowy.

          • szklanka_mroku Re: Mefista7 - analiza tekstu - cz.2 21.10.07, 10:09
            Szedł za Valerie korytarzem na czwartym piętrze posterunku, kiedy z
            gabinetu przy końcu holu wyłonił się Chad. Na widok Winstona nawet
            nie mrugnął okiem.
            Nelson także nie zaszczycił go spojrzeniem, przechodząc tuż obok.

            Niezgrabnie, może lepiej tak:

            Nelson także minął go, nie zaszczycając spojrzeniem.

            Hamilton zdawkowo przywitał się z Valerie, po czym wszedł do windy.

            Drobiazg:

            Hamilton zdawkowo przywitał się z Valerie i wsiadł do windy.

            Agentka Westcomb zapukała do biura Donowana i wprowadziła Nelsona do
            środka.

            Przejście na Sheldona następuje za szybko. Weszli i coś zobaczyli.
            Dopiero wtedy przejście na Sheldona. Na przykład:

            Donowan właśnie szukał czegoś, przerzucając sterty dokumentów,
            którymi usłane było jego biurko.

            Spojrzenie
            Sheldona utkwiło w detektywie trochę dłużej niż powinno.

            Spojrzenie utkwiło?

            Jego spojrzenie zatrzymało się na detektywie nieco dłużej niż
            powinno.


            I teraz:

            Zaraz jednak
            zreflektował się i zaproponował miejsca na sofie.

            Ale szybko zreflektował się i wskazał obojgu miejsca na sofie.

            "Wskazał" chyba lepiej pasuje do policjanta.

            – Pan Nelson twierdzi, że posiada istotne informacje o Rachel
            Devereaux –
            zaznaczyła Valerie, dając Winowi do zrozumienia, że głos należy do
            niego.

            Nie rozumiem, o co chodzi! Jaki głos???

            To będzie moja wolna amerykanka na podstawie domysłów:

            – Pan Nelson twierdzi, że posiada istotne informacje o Rachel
            Devereaux – powiedziała Valerie. - Ciekawe, co też ten cwaniak
            wywęszył? - pomyślała i usiadła, zakładając nogę na nogę.


            Nie wiem, czy zakładanie nogi na nogę pasuje do Valerie, ale to taki
            gest, którym mówi: masz człowieku wolne pole, zobaczymy co powiesz.
            Czy o to chodziło z tym głosem?


            Detektyw także usiadł i splótł palce obu rąk na kolanie. – Rachel
            nie zabiła Jessego Simonsa – rzekł, patrząc Sheldonowi prosto w oczy.

            Donowan przelotnie spojrzał na Westcomb.

            Skoro już dorzuciłam to patrzenie w oczy (żeby podkreślić splatanie
            na kolanie, bo Nelson jest pewny swego), to teraz zamienimy
            patrzenie na zerknięcie:

            Donowan przelotnie zerknął na Westcomb.

            I dodamy "nawet":

            – Ma pan na to dowody? – spytał. Nawet nie starał się ukryć nutki
            politowania,
            wyraźnie pobrzmiewającej w jego głosie.



            Win jest zdrobnieniem od Winstona, tak?



            – Nie, ale je zdobędę. Nie będę wchodził wam w drogę, jeśli wy także
            nie
            będziecie tego robić – znacząco popatrzył na Valerie.


            – Rachel się z panem kontaktowała? – zapytał Sheldon. Wyglądał jakby
            chciał
            przejrzeć Nelsona na wylot.

            Jakoś za szybko. Przed chwilą wątpił, a teraz nagle na wylot?

            – Rachel się z panem kontaktowała? – zapytał Sheldon. Patrzył
            uważnie, jakby miał nadzieję, że Nelson z czymś się zdradzi.
            – Mogę zobaczyć akta sprawy?
            – Co za głupie pytanie! – oburzył się Donowan.

            – Pan zadaje równie mądre.

            – Wsadźmy go na noc za obrazę funkcjonariusza policji oraz
            spowodowanie
            karambolu – zaproponowała Valerie.

            A gdzie ta obraza? Czy chodzi o stwierdzenie "równie mądre" pytania?

            – A twierdziła pani, że mnie nie śledzi – prychnął Win.


            Valerie otworzyła usta by odpowiedzieć, ale przeszkodziło jej
            natarczywe pukaniedo drzwi.

            – Wejść! – krzyknął Donowan.

            Do gabinetu zajrzał szczupły policjant w mundurze, pełniący funkcję
            dyżurnego na
            parterze.

            – Dzwonił porucznik – zerknął na samoprzylepną karteczkę, którą
            przyczepił sobie
            do dłoni. – Graham Smith z pańskiego wydziału, inspektorze. Prosił,
            żeby
            przekazać, że przez najbliższe kilka godzin pozostanie nieosiągalny
            bo przebywa
            poza miastem.

            – Dlaczego nie skontaktował się bezpośrednio ze mną?

            – Pańska linia, inspektorze, od kilkunastu minut jest zajęta.

            Sheldon Donowan dopiero teraz zwrócił uwagę na słuchawkę telefonu,
            która zamiast
            na widełkach aparatu, spoczywała obok stosu papierzysk. Pospiesznie
            odłożył ją
            na właściwe miejsce.

            – Mniejsza o to. Nie mówił dokąd się wybiera?

            Policjant by powiedział: "Mniejsza z tym."

            – Mniejsza z tym. Nie mówił dokąd się wybiera?

            – Wspomniał coś na temat Morris Lake.

            Analogicznie:

            – Wspomniał coś o Morris Lake.

            Winston Nelson nieznacznie uniósł wzrok.

            Krew w jego żyłach zaczęła krążyć o
            wiele szybciej niż dotychczas.

            Strasznie niezgrabnie z tą krwią. Może tak:

            Serce zabiło mu szybciej.

            Jakim cudem tak szybko zlokalizowali miejsce
            pobytu Rachel i Chada?, zastanawiał się.

            Wyrzucamy zastanawianie. Wiadomo, że się zastanawia.

            Jakim cudem tak szybko zlokalizowali miejsce
            pobytu Rachel i Chada? I kogo szukają – Hamiltona czy Rachel?
            Chad kontaktował się z Donowanem, ale Smith prawdopodobnie jeszcze o
            tym nie wie.

            Bez względu na wszystko sytuacja nie wyglądała ciekawie.

            A ten wzgląd to po co?

            Tak czy inaczej, sytuacja nie wyglądała ciekawie. Hamilton wyszedł z
            komisariatu najdalej pół godziny temu - kalkulował Win w myślach -
            więc na pewno nie zdążył dotrzeć do Sparty. W najlepszym wypadku
            pokonał ćwierć, może jedną
            trzecią drogi, zakładając, że nie trafił na korki.
            – Dzięki za wiadomość – inspektor skinął głową. Policjant
            zasalutował


            niczym
            wojskowy przed dowódcą,

            No, a jak miał inaczej zasalutować? Wyrzucić.


            Policjant zasalutował i poszedł.
            – Zamykacie mnie w areszcie, czy mogę wrócić do pracy? – spytał
            Nelson na pozór beztrosko.

            Wewnątrz aż palił się do wyjścia.

            Żeby nie włazić do wnętrza:

            Myślami już był w drodze do Sparty.

            (Oczywiście, jeżeli tam zamierzał jechać, bo nie wiem, jaki miał
            plan.)

            – Jeśli to nie problem, chciałbym uzyskać kilka informacji o
            Simonsie. Chyba, że bardzo się panu spieszy...

            Żeby nie powtarzać znów "informacji":

            – Jeśli to nie problem, chciałbym jeszcze porozmawiać o Simonsie.
            Chyba, że bardzo się panu spieszy...

            – Skądże – zaprzeczył Win, chociaż myślał zupełnie co innego.

            I żeby nie powtarzać "myślenia":

            – Skądże – zaprzeczył Win, chociaż Donowan zaczynał działać mu na
            nerwy.

            I jeszcze jedno: rozmowa u Donowana trwa zbyt krótko, żeby minęło
            pół godziny. Albo w rozmyślaniach Nelsona trzeba zmienić pół godziny
            na kwadrans, albo coś jeszcze musi się w gabinecie wydarzyć, żeby
            czytelnik uwierzył, że od wyjścia Chada minęło pół godziny.
            • szklanka_mroku Re: Mefista7 - analiza tekstu - "produkt finalny" 21.10.07, 10:17
              Zdenerwowana Valerie Westcomb siedziała w samochodzie, pijąc
              kawę.
              Złapała Winstona Nelsona na Czterdziestej Ulicy, gdy
              wychodził z hotelu Seton. Wiedziała, że wynajął tam pokój. Dojechała
              za nim aż do restauracji na Pięćdziesiątej Pierwszej Wschodniej,
              gdzie Nelson zamówił lunch. Wybrał stolik przy oknie, więc nie
              tracąc go z oczu, wyskoczyła z wozu, żeby kupić kubek kawy w
              konkurencyjnym lokalu po drugiej stronie ulicy. Dmuchając na prawie
              wrzący płyn, obserwowała jak detektyw bierze do ust ostatni kawałek
              steku i wyciera usta serwetką. Burczenie w brzuchu przypomniało
              jej, że od śniadania nic nie jadła.
              Wreszcie Nelson wstał i ruszył w stronę toalet. Valerie,
              ignorując pieczenie przełyku, duszkiem dopiła kawę, a następnie
              wprawnym rzutem posłała pusty kubek do ulicznego kosza na śmieci.
              Była gotowa do dalszej jazdy. Stukając palcami w kierownicę,
              wpatrywała się w tablicę z napisem "Toalety" i wielką strzałką
              wskazującą ciemny korytarz. Ludzie wchodzili i wychodzili, ale
              detektyw zniknął bez śladu.

              W końcu zniecierpliwiona postanowiła wysiąść i sprawdzić,
              czy Winston nie wymknął się tylnym wyjściem. Kątem oka wciąż
              widziała jego samochód stojący na parkingu, ale może wziął taksówkę,
              albo poszedł pieszo? To by znaczyło, że zorientował się w sytuacji i
              wie, że jest obserwowany! Wyłączyła klimatyzację i już miała opuścić
              wóz, gdy usłyszała pukanie w szybę. Zamurowało ją. Uniosła głowę i
              wlepiła oczy w dobrze jej znaną twarz Winstona Nelsona.
              – W czym mogę pomóc? – zapytała, próbując zachować zimną krew.
              – Miałem zadać pani to samo pytanie – uśmiechnął się życzliwie,
              jednak jego spojrzenie nie wróżyło nic dobrego.
              - Nie rozumiem.
              – Odnoszę wrażenie, że jedzie pani za mną od momentu, gdy wyszedłem
              z hotelu.
              – To pomyłka – odparła, udając obojętność.
              – Przepraszam, źle się wyraziłem. Jestem pewien, że pani za mną
              jedzie.
              – Myli się pan.
              – Ach tak? - znów się uśmiechnął. Ale chyba nie zaprzeczy pani,
              jeżeli powiem, iż nazywa się Valerie Westcomb?
              Tym razem agentka nie zdołała ukryć zaskoczenia.
              – Skąd pan wie?
              – Prywatni detektywi wiedzą wszystko o policji i FBI. Prowadzi pani
              śledztwo w sprawie morderstwa Jessego Simonsa.
              – To tajne dochodzenie – mruknęła, przekręcając kluczyk w stacyjce.
              – Ciekawe, czy pani obecnego zwierzchnika zainteresują informacje
              dotyczące Rachel Devereaux? – zapytał, przekrzykując pracujący
              silnik.
              – Owszem.
              – To dobrze – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Bo uwielbiam
              zwierzać się policjantom.

              Szedł za Valerie korytarzem na czwartym piętrze posterunku,
              kiedy z gabinetu przy końcu holu wyłonił się Chad. Na widok Winstona
              nawet nie mrugnął okiem. Nelson także minął go, nie zaszczycając
              spojrzeniem. Hamilton zdawkowo przywitał się z Valerie i wsiadł do
              windy. Agentka Westcomb zapukała do biura Donowana i wprowadziła
              Nelsona do środka.
              Donowan właśnie szukał czegoś, przerzucając sterty
              dokumentów, którymi usłane było biurko. Jego spojrzenie zatrzymało
              się na detektywie nieco dłużej niż powinno, ale szybko zreflektował
              się i wskazał obojgu miejsca na sofie.
              – Pan Nelson twierdzi, że posiada istotne informacje o Rachel
              Devereaux – powiedziała Valerie. - Ciekawe, co też ten cwaniak
              wywęszył? - pomyślała i usiadła, zakładając nogę na nogę.
              Detektyw także usiadł i splótł palce obu rąk na kolanie. – Rachel
              nie zabiła Jessego Simonsa – rzekł, patrząc Sheldonowi prosto w oczy.
              Donowan przelotnie zerknął na Westcomb.
              – Ma pan na to dowody? – spytał. Nawet nie starał się ukryć nutki
              politowania, wyraźnie pobrzmiewającej w jego głosie.
              – Nie, ale je zdobędę. Nie będę wchodził wam w drogę, jeśli wy także
              nie będziecie tego robić – znacząco popatrzył na Valerie.
              – Rachel się z panem kontaktowała? – zapytał Sheldon. Patrzył
              uważnie, jakby miał nadzieję, że Nelson z czymś się zdradzi.
              – Mogę zobaczyć akta sprawy?
              – Co za głupie pytanie! – oburzył się Donowan.
              – Pan zadaje równie mądre.
              – Wsadźmy go na noc za obrazę funkcjonariusza policji oraz
              spowodowanie
              karambolu – zaproponowała Valerie.
              – A twierdziła pani, że mnie nie śledzi – prychnął Win.
              Valerie otworzyła usta by odpowiedzieć, ale przeszkodziło jej
              natarczywe pukaniedo drzwi.
              – Wejść! – krzyknął Donowan.
              Do gabinetu zajrzał szczupły policjant w mundurze, pełniący funkcję
              dyżurnego na parterze.
              – Dzwonił porucznik – zerknął na samoprzylepną karteczkę, którą
              przyczepił sobie do dłoni. – Graham Smith z pańskiego wydziału,
              inspektorze. Prosił, żeby przekazać, że przez najbliższe kilka
              godzin pozostanie nieosiągalny bo przebywa poza miastem.
              – Dlaczego nie skontaktował się bezpośrednio ze mną?
              – Pańska linia, inspektorze, od kilkunastu minut jest zajęta.
              Sheldon Donowan dopiero teraz zwrócił uwagę na słuchawkę telefonu,
              która zamiast na widełkach aparatu, spoczywała obok stosu
              papierzysk. Pospiesznie odłożył ją na właściwe miejsce.
              – Mniejsza z tym. Nie mówił dokąd się wybiera?
              – Wspomniał coś o Morris Lake.
              Winston Nelson nieznacznie uniósł wzrok. Serce zabiło mu szybciej.
              Jakim cudem tak szybko zlokalizowali miejsce pobytu Rachel i Chada?
              I kogo szukają – Hamiltona czy Rachel? Chad kontaktował się z
              Donowanem, ale Smith prawdopodobnie jeszcze o tym nie wie. Tak czy
              inaczej, sytuacja nie wyglądała ciekawie. Hamilton wyszedł z
              komisariatu najdalej pół godziny temu - kalkulował Win w myślach -
              więc na pewno nie zdążył dotrzeć do Sparty. W najlepszym wypadku
              pokonał ćwierć, może jedną trzecią drogi, zakładając, że nie trafił
              na korki.
              – Dzięki za wiadomość – inspektor skinął głową. Policjant
              zasalutował i poszedł.
              – Zamykacie mnie w areszcie, czy mogę wrócić do pracy? – spytał
              Nelson na pozór beztrosko, ale myślami już był w drodze do Sparty.
              - Jeśli to nie problem, chciałbym jeszcze porozmawiać o Simonsie.
              Chyba, że bardzo się panu spieszy...
              – Skądże – zaprzeczył Win, chociaż Donowan zaczynał działać mu na
              nerwy.
              • mefista7 Re: Mefista7 - analiza tekstu - "produkt finalny" 24.10.07, 15:12
                Bardzo dziękuję za wnikliwą analizę, która naprawdę bardzo mi pomogła. Żeby nie
                robić na forum chaosu, napiszę do Ciebie na priv ;)
    • green-mouse Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 29.10.07, 21:41
      Ciekawe, co sądzicie o takiej bajeczce...

      ARNOLD ZE SMOCZYLASU

      Arnold pochodził z bardzo starej rodziny smoków, która od niepamiętnych czasów
      mieszkała w miejscowości Smoczylas. Jego przodkowie byli znani na całym świecie.
      Jedni zjadali księżniczki. Inni walczyli z rycerzami. A jeszcze inni straszyli w
      lasach i zabierali turystom kanapki, jajka na twardo i kefir. Ale najsłynniejszy
      ze wszystkich był prapradziadek Franciszek Wawelski, który zjadł więcej
      księżniczek niż jakikolwiek inny smok na świecie. Niestety, pewnego dnia zjadł
      księżniczkę z bardzo brudnymi nogami, którą podrzucił mu podstępny szewc
      Dratewka. Po tej przekąsce miał takie pragnienie, że wypił całą wodę z rzeki i
      pękł. Na pewno znacie tę historię. Arnold też ją znał. I nie chciał być taki,
      jak prapradziadek. Nie miał ochoty na zjadanie księżniczek i rycerzy. On marzył,
      żeby się zaprzyjaźnić z ludźmi i udowodnić im, że smoki nie są wcale groźne.
      Słysząc to jego krewni pukali się w czoło i mówili:
      – Arnold, smok nie może przyjaźnić się z człowiekiem. Ludzie są do jedzenia, tak
      samo jak naleśniki z serem. Czy chciałbyś się zaprzyjaźnić z naleśnikiem z serem?
      Ale Arnold nie dał się przekonać. Pewnego dnia, gdy miał już dosyć kpin ze
      strony innych smoków, postanowił opuścić Smoczylas i wyruszyć w świat. Zapakował
      do plecaka czterdzieści kanapek z rzodkiewką i szczypiorkiem, ciepłe majtki i
      zdjęcie swoich rodziców. I poszedł tam, gdzie jego krewni najczęściej udawali
      się na poszukiwanie księżniczek i rycerzy.
      – Mam nadzieję, że nie zjedli wszystkich i znajdę kogoś, kto się ze mną
      zaprzyjaźni – pomyślał sobie, gdy w oddali zniknął jego dom rodzinny. – O, chyba
      właśnie ktoś nadchodzi...
      Okazało się, że drogą nadjeżdżał królewicz na koniu. Arnold pobiegł w jego stronę.
      – Ahoj, królewiczu! Mam na imię... – niestety nie zdążył dokończyć, bo królewicz
      ryknął wielkim głosem ze strachu i znikł w oddali. Spieszył się tak, że jego
      rumak pogubił podkowy.
      – Nic nie szkodzi... – pocieszał się Arnold. – Zabiorę ze sobą te podkowy. Na
      pewno przyniosą mi szczęście i już wkrótce uda mi znaleźć przyjaciół.
      I ruszył dalej drogą, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu nowych znajomych.
      Już stracił nadzieję, że ktokolwiek się pojawi, gdy nagle zobaczył domek. Przed
      domkiem siedzieli ludzie i jedli podwieczorek.
      – Ojej, jak miło Państwa poznać – powiedział uprzejmie Arnold, zbliżając się do
      stolika. – Chciałbym się przedstawić. A może mogę coś zjeść, bo strasznie burczy
      mi w brzuchu?
      Patrzył zdziwiony, jak ludzie nagle zrywają się od stołu i uciekają w popłochu.
      – On powiedział, że chce nas zjeść, bo jest głodny – krzyczeli.
      – Ale ja miałem ochotę tylko na malutki kawałek tortu czekoladowego –
      odpowiedział Arnold, ale nikt go nie słyszał, bo wszyscy gdzieś się ukryli.
      Biedny smok spuścił głowę i poczłapał dalej polną drogą. Chociaż na stole został
      wielki kawał jego ulubionego ciasta, smok nie miał już na niego ochoty.
      – Chyba wrócę do Smoczylasu – myślał sobie. – Tam nikt się mnie nie boi.
      Już miał zawrócić i ruszyć w stronę domu, gdy nagle zza krzaków wyszedł mały
      chłopiec.
      – Cześć – powiedział do Arnolda. – Jestem Jędruś Dratewka, wnuk słynnego szewca
      Dratewki.
      – Aaaaa! Ratunku! – ryknął Arnold wielkim głosem i rzucił się do ucieczki.
      – Stój! – krzyczał Jędruś biegnąc za nim. – Nie zrobię ci nic złego. Chcę się z
      tobą zaprzyjaźnić.
      Ale Arnold ani myślał się zatrzymywać. Niestety, potknął się o własny ogon i
      legł jak długi. Obok niego zatrzymał się zasapany chłopiec.
      – Nie zabijaj mnie! – jęknął Arnold. – Ja jestem zupełnie niegroźny. Nie zjadam
      ludzi. Mam po nich czkawkę i wysypkę.
      – Ale ja cię wcale nie chcę zabić – odpowiedział Jędruś. – Chcę zostać twoim
      przyjacielem. Mój dziadek też się przyjaźni z jednym takim smokiem. Nazywa się
      Franciszek Wawelski.
      – To mój prapradziadek – smok zerwał się na równe nogi. – Ja słyszałem, że szewc
      Dratewka nakarmił go księżniczką z brudnymi nogami. Prapradziadek zjadł ją, a
      później wypił tyle wody z rzeki, że pękł...
      – No coś ty – roześmiał się Jędruś. – Przecież widziałem go w zeszłym tygodniu i
      był zupełnie cały. Mieszka niedaleko. Ma domek z ogródkiem, w którym uprawia
      marchewkę.
      – No, to dlaczego wszyscy w Smoczylesie opowiadają tę historię o księżniczce? –
      zdziwił się Arnold.
      – To dziadek Dratewka i Pan Wawelski ją wymyślili – powiedział szeptem Jędruś. –
      Twój prapradziadek miał już dosyć zjadania ludzi i chciał się wyprowadzić ze
      Smoczylasu. Ale inne smoki mu na to nie pozwalały. No to wymknął się którejś
      nocy z domu, przybiegł do nas, a dziadek ukrył go na strychu. A sam zaczął
      opowiadać, że zabił Smoka Wawelskiego.
      – To znaczy, że twój dziadek nie zabija smoków? – zdziwił się Arnold.
      – No pewnie, że nie! A czy ty zjadasz ludzi? Bo może zaraz schrupiesz mnie na
      kolację? – przestraszył się Jędruś.
      – No pewnie, że nie... Ale nikt o tym nie wie i wszyscy uciekają przede mną –
      smok smutno zwiesił wielką zieloną głowę.
      – Boją się, bo cię nie znają. Wystarczy, że przedstawię cię mieszkańcom naszej
      wioski, a od razu się z tobą zaprzyjaźni – stwierdził Jędruś i wyruszyli razem,
      żeby szukać przyjaciół dla Arnolda.
    • dreammy Sekretne Pamiętniczki z Planu Filmowego 21.11.07, 20:26
      SEKRETNE PAMIĘTNICZKI Z POCZEKAJKI

      WYSTĘPUJĄ:
      Kasia – Producentka
      Bartek – Reżyser
      Konrad – Operator kamery
      Monika – powieściowa Patrycja
      Januszek (powieściowy) – Grzegorz
      Emil – powieściowy Gabriel
      Justyna – powieściowa Matka Patrycji
      Joasia – Joasia (ta od zdjęć)
      Gościnnie: krówka Zosia, trzy wściekłe konie, dwa dziwne psy i inni

      21 dzień p.z. (przed zdjęciami)
      KASIA: Wstałam dzisiaj lewą nogą. Stwierdziłam, że na to może pomóc
      tylko film. Zaggadałam do Bartka-Reżysera. Robimy film. Nie wiem
      jeszcze jaki, ale robimy.
      BARTEK: Odezwała się dzisiaj do mnie Kasia Michalak, ta od
      scenariuszy. Stwierdziła, że ma jakiś syndrom napięcia (nie wnikałem
      czego) i że musi zrobić film. Na odczepnego zgodziłem się.

      20 dzień p.z.
      KASIA: Wysłałam Bartkowi scenariusz i skombionwałam cash. Na razie
      mało (mało?!): jakieś pięć tysięcy, ale może będzie więcej. Bartek
      coś się nie odzywa. Może dziś on wstał lewą nogą?
      BARTEK: Wczoraj wpadła na pomysł filmu, a dziś przysłała mi
      scenariusz i skombinowała cash. Zatkało mnie. ONA NAPRAWDĘ CHCE
      ROBIĆ TEN FILM!!!

      19 dzień p.z.
      KASIA: Mam więcej cashu (dał mi sponsor, nie żądając w zamian
      żadnych usług!). Piszę piosenkę (a nawet trzy), bo postanowiłam, że
      będzie to teledysk. Uwielbiam, po prostu uwielbiam komponować
      myszką – wklikanie kilku tysięcy nutek to moja pasja.
      BARTEK: ONA pisze piosenki. Trzy, żeby był wybór. Jest nienormalna,
      zaczynam się jej bać. Na wszelki wypadek udam, że biorę to na
      poważnie i zacznę kombinować ekipę. I walkie-talkie, bo się je tak
      fajnie trzyma.

      18 dzień p.z.
      KASIA: Cały czas piszę te cholerne piosenki. Zaczynam nienawidzić
      myszki, nutek, piosenek i tego filmu, a minęły dopiero trzy dni.
      Bartek wspomniał coś o ekipie i walkie-talkie. Jestem za, a nawet
      przeciw.
      BARTEK: Robię tabelkę. Nie mam czasu na pierdoły.

      14 dzień p.z.
      KASIA: Mam coraz więcej cashu, ale okazuje się, że i tak nie
      wystarczy. Cóż. Zawsze mogę sprzedać dziecko. Wybrałam jedną z tych
      trzech piosenek. Ciekawe po co pisałam pozostałe, skoro od początku
      wiedziałam, że to będzie ta. Bartek zapycha mi pocztę tabelkami, a
      telefon smsami o walkie-talkie. Zaczynam go nie lubić…
      BARTEK: Od czterech dni wysyłam Kasi bardzo ważne tabelki, ale ona
      przejmuje się nimi NIEWYSTARCZAJĄCO! Pomija także milczeniem moje
      prośby o dwa (słownie: dwa) komplety walkie-talkie. Czy ona nie
      rozumie, jakie to ważne? Plany Pracy i walkie-talkie?!



      12 dzień p.z.
      KASIA: Przyszło mi na myśl, że potrzebni będą jacyś aktorzy. Nawet
      chyba czworo, nie licząc psa. I mnie. I konia. I krowy. Ze
      scenariusza wyrzuciłam bizony i pytona. Nie zmieszczą się w
      kosztorysie. Szkoda. Lubię bizony.
      BARTEK: Kasia dzisiaj odkryła, że w jej filmie grają jacyś aktorzy.
      No gratuluję refleksu. Szukamy aktorów. To znaczy ona szuka, bo ja
      jestem zajęty. Poprawiam Plany Pracy.

      10 dzień p.z.
      KASIA: Pro forma przejrzałam 10 tysięcy zdjęć, choć od początku
      wiedziałam, kogo chcę. Doczytałam się też (w obowiązującym na dzień
      dzisiejszy scenariuszu), że potrzebna jest jakaś chata i wiatrak.
      Skąd ja jej teraz wiatrak wytrzasnę?! Jej - to znaczy komu? Sobie.
      No tak, to ja pisałam ten scenariusz. Może powinnan zostać przy
      weterynarii? Jutro jedziemy z reżyserem i operatorem szukać chaty i
      wiatraka.
      BARTEK: No chyba ją pogięło! Na jutro zapowiadają 37 stopni w
      cieniu, a Kaśka chce jechać w teren, szukać chaty i wiatraka.
      Kapitalna pogoda na podróże krajoznawcze!

      9 dzień p.z.
      KASIA: Poległam.
      BARTEK: Poległem.
      KONRAD: Poległem.

      8 dzień p.z.
      KASIA: Doszłam do siebie po wczorajszym. Jechaliśmy 150 kilosów, a
      potem chodziliśmy po skansenie w 45 stopniach celsjusza. Białka oczu
      mi się ścięły. Mam wiatrak, chatkę, konia i psa. I udar słoneczny.
      Poznałam operatora, który będzie operował. Nie, nie skalpelem.
      Kamerą za 200 tys (nie mieści się w budżecie!!). Chyba mnie nie
      polubił.
      BARTEK: Boli mnie głowa.
      KONRAD: Nienawidzę Kaśki!!

      7 dzień p.z.
      KASIA: Jestem szczęśliwa. Mam Patrycję i Gabriela. A to już połowa z
      czworga grających (nie licząc krowy, koni, psa i mnie). Patrycja
      jest śliczna, tylko cały czas myli mi się z Anaelą z mojej pierwszej
      powieści. Muszę się przestawić. Gabriel jest okej. Ma zarastać, bo
      ogolony przyszedł. Biegaliśmy dziś po Domach Centrum, żeby kupić mu
      czarne spodnie i koszulę. Kurde, czy w Warszawie nie ma zwykłych
      czarnych męskich koszul?! Ja nie chcę metroseksulanego Gabriela w
      jedwabiach!!
      BARTEK: Nadal boli mnie głowa. ONA nie chce czytać moich tabelek i
      nadal ignoruje prośby o walkie-talkie, bo jej się budżet kończy.
      Coraz bardziej jej nie lubię.
      EMIL: Poznałem producentkę. Okej facetka. Ubierała mnie na czarno.
      Trochę dziwnie się czułem, ubierany przez obcą kobietę, ale co tam.
      Mam fajne spodnie i pasek. Kazała mi zarastać, zupełnie jakbym nie
      był wystarczająco zarośnięty. Ludzie, ja w sobotę jestem świadkiem
      na ślubie kumpla! Muszę przyzwoicie wyglądać!
      MONIKA: Poznałam producentkę. Jest… dziwna. Mówi do mnie „Patrycjo”,
      ale czasem „Anaelo”, czy jakoś tak. Hmmm….. Czy ja na pewno chcę
      grać w tym filmie? Reżyser jest okej, tylko ciągle mówi o jakichś
      tabelkach. Chyba nie każą mi wypełniać ankiety?

      6 dzień p.z.
      KASIA: Drugi dzień szukaliśmy tej pieprzonej czarnej koszuli. To
      były najdłuższe zakupy w moim życiu. Na dodatek ubierałam obcego
      faceta!! Cholera, czuję się jak sponsorka… Potem z Bartkiem
      pojechaliśmy po piosenkę. Hmm… Piosenka jest gotowa, tylko dlaczego
      nikt w niej nie śpiewa? :/
      BARTEK: Trzy godziny czekałem na Kaśkę pod Złotymi Tarasami.
      Kupowała jakieś koszule. I to nie dla siebie! Nienawidzę jej! Potem
      przegnała mnie do Pruszkowa po piosenkę. Jej też nienawidzę! Jak
      chcę walkie-talkie!!
      EMIL: Po trzech godzinach znaleźliśmy czarną koszulę. Nienawidzę jej!

      5 dzień p.z.
      KASIA: Nie mam Janusza. Mam piosenkę bez słów. Nie mam kart. Mam
      czarną koszulę – kupiłam na bazarku w Wyszkowie. Ludzie: nie mam
      Janusza!! Powiedziałam Bartkowi, że jeśli jeszcze raz przyśle mi
      tabelkę, to zacznę krzyczeć. Ja się, kurde, łączę z netem przez
      komórkę!!
      BARTEK: Kaśka powiedziała, że jak jej jeszcze raz przyślę tabelkę,
      to zacznie krzyczeć. Czy ona nie rozumie, jak ważne… Zaczęła
      krzyczeć.

      4 dzień p.z.
      KASIA: Za cztery dni zdjęcia. Spoko i luzik. Od paru dni nie mogę
      spać i nie jem. Boję się, że nie będzie pogody, że nie będzie
      wiatraka. Że nie będzie krowy, konia, psów, aktorów, samochodów i
      czegoś tak jeszcze. O jedno się nie martwię: NA PEWNO będą tabelki
      Bartka. Dziś odebrałam drogowskazy, kule i karty. Cztery dni do
      zdjęć, a ja nadal nie mam Janusza. Spoko i luzik.
      BARTEK: Kaśka zamiast pracować nad filmem (czy ona mogłaby w końcu
      zatwierdzić Plany Pracy?!) kupuje szklane kule i karty tarota. Czy
      ona będzie wróżyć na tym planie, czy co?!
      KONRAD: Kaśka odesłała mi scenopis z głupimi uwagami typu: „Tu gra
      kto inny, przeczytaj scenariusz!!” Nienawidzę Kaśki!!

      3 dzień p.z.
      KASIA: Ulitowałam się nad Bartkiem i siadłam nad tymi planami.
      Kurde, w pół godziny je zrobiliśmy. O co tyle hałasu?!
      BARTEK: Alleluja! Mam Plany Pracy! Jeszcze je teraz ładnie przepiszę
      i wyślę Ka… Dzwoniła Kaśka. Powiedziała, że do niedzieli wieczorem
      nie chce widzieć żadnych tabelek w swojej poczcie. Smutno mi…

      2 dzień p.z.
      KASIA: Umieram ze strachu. Ale skompletowałam załogę. Mam Janusza!
      Jak na zawodowego uwodziciela jest trochę nieśmiały, ale mam
      nadzieję, że się rozkręci. Jeśli nie już JA go rozkręcę! Znów
      kupowałam obcemu facetowi ciuchy… Zaczyna mi to wchodzić w nałóg.
      BARTEK: Nie odzywam się do Kaśki. Jeśli do jutra nie kupi mi walkie-
      talkie, to będę zły. Podesłałem jej malutką tablekę, naprawdę małą -
      cztery kolumienki - a ona powiedziała, że mnie zabije. Nie odzywam
      się do niej.
      JAN
      • dreammy Re: Sekretne Pamiętniczki z Planu Filmowego 21.11.07, 22:46
        Zeżarło 2/3 tekstu! Protestuję! Mam to dać w 3 aktach, czy co?
        • hophopi Re: Sekretne Pamiętniczki z Planu Filmowego 27.11.07, 22:43

          > Zeżarło 2/3 tekstu! Protestuję! Mam to dać w 3 aktach, czy co?

          nie ma bata - trza w 3 aktach :)
          [wredny automat ciacha za długie]
        • ponurak Re: Sekretne Pamiętniczki z Planu Filmowego 01.12.07, 08:23
          Tak się nie robi!!!
          Dawaj nawet w siedemdziesięciu trzech, byleby szybciej:-)
        • e.lalka Re: Sekretne Pamiętniczki z Planu Filmowego 01.12.07, 09:59
          A bo jak raz na kilkadziesiąt lat zdarzy się prawdziwie życiowy
          scenariusz to producent rzuca pilotaż na rynek i potem to już tylko
          w te słupki i wykresy się wgapia no i wszystkie na bezdechu czekają
          co z tych excelów wyduma a autor najpierwszy w cierpieniach, bo jak
          mu na koszuli np. logo malmy czy inszej palmy każą sponsorowane
          dohaftować i dopisać role dla niedoupadłych gwiazd naszej estrady z
          amantem Ibiszem w jedwabiach półprzeźroczystych na ten przykład w
          trzech aktach albo innym Konradem peany na lodzie wyśpiewującym pod
          unię klientów banków PKO S.A.- BPH, ech..
    • dreammy Sekretnych Pamiętniczków cz. II 01.12.07, 17:35
      2 dzień p.z.
      KASIA: Umieram ze strachu. Ale skompletowałam załogę. Mam Janusza!
      Jak na zawodowego uwodziciela jest trochę nieśmiały, ale mam
      nadzieję, że się rozkręci. Jeśli nie już JA go rozkręcę! Znów
      kupowałam obcemu facetowi ciuchy… Zaczyna mi to wchodzić w nałóg.
      BARTEK: Nie odzywam się do Kaśki. Jeśli do jutra nie kupi mi walkie-
      talkie, to będę zły. Podesłałem jej malutką tablekę, naprawdę małą -
      cztery kolumienki - a ona powiedziała, że mnie zabije. Nie odzywam
      się do niej.
      JANUSZEK: Poznałem dzisiaj producentkę. Jest okej, tylko strasznie
      ruchliwa. W pewnej chwili, przysięgam!, widziałem ją w trzech
      miejscach na raz! Mam grać uwodziciela w jej filmie. Zawodowego.
      Cóż… Kiedyś musi być ten pierwszy raz.

      1 dzień p.z.
      KASIA: Nie mam forda. Będę musiała zabić rodziców, jeśli do wieczora
      nie oddadzą mi samochodu, który gra główną rolę w tym filmie. Cóż.
      Chyba z dwojga złego wolę iść do pierdla, niż robić filmy. Może mi
      więc nie oddadzą, a wtedy… Co to ja chciałam. Aha: wieczorem
      spotkaliśmy się całą ekipą, bo pomyślałam, że chcę ich wszystkich
      zobaczyć. Chyba jednak nie chcę ich widzieć.
      BARTEK: Spotkaliśmy się całą ekipą. Fajnie było. Kaśka urwała się na
      pół godzinki z Januszkiem – ja tam nic nie sugeruję... Ona mu dała
      złotego rolexa za 6000!!!!!
      JANUSZEK: Dostałem od producentki złotego rolexa za 6 tysiaków. Ona
      chyba na mnie nie leci. Nie leci, prawda?!

      Dzień pierwszy: wyjazd, krówka, skansen.

      6:00
      KASIA: Spoko. Ruszyliśmy z Emilem srebrnym fordem spod mojego domu.
      Nie zabiję rodziców. Może innym razem. Samochód alfa (z Joasią,
      Moniką i Januszem) ruszył spod Kongresowej. Samochód beta (b jak
      Bartek) ruszył z Chełmskiej. Samochód delta (Konrad ze sprzętem) NIE
      ruszył spod Rotundy.
      7:00
      KASIA: Spoko i luzik. Samochód delta nadal pod Rotundą, a w nim
      sprzęt za 200 tysięcy. Konrad zawrócił nas z Łomianek po resztę
      sprzętu, bo się nie zmieścił (sprzęt, nie Konrad). Co to dla mnie
      wracać dokładnie w to miejsce, z którego godzinę wcześniej
      wyjechałam… Próbuję (poniedziałek 7. rano) wypożyczyć furgonetkę.
      8:00
      KASIA: Nie no, luz zupełny. Samochód delta nadal pod Rotundą. Konrad
      pobił się z taksówkarzem o ławkę. Chyba go lubię (Konrada). Zaraz
      powinni podstawić drugi samochód, za jedyne 1000zł ekstra.
      9:00
      KASIA: Samochód delta (tylko inny) ruszył spod Rotundy. Mamy trzy
      godziny opóźnienia. Samochody alfa i beta są na miejscu. I bardzo im
      tak dobrze.
      BARTEK: Gdzie ona jest?! Gdzie ona jest?!
      JOASIA: Kasia jest moją przyjaciółką, więc może nie powinnam tego
      mówić, ale… siedzimy sobie u krówki już trzecią godzinę, a jej z
      Emilem jak nie ma tak nie ma. Nie to żebym miała coś przeciw, ale…
      wczoraj z Januszkiem, dzisiaj z Emilem…
      MONIKA: Wieś. Jestem na wsi. Czy ja na pewno chcę grać w tym filmie?
      11:00
      KASIA: Jesteśmy u krówki. Pan Krzysio (właściciel gospodarstwa) ma
      dziwną minę. Wiem, wiem: uprzedzałam, że przyjadę zrobić krówce
      zdjęcia, ale „zapomniałam” dodać, że przyjadę w cztery samochody i z
      jedenastką ludzi. Nie uprzedzałam także, że oprócz krówki potrzebuję
      srokatego konia, że będziemy kraść mu prąd, że będziemy pętać się po
      jego domu i że całkowicie zdemolujemy mu ogród.
      BARTEK: Zjawiła się Kaśka. Właściwie po co?
      KONRAD: Nienawidzę Kaśki. Nienawidzę tego filmu. Nienawidzę wsi.
      Nienawidzę krów.
      MONIKA: W pierwszej scenie mam się całować, tylko nie jest
      sprecyzowane, czy z krową, czy z Januszkiem… Jeżeli miałabym wybór…
      JANUSZEK: Mam się całować z Moniką. (Mam nadzieję, że z Moniką, bo w
      scenariuszu było też coś o krowie).
      EMIL: Nienawidzę srokatych koni!!
      12:00
      KASIA: O Dżizes, prawie całowałam się z Moniką! Na
      szczęście „prawie” robi dużą różnicę.
      MONIKA: Kaśka rzuciła się na mnie i chciała się ze mną całować!! Czy
      ja na pewno…
      JANSZUEK: Dlaczego producentka całuje się z moją dziewczyną?!
      EMIL: Kaśka rzuciła się na Monikę! Ledwo ją odciągnąłem…
      BARTEK: Zginęły tabelki z planem pracy. Scenariusz też gdzieś
      zginął. Moje ukochane walkie-talkie nie działa. Jestem
      niepocieszony. Na planie jakieś zamieszanie. Aha, Kaśka miała jakiś
      pomysł z całowaniem. Nie wiem o co tyle hałasu. To już całować się
      nie można spokojnie? Aha, nie. Miało być właśnie niespokojnie i
      Kaśka chciała pokazać, jak Januszek z Moniką mają to zagrać. Trochę
      wszystkich wystraszyła, rzucając się na Monikę.
      KONRAD: Kaśka jest spoko babka. Rozpieprzyła cały plan i nauczyła
      się ode mnie kląć. Chyba ją polubię.
      13:00
      KASIA: Krowa Zosia (500kg) stoi mi właśnie na nodze, a ci debile
      (reżyser z operatorem) zamiast kręcić, gadają o świetle.
      MONIKA: Krowa Zosia oblizuje mi właśnie głowę, a ci debile (reżyser
      z operatorem) zamiast kręcić, gadają o świetle.
      BARTEK: Wymieniamy z Konradem uwagi na temat światła słonecznego
      odbitego od źdźbeł trawy.
      JANUSZEK: Fajnie tu. Może zostanę rolnikiem?
      14:00
      KASIA: Pan Krzysztof (właściciel gospodarstwa) żegnał nas ze łzami w
      oczach. Ja też miałabym łzy w oczach, gdyby ekipa zboczeńców
      zdemolowała mi ogród. Jedziemy do skansenu. Już się boję…
      15:00
      KASIA: Spoko i luzik. Czy ktoś ma scenariusz? Albo plan pracy? Co my
      teraz kręcimy?
      BARTEK: Ludzie, kto ma moje tabelki?
      KONRAD: K…wa mać!! Co my, k…wa, teraz kręcimy?!
      EMIL: To ja idę ujeżdżać kobyłkę.
      MONIKA: To ja idę się malować.
      JANUSZEK: Fajnie tu.
      JOASIA: W pionie reżyserskim jakieś zamieszanie, coś im zginęło. W
      pionie wykonawczym spoko i luzik: Monika się maluje, Emil ujeżdża,
      Januszek się opala. Idę popstrykać zdjęcia.
      16:00
      KASIA: Fajnie tu. Monika wyrzuciła mnie z planu. Powiedziała, że ona
      przy mnie nie może grać, i albo ona, albo ja. Wybrałam siebie. To
      znaczy ją. Czy to ma związek z porannym całowaniem?
      MONIKA: Wyrzuciłam producentkę z planu. Chyba się jej boję…
      BARTEK: Kaśka wyrzuciła Monikę z planu. Nie, odwrotnie: Monika –
      Kaśkę. I fajnie. Będzie mi się tu wpieprzać (Kaśka, nie Monika). JA
      tu jestem reżyserem. JA sam. Czy ma ktoś scenariusz? O co chodziło z
      tym wiatrakiem?
      KONRAD: Moją - ulubioną od dzisiaj - producentkę wyrzucili z planu.
      Szkoda. Tak fajnie nam się razem klęło.
      16:30
      KASIA: Dzwonili z planu, że może bym jednak wróciła, bo nie wiedzą
      jak coś tam zagrać. Mam ich w dupie. Jestem u dyrektora skansenu i
      podpisuję umowę.
      BARTEK: Nie ma scenariuszy… Nie ma planów pracy… Nie ma Kaśki…
      MONIKA: Kasia mogłaby jednak wrócić…
      KONRAD: Co ja mam, k…wa, kręcić?! Gdzie jest, k…wa, Kaśka?!
      17:00
      KASIA: Nie żyję. Mam zawał serca. W czasie sceny z koniem ta
      popieprzona kobyła skoczyła przed samochód.
      EMIL: Nie żyję. Mam zawał serca. Gdy mijał nas samochód, ta
      pierdolnięta kobyła skoczyła przed maskę.
      BARTEK: Fajna jest ta scena, jak koń skacze przed maskę. Poproszę
      dubelek!
    • dreammy Sekretnych Pamiętniczków cz III 01.12.07, 17:37
      17:30
      KASIA: Zmieniłam kolejność – najpierw samochód, potem koń - choć to
      bez sensu. Zmieniłam też obsadę samochodu, zamiast Moniki i
      Januszka – ja i kierowca. Jak ktoś ma polec, to wolę to być ja.
      Wątpię, czy wszyscy dożyją do końca zdjęć.
      BARTEK: Kaśka znów coś namieszała. Zmieniła kolejność, a było to
      takie fajne ujęcie… Mam cichą nadzieję, że znów ją ktoś wyrzuci z
      planu…
      EMIL: Nienawidzę koni!! Co ja tu robię?!
      18:00
      KASIA: Kończy się światło i dzięki Bogu. Znalazły się pieprzone
      tabelki. Tylko scenariusze poginęły.
      BARTEK: Mam plany pracy!!!!! O kurde, jeszcze połowa scen do
      nakręcenia… :/
      KONRAD: Kończy się, k…wa, światło, a ten debil reżyser mendzi, że
      mamy jeszcze połowę scen do nakręcenia. Niech se w dupę wsadzi te
      swoje sceny! Ja się pakuję. Kaśka mnie poparła. Lubię ją.
      JOASIA: Jaki ładny zachód słońca. Fajnie tu.
      JANUSZEK: To był fajny dzień. Opaliłem sobie tors.
      EMIL: Nienawidzę koni i samochodów!! Nienawidzę Kaśki!!
      MONIKA: Podpisuję się pod wypowiedzią Emila.
      21:00
      KASIA: Nie mówcie nic do mnie!! Idę się upić.

      Dzień drugi: skansen.

      6:00
      KASIA: Nienawidzę szóstej rano.
      7:00
      KASIA: Nienawidzę skansenu.
      8:00
      KASIA: Nienawidzę Bartka.
      9:00
      KASIA: Nienawidzę Konrada.
      10:00
      KASIA: Nienawidzę… O, znów mamy ładną pogodę! Szczęściara ze mnie,
      że akurat na te trzy dni, kiedy kręcimy, wyszło słoneczko…
      KONRAD: Co to za światło, k…wa!! Co to za światło, ja pytam?! Po
      jakiego ch… świeci dzisiaj to pier…lone słońce?! Lepsze jest
      światło r o z p r o s z o n e!!
      JOASIA: Fajnie tutaj.
      BARTEK: Gdzie plany pracy?!
      EMIL: To ja pójdę lonżować ogiera…
      KASIA: Jakiego ogiera?! Miała być stara, spokojna klacz na
      biegunach! Jakiego og…?!
      11:00
      KASIA: Ja pieprzę... Czy ktoś wie, jak się podnosi maskę w fordzie?
      BARTEK: Ta głupia baba nie wie, jak się podnosi maskę w samochodzie…
      JOASIA: Nie chcę nic mówić, ale na planie zapanowała konsternacja.
      Ani właścicielka samochodu, ani nikt inny nie wie, gdzie jest jakiś
      dżinks, który podnosi maskę.
      KONRAD: Czy ktoś może, k…wa, zadzwonić do serwisu?!
      JANUSZEK: Po półgodzinnych debatach, zakończonych telefonem do
      serwisu, producentce udało się otworzyć maskę własnego samochodu. No
      gratuluję! Gdzie ona kupiła prawo jazdy?
      15:00
      KASIA: Spoko i luzik. Od czterech godzin nic ciekawego się nie
      dzieje. Kręcimy. Ja przewracam drzwi zabytkowej chaty. Już chyba
      siódmy raz. Za chwilę przewróci się cała chata i wtedy dopiero będą
      mieli fajne ujęcia.
      BARTEK: Kaśka demoluje skansen!
      JANUSZEK: Producentka zmusiła mnie do kradzieży kwiatka. Jakby co,
      jestem niewinny.
      MONIKA: Nie chcę się skarżyć, ale Kasia sypie mi pyłem w oczy. Czy
      jesteśmy ubezpieczeni? Fajny ten Januszek…
      KONRAD: Koszula Januszka i n t e r f e r u j e. Czy nikt nie
      powiedział tej debilce – mówię, o Kaśce – że do filmu nie kupuje się
      koszul w kratkę?! Nie, białych też nie! Ani czarnych! Ani w ogóle
      żadnych!!!
      JOASIA: Ładna ta chatka. (Kasia ją trochę zdemolowała). I ten
      ogródek też ładny. (Januszek ukradł kwiaty dla Moniki). Nie chcę nic
      mówić, ale… Kasia jest chyba zadrosna o Monikę – sypie jej pyłem w
      oczy. Również nie chcę nic mówić, ale na planie chodzą słuchy, że w
      nocy będziemy palić wiatrak. Ciekawe co na to dyrektor skansenu?
      EMIL: Piątą godzinę lonżuję ogiera… No comments.
      16:00
      KASIA: Dzwonił do mnie Emil, że on już nie może z tym ogierem i mamy
      się pospieszyć. Co on właściwie robi z tym ogierem? Gdzie oni są?!
      Znów zadzwonił. Kryją klacze. No, kamień z serca. Już myślałam, że
      coś gorszego…
      BARTEK: Gdzie są plany pracy ja pytam?!
      KONRAD: Czy ktoś może mi, k..wa, powiedzieć, co i gdzie teraz
      kręcimy?
      MONIKA: To ja już mogę sobie pójść?
      JOASIA: To ja już mogę sobie pójść?
      JANUSZEK: Fajnie tu.
      EMIL: Pier…lony ogier. Zaliczyliśmy wszystkie klacze na padoku.
      17:00
      KASIA: Emil nazwał mnie kobietą lekkich obyczajów.
      EMIL: Kaśka, k…wa, czy możemy kręcić te pier..lone sceny?!
      KASIA: Wyrzuciłam z planu reżysera.
      BARTEK: Kaśka wyrzuciła mnie z planu!!
      KONRAD: No wreszcie… Kaśka wyrzuciła Bartka z planu.
      17:30
      KASIA: Wszystkie sceny z ogierem nakręcone. Nie żyję.
      EMIL: Nie żyję.
      KONRAD: Fajnie tu.
      BARTEK: Czy ja mogę już reżyserować?
      JANUSZEK: A to nie koniec zdjęć?
      18:00
      KASIA: Dziesiątki razy kazali mi siadać na tych pieprzonych
      schodkach. I nie mrugać. Spróbujcie nie mrugać przez pół godziny.
      Nienawidzę schodków!
      BARTEK: Co teraz kręcimy? Ma ktoś scenariusz?
      KONRAD: Kończy się, k…wa, światło!!
      EMIL: Idę się upić.

      Dzień trzeci: mój dom.

      6:00
      KASIA: Dżizes!! W mojej kuchni o 6-tej rano półnagi mężczyzna!! A w
      łazience drugi!! O i jeszcze dwóch!! Co ci faceci robią…?! Aha,
      przecież kręcimy u mnie film…
      KONRAD: Kaśka na mój widok zaczęła krzyczeć. Może nie jestem
      superprzystojny, ale żeby zaraz drzeć mordę?
      7:00
      KASIA: Nie mówcie do mnie!! Gram!!
      9:00
      KASIA: Nadal do mnie nie mówcie!!
      10:00
      KASIA: Spadaj! Ty też spadaj!
      MONIKA: Przyjechałam na plan, poszłam przywitać się z Kasią – akurat
      grała – a ona do mnie „Spadaj!” :/
      JUSTYNA: Przyjechałam na plan, poszłam przywitać się z moją
      przyjaciółką od 22 lat – Kasią - a ona do mnie „Ty też spadaj!” :/
      11:00
      KASIA: Od czterech godzin trzymam w rękach cholernie ciężką szklaną
      kulę, a Konrad z Bartkiem nastawiają ostrość. Czwartą godzinę
      słyszę: „Kasia, potrzymaj ją jeszcze trochę… A teraz w prawo… I
      trochę w dół… I teraz w górę… Nie, za bardzo w górę, jednak w
      dół…” „Jakie w dół, k..wa, dobrze było!!”, „No to w górę… I trochę w
      prawo… Dlaczego ta ręka tak ci się trzęsie? Nie może ci się trząść!
      My wyostrzamy! Niech przestanie!!”. Potrzymaj, debilu, kilogram
      szkła przez cztery godziny, to… „Nie, chyba jednak w dół…”.
      Sp..laj!!!
      BARTEK: Ja z Kaśką nie mogę pracować. Po prostu nie mogę. Zrobiła
      się wulgarna, jak Konrad.
      KONRAD: Kaśka nauczyła się fajnie kląć. Chwilami jest lepsza ode
      mnie. Muszę więcej ćwiczyć.
      JOASIA: Nie poznaję Kasi. To była taka spokojna, kulturalna kobieta.
      Jak film zmienia ludzi… Na gorsze, ofkors.
    • dreammy Sekretnych Pamiętniczków cz IV i ostatnia 01.12.07, 17:40
      12:00
      KASIA: Skończyłam swoje ujęcia. Ręce mi drżą. Idę się upić… A nie,
      nie mogę. Zakazałam alkoholu na planie. Kurde, wszędzie poniewierają
      się butelki z colą albo wodą mineralną. Wszędzie też poniewierają
      się na wpół obnażeni faceci. Mój śliczny domek wygląda jak jeden
      wielki burdel. Fajnie tu.
      13:00
      KASIA: Właściwie nic się nie dzieje. Znów wyrzuciłam reżysera z
      planu, bo Monika powiedziała, że te sceny, z których ona mnie
      wczoraj wyrzuciła, jednak chciałaby powtórzyć. Ze mną. To znaczy,
      nie że ja się z nią obściskuję, tylko żebym ja reżyserowała. No to
      znów wyrzuciłam reżysera z planu. Fajnie być reżyserem. Chyba się
      przekwalifikuję… Zamknij się!!
      BARTEK: Kaśka znów wyrzuciła mnie z planu. Chyba się jej spodobało
      (nie to wyrzucanie, a reżyserowanie). Szkoda tylko, że walkie-
      talkie… Już nic nie mówię!!
      JANUSZEK: (To tylko tak dziwnie wygląda, jakby ciągle ktoś kogoś
      wyrzucał, ale ogólnie jest cool.)
      14:00
      KASIA: Okazało się, że nikt nie zna piosenki, do której kręcimy
      film. Cóż… Zniosłam laptop i włączyłam. Chyba im się podobała, bo
      chodzą i śpiewają.
      KONRAD: Jest spoko. Znów się wyrzucają. Fajna ta piosenka.
      MONIKA: Nie wiedziałam, że ta piosenka jest taka fajna!
      JANUSZEK: Czy ja mogę poprowadzić forda? A nauczycie mnie tak fajnie
      ruszać? Co to za piosenka?
      15:00
      KASIA: Nic nie chcę mówić, ale na moim planie kwitnie korupcja. Moja
      przyjaciółka Justyna m a ł o d y s k r e t n i e płaciła za coś
      Januszkowi.
      BARTEK: Pani Justyna (dodam, że to przyjaciółka Kaśki) płaciła za
      coś Januszkowi. Mam nadzieję, że Konrad to nagrał i Kaśkę zgarnie
      CBA.
      MONIKA: Pani Justyna zapłaciła Januszkowi, żeby mnie uwiódł. To
      miłe, ale naprawdę nie musiała tego robić…
      JANUSZEK: Trochę się boję. Przyjaciółka producentki - niejaka
      Justyna - podsunęła mi (mało dyskretnie dodam) dwa tysiaki.
      Sugerowała wzrokiem, że mam za nie kogoś uwieść. Tylko kogo?
      Producentkę? Monikę? No bo chyba nie Emila?!
      EMIL: Januszek zaczął wodzić za mną dziwnym wzrokiem. Zaczynam się
      bać.
      JUSTYNA: Jestem niewinna!
      16:00
      KASIA: Robi się gorąco. Kręcimy scenę, jak Monika ciska forsę
      Justynie w twarz. Uwaga: forsa jest prawdziwa!
      BARTEK: Na planie małe zamieszanie. Monika rzuciła pani Justynie w
      twarz te dwa tysiące.
      MONIKA: Okazało się, że pani Justyna płaciła nie za mnie, a za
      Emila. Niech sobie wsadzi w dupę te dwa tysiące!!
      JANUSZEK: Nic już nie rozumiem. Kogo i za ile mam uwodzić?!
      EMIL: Januszek wygląda na rozczarowanego. O co tu chodzi?
      JUSTYNA: Nadal jestem niewinna!!
      16:30
      KASIA: Bosze… Oni myśleli, że z tą forsą to naprawdę!! Czy nikt
      oprócz mnie nie czytał scenariusza?!
      BARTEK: Boli mnie głowa.
      MONIKA: Czy mogę prosić scenariusz?
      JANUSZEK: Dlaczego Emil wodzi za mną takim dziwnym wzrokiem?
      JOASIA: Jest fajnie. Stówy latają wszędzie. Są w klematisach… w
      śmieciach… w komórce pod schodami… Kasia powiedziała ekipie, że to
      ich wynagrodzenie. Wszyscy zbierają i liczą. Jak na razie kasa się
      zgadza, ale przed nami jeszcze parę dubli…
      17:00
      KASIA: Śniadanio-obiado-kolacja. Trzeci dzień nic nie jem. Ekipa
      robi potajemnie zakłady, kiedy zemdleję. Hehe, chyba mnie nie znają.
      BARTEK: Kaśka trzeci dzień nie je. Może ją w końcu pogotowie
      zabierze i będę mógł spokojnie reżyserować…
      MONIKA: Kasia nic nie je. Chyba się odchudza.
      JANUSZEK: Producentka trzeci dzień nic nie je. Robimy z Emilem
      zakłady, kiedy zemdleje, a po cichu składamy się z resztą ekipy na
      jednoosobowy pokój w wyszkowskim szpitalu.
      KONRAD: Kaśka trzeci dzień nie żre, cholera wie, czemu. Przecież
      fajnie tu. Postawiłem dychę, że jednak dotrwa do końca.
      18:00
      KASIA: Ciągle chodzą za mną i mendzą, bym reżyserowała jakieś
      sceny. „Kasia, a o co chodzi w tej mojej scenie?”, „Kasia, a jak my
      mamy to zagrać?”, „Kasia, a tak jest dobrze?”. Ludzie, kurde, ja
      muszę wiatrak z drzwi do garażu budować i benzynę na podpałkę kupić!
      Czy ja wyglądam na reżysera?!
      EMIL: Wyglądasz.
      JANUSZEK: Wyglądasz.
      KONRAD: Wyglądasz, k..wa, wyglądasz.
      MONIKA: Ładnie, Kasiu, wyglądasz.
      JOASIA: Jesteś taka chuda, że w ogóle nie wyglądasz.
      BARTEK: Nie! Nie wygląda! Nie ma białej czapeczki! JA tu jestem
      reżyserem!!!
      19:00
      KASIA: Ekipa ma mnie dosyć. Wepchnęli mnie do studni, a potem
      próbowali jeszcze cztery razy. Po piątym, gdy ręce zaczęły mi się
      ślizgać na łańcuchu, powiedziałam stanowczo „WYSTARCZY” i poszłam
      się porzygać.
      BARTEK: Mamy jej dość!! Chcieliśmy ją utopić w studni, ale się nie
      dała. No uparta jakaś…
      KONRAD: Topiliśmy Kaśkę w studni. Twarda sztuka. Gdybyście słyszeli
      to jej „WYSTARCZY”…
      MONIKA: Chcieli utopić Kasię – i to kto! - reżyser, operator i jej
      t a k z w a n a przyjaciółka! - ale się nie dała. I całe szczęście -
      miała na sobie moją ulubioną sukienkę…
      EMIL: Topili Kaśkę. Cóż… Nie miałbym nic przeciwko… Pro forma
      udawałem, że ją łapię.
      JANUSZEK: Nie udało się utopić producentki. Czy to było w
      scenariuszu?
      JOASIA: Mam fajne zdjęcia z topienia Kasi. Szkoda tylko, że nie
      wpadła do tej studni, miałabym jeszcze fajniejsze…
      20:00
      KASIA: Przyjechała straż pożarna. Nie, nie chcieli mnie utopić.
      Chcieli podpalić wiatrak – to najważniejsza scena w filmie. Wyległa
      cała wieś, żeby popatrzeć. Było ciemno. Konrad nic nie widział i
      darł na wszystkich mordę, no to ja też darłam: i na Konrada, i na
      wszystkich. Gdy w końcu coś zobaczył, było za późno, bo wiatrak
      właśnie dogasał. Okazało się, że kupiłam za mało bezyny. Dlaczego
      kupiłam dwa litry zamiast pięciu, dlaczego pytam?! No więc, jak
      Konrad się rozkręcił, to pożar już zgasł. Podobno coś tam mamy. Coś
      tam?! COŚ TAM?!
      KONRAD: K..wa mać!! Ciemność widzę!! Ciemność!!
      BARTEK: Kaśka znów wyrzuciła mnie z planu. Właściwie to wszystkich
      wyrzuciła, oprócz aktorów i Konrada. Jej to wyrzucanie w nałóg
      wchodzi. Co ona się tak rządzi? Aha, jest producentką, no przecież!
      Hehe, nim zdążyli nakręcić pożar, już im zgasł. A nie mówiłem?!
      21:00
      KASIA: Z rozpaczy poszłam się utopić - w Bugu, nie w studni. Ale gdy
      pomyślałam, że Konrad straci tę dychę, o którą się założył… Wróciłam
      akurat, gdy zaczęli ostatnią scenę. I zdechł generator prądu, a wraz
      z nim oświetlenie. Potem był koniec zdjęć i oklaski. Zaraz, zaraz,
      czy ja dobrze zrozumiałam? KONIEC ZDJĘĆ?!
      BARTEK: Koniec zdjęć! Dziękuję za brawa, doprawdy nie trzeba było…
      Czy mogę teraz wygłosić mowę? No więc…
      KONRAD: Koniec, k..wa, zdjęć. I tak nie było nic widać.
      JOASIA: To chyba koniec. Jak na moje oko, w ostatniej scenie nic nie
      widać.
      MONIKA: I po zdjęciach. Czy ja chcę występować w tym…? Zaraz, zaraz,
      jak to po zdjęciach?! Ale tak fajnie było!!
      JANUSZEK: Fajnie było. Chociaż… producentka zabrała mi tego złotego
      rolexa. To nie była część wynagrodzenia?
      EMIL: Po zdjęciach. Nienawidzę…Właściwie to nie wiem, czego
      nienawidzę.
      JUSTYNA: Nie gniewam się na Kasię za to „Ty też spadaj!”, ale musimy
      poważnie o tym porozmawiać…
      22:00
      KASIA: Pojechali… Boże, nareszcie sama… Przeżyłam…!!

      5 dzień p.z. (po zdjęciach)
      KASIA: Zaczęłam jeść i spać. Okazało się, że mam alergię na film.
      Nikt się do mnie nie odzywa. Chyba przestali mnie lubić. Znalazły
      się scenariusze i plany pracy – były w bagażniku forda. Wczoraj znów
      wstałam lewą nogą i pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zrobić drugi
      film. Natychmiast przestawiłam łóżko. NIGDY WIĘCEJ FILMÓW!!!


      • e.lalka Re: Sekretnych Pamiętniczków cz IV 01.12.07, 20:24
        Droga Kasiu, przecież ty o siebie zupełnie nie dbasz! Najwspanialsze
        jakuzzi w źródlanych nurtach przydomowej studni nie przywrócą
        brzoskwiniowego blasku twej młodzienczej energii po trzydniowej
        diecie-cud! A jak do tego dodamy problemy aprowizacyjne zwiazane z
        targaniem karnistrów bezołowiowej i włamywaniem się do auta.. nie,
        nawet nasz tel-spec-man M. Baka do pięt ci nie dorasta.
        No to jak ty już teraz po tych zdjęciach to sobie kochana nie żałuj,
        na początek na zdrowie się upij, potem kino, kawiarnia i spacer,
        spa, solarium i sen, ale koniecznie przestaw to łóżko!!! i
        pamiętniczki dla potomnych pisz, wzorem innych Bergmanów!

        ps: jakąś kieckę na wyprzedaży też mogłabyś sobie w ramach
        rehabilitacji posttraumatycznej sprawić, żeby ta zołza Monika ciągle
        ci nie wypominała.
      • hophopi Re: Sekretnych Pamiętniczków cz IV i ostatnia 01.12.07, 23:40
        hehehe. fajne to, z życiem i biglem.
        powodzenia z Poczekajką :)
    • ciemnanocka Nocki 1 część 18.02.08, 08:54
      No to zamykam oczy i wklejam:))

      Dziś

      - I wtedy coś pierdykło pod moim oknem. Na początku nie zwracałam uwagi,
      pierdykło to pierdykło, co ja będę sobie głowę zawracać. Gadałam właśnie z moją
      koleżanką i zwierzałam się jej, jak to mu odpłaciłam pięknym za nadobne. Potem
      coś mnie tknęło, wlazłam na parapet, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że mój
      samochód się pali.
      - Jak to pali? – Majka otworzyła szeroko oczy i wylała pół kieliszka wina na
      białe spodnie, czego nawet nie zauważyła. – załatwiła ci samochód?
      - No wiesz, nie wiem czy to ona. Śledztwo umorzyli. Samochód się palił,
      generalnie już go wcale wydać nie było, jak wyjrzałam przez okno. Długo trwało
      zanim do mnie dotarło, że to mój samochód…
      - No i co? – Majka trzymała kieliszek w dalszym ciągu dnem do góry. Jej wyraz
      twarzy nie był bynajmniej inteligentny, bo z rozdziawioną buzią jest to raczej
      trudne.
      - Pierwsze co pomyślałam, to „co ja znowu namieszałam, ze on się zapalił”. To
      pomyślałam oczywiście zaraz potem jak oddech odzyskałam. Drugie, zaczęłam się
      zastanawiać „co powie tata” i jak ja mu to wszystko opowiem, albo co powinnam
      nakłamać, a potem sobie przypomniałam o mailach dotyczących rys na lakierze i
      popsutych klockach hamulcowych w moim „ślicznym niebieskim autku”. I coś z lekka
      zaczęłam podejrzewać…

      Wybiegając z klatki natknęłam się przy drzwiach wejściowych na mamę wracającą z
      pracy.
      Niemalże nie zwróciłam na nią uwagi, tylko spojrzałam na samochód i krzyknęłam.
      - o kurwa.
      Mama otworzyła oczy, już chciała powiedzieć kilka słów na temat dobrego
      wychowania panny z dobrego domu, bądź co bądź wciąż na wydaniu, ale spojrzała za
      moim wzrokiem…
      - o kurwa – powiedziała mama i upuściła torbę z jajkami.
      I tak stałyśmy obie co jakiś czas sobie jeszcze kurwując z cicha i gapiąc się to
      na samochód, to na coraz liczniejszą grupę gapiów, dopóki nie przyjechała
      policja i straż pożarna. Nie wiem ile to trwało, ale jak obie się ocknęłyśmy
      jajka zostały już wylizane przez psa – arystokratę sąsiadów. Pies arystokrata,
      zwany Parys Antonio miał w zwyczaju wyjadać wszystko to, co niedozwolone i to,
      co na pewno mogłoby zaszkodzić jego arystokratycznemu żołądkowi…
      Trzy lata wcześniej
      Parys Antonio właśnie zżerał bułkę ze śmietnika wywaloną wczoraj przez Zuzę z
      pod jedynki w drodze powrotnej ze szkoły. Nie spodziewał się i prawdę mówiąc
      mało go obchodziło, że na piętrze piątym Milena stanęła na wagę, przytrzymując
      się szafy, ściany i wszystkiego wokół, by waga była jak najniższa. Oczywiście
      stała goła, bez śniadania i po wizycie w toalecie.
      Póki trzymała się kurczowo szafy było względnie dobrze. Jakieś 70 kilo w
      porywach do 73, co przy wzroście koszykarki byłoby całkiem niezłym osiągnięciem.
      Jedynie wzrost był koszykarki, bo z koszykówką oraz jakimkolwiek innym sportem
      Milena nie miała nigdy nic wspólnego. Raz poprzedni chłopak zabrał ją na mecz
      koszykówki Trefl Sopot, na meczu darła się niesamowicie kibicując, ale za bardzo
      nie wiedziała o co w tym wszystkim chodzi i co ci ludzie krzyczą. Fajnie było,
      bo okazało się, że z kolegą chłopaka przyszła jego nowa dziewczyna, która się
      okazała być jej starą przyjaciółką z podstawówki, więc miały co robić, a nie
      patrzeć na tłum biegających mężczyzn.
      Zamknęła oczy i puściła się szafy. Chwile się zastanawiała czy na pewno warto je
      otworzyć, ale przezwyciężyła strach. Osiemdziesiąt pięć, przecinek trzy.
      Przeklęła sobie siarczyście, chociaż robiła to bardzo rzadko. Tylko w bardzo
      ekstremalnych sytuacjach. Ta sytuacja była wyjątkowo ekstremalna.
      Albo proszkowane świństwo, albo Ruscy Cudotwórcy.
      To były dwa wyjścia z sytuacji. To na nią działało, a odchudzała się od zawsze.
      Jej życie generalnie dzieliło się na momenty szczęśliwsze, kiedy to pasek
      zapinała na ostatnia dziurkę, miała pomalowane paznokcie oraz iskierki w oczach
      oraz na momenty pełne nieszczęścia, kiedy przeżuwając kolejne kalorie, stała nad
      palnikiem i rozżarzonym gwoździem wypalała kolejną dziurkę na pasku, bądź
      spodnie odkładała na półkę z niewidocznym napisem „napoóźniejjakbędęchudsza”, a
      tłuste włosy zwinięte w kucyk smętnie zwisały. Teraz również była w nastroju
      „jestem gruba to po co mam się starać”. Koszula nocna w szkarłatnym kolorze,
      prezent świąteczny od brata, rozmiar 44, okazała się trochę przyciasna i
      zdecydowanie psuła jej humor.
      Stała zatem goła na tej wadze, włosy miała tłuste, bo przecież mokre włosy
      więcej ważą niż suche i po raz sto pięćdziesiąty trzeci obiecała sobie, że
      schudnie, że będzie ważyć 64 kilo i tym razem to się na pewno uda.
      Kiedyś już się jej udało. Była u Ruskich Cudotwórców. Pan w ciemnym garniturze,
      z długą siwą brodą spojrzał jej głęboko w oczy za pomocą jakiegoś sprzętu.
      Odstawił sprzęt, zionął jej prosto w twarz czosnkiem i stwierdził.
      - Pani Mileno. Wątroba czioooorna jest.
      - aaaach – westchnęła przerażona i zaraz sobie wyobraziła swoją wątrobę taką
      zwęgloną jak wtedy na patelni, kiedy kuchnie spaliła.
      - trzustka czioooooorna jest!
      - aaaach! – jej czarne oczy zrobiły się jeszcze bardziej cziooorne.
      - żołądek, macica, nerki….
      - cziooorne są? – zapytała przerażona.
      - czioorne, pani Mileno. Czioorne. - Cudotwórca wyciągnął plansze z trzewiami
      człowieka obazgranymi cyrylicą, co wyglądało jeszcze bardziej dramatycznie i
      zaczął tłumaczyć co jest czioorne i dlaczego.
      Poczuła się wtedy strasznie chora. Jakby miała umrzeć za chwilę, albo za dwie.
      Zdecydowana była zrobić wszystko, co jej każą, już nawet nie po to by schudnąć,
      ale by to, co cziooorne, czioorne być przestało. Piła zioła, jadła warzywka i
      jogurty, była masowana, nakłuwana , naciskana i podgrzewana tajemnym ciepłem
      bioterapii. Po kilku tygodniach była szczuplejsza o kilkanaście kilogramów. Jej
      portfel również.
      Obraziła się na cudotwórców w momencie kiedy masażysta Siergiej śpiewając
      rosyjskie romanse składał pocałunki na jej nagich plecach przekonując ją, że
      pocałunki wśród przyjaciół są bardzo pożądane. Nie powiedział jej wprawdzie, ze
      Milena była również pożądana przez niego i w niezupełnie przyjacielskich celach,
      ale szybko sama to skumała.
      Zwiała z cyckami na wierzchu do recepcji i dopiero jak wykrzyczała swoje żale,
      wymachując rękami i nie zważając na zdziwione miny oczekujących pacjentów płci
      obojga, zobaczyła panią Anię, szefową całego interesu podającą jej ręcznik do
      okrycia. Spłonęła rumieńcem i uciekła z powrotem do gabinetu wprost w ramiona
      Siergieja, który akurat popijał coś z piersiówki.
      Za nią pobiegła pani Ania, zamknęła drzwi, popchnęła Siergieja tak, że usiadł na
      podłogę, wyciągnął ręke z piersiówką i z miłym uśmiechem zapytał:
      - Pani Aniu, samohonku poodać?

      • ciemnanocka Nocki 2 część 18.02.08, 08:56
        Nie. Na Siergieja tym razem nie miała ochoty. Na samohonek może bardziej.
        Pozostało sproszkowane świństwo, dieta ostatniej szansy. Od jutra.
        www.randki.pl
        Milena mieszkała z rodzicami. Miała swój pokój, swój komputer, swój tapczan i
        swoją szafę z ubraniami w rozmiarach od 38 do 46.
        Nie miała swojego faceta.
        I to był problem.
        Przez całe swoje dwudziestosześcioletnie życie zdążyła już porzucić kilku
        mężczyzn, zdołała rozkochać w sobie wielu, ale cały czas była przekonana o tym,
        że dobra passa się jej skończyła, a nawet że dobrej passy nigdy nie było. Była
        pewna, że się już nigdy nie zakocha, bo kochała już raz, ale porzuciła i powrotu
        nie było. Bo miał inną. I ona była fantastyczna.
        „Milenko, mówię ci fan-ta-sty-czna. I taka inna.”
        Jasne że inna. Była dwa razy niższa od Milenki, i dwa razy chudsza. Miała dwa
        razy większy biust i dwa razy dłuższe włosy. To doprowadzało Milenkę do rozpaczy.
        Czasem przypominała sobie z nieukrywaną satysfakcją. że ta Fantastyczna była też
        niemalże dwa razy starsza. To były nieliczne chwile, kiedy myśląc o
        Fantastycznej miała uśmiech na twarzy. Złośliwy, ale uśmiech.
        Milenka najprawdopodobniej „inna” nie była. I najwyraźniej fantastyczna też nie.
        Po powrocie z pracy ubrała różowy dresik ze snoopym (również gwiazdkowy prezent
        od brata w rozmiarze 46), zrobiła sobie ostrą zupkę chińską (wszakże od jutra
        proszkowane) i zasiadła do komputera.
        www.randki.pl
        Login:Milaczek
        Hasło: starapanna26
        Miała dwie nowe wiadomości. Pierwsza pochodziła od mężczyzny o śpiewnym
        pseudonimie Pavarotti69, a drugie od Leoncia.
        Pavarotti69 pisał.
        „Milaczku, przeczytałem twój opis. Zainteresowała mnie Twoja osoba. Piszesz, ze
        czytasz książki. Ja nie lubie książek, ale lubie sex. Czy chciałabyś się ze mną
        spotkać? Czekam na odpowiedź!”
        Leoncio natomiast był żonaty, żona go nie rozumiała i chciał spróbować zacząć od
        nowa z kimś takim jak „cudny Milaczek”.
        Cudny Milaczek zwątpił. Po dwóch miesiącach korzystania z portalu randkowego
        wizja staropanieństwa wróciła i cudny Milaczek stwierdził, że umówić z nią chcą
        się jedynie:
        a) napaleni zboczeńcy
        b) żonaci
        c) z dziećmi
        d) żonaci z dziećmi
        e) młodzieńcy w wieku 15 - 20 lat
        Na żadnego z nich nie miała ochoty. Ona chciała ślub, biały welon i gromadkę
        dzieci, oczywiście anielsko grzecznych. I chciała się zakochać. Najnormalniej na
        świecie chciała poczuć motyle w brzuchu, dreszcze, nie móc jeść, nie móc myśleć.
        No chciała zachorować na Miłość.
        ♥♥♥
        - Milena, telefon! – usłyszała głos mamy.
        - Nie ma mnie! – krzyknęła Milena zanurzając się jeszcze głębiej w truskawkową
        pianę w wannie. Wanna była jej odskocznią od czasu kiedy zobaczyła Alexis
        Carrington relaksującą się przy świecach i dmuchającą karminowymi ustami w pianę.
        - Mówi, że jej nie ma. – usłyszała.
        Mila kiwnęła głową z aprobatą, zmrużyła oczy, zanuciła razem ze Steczkowską i
        dmuchnęła w pianę. Wyszło jej to nieco mniej seksownie niż pani Carrington.
        Jednak łazienkowe echo pozwoliło jej twierdzić, że śpiewa niemalże tak ładnie
        jak Steczkowska.
        - Mila, kiedy będziesz???? – mama dalej krzyczała przez drzwi.
        - Mamo nie będzie mnie nigdy. Ja tu już zostane! Mi tu dobrze! I truskawkowo! –
        Dziewczyna Szamaaaaaaana – śpiewała Mila.
        - Nie, proszę pana. Nie będzie jej chyba nigdy. Jest jej truskawkowo, jest z
        jakimś szamanem i nie będzie jej już nigdy chyba. Tak proszę pana, nigdy. W
        każdym bądź razie tak mówi.



        Dentysta

        - Proszę pana? – Mila wybiegła z wanny omotana w ręcznik, ale kapiąca i
        zostawiająca mokre plamy na parkiecie. – Jak to proszę pana?
        Wyrwała mamie słuchawkę z ręki.
        - Halo – miała zwyczaj przeciągać ostatnie „o”, by rozmówca miał wrażenie, ze
        rozmawia z kociakiem. Tak… z osiemdziesięciopięciokilowym kociakiem ociekającym
        wodą.
        - Ach to Pan… Ty… tak, tak wiem o kogo chodzi. – zaczerwieniła się speszona.
        Mama wychylała się zza drzwi i wymownie grzebała sobie w zębach warcząc i
        burcząc. Mila podniosła brwi, a mama otworzyła usta i dalej grzebała sobie w
        zębach, tym razem długopisem, szybko nim potrząsając i jeszcze bardziej warczała.
        Milena skumała. Pokiwała głową zniecierpliwiona w stronę mamy.
        - Tak, będę gotowa. Adres znasz? Ciocia podała? No to pa..
        Odłożyła słuchawkę.
        - Tak mamo. Dentysta. Przyjedzie dziś po mnie. Na spacer jakiś, czy coś…
        Mama rozanielona nie zauważyła, że jest cała umazana na zielono.
        - Muśka, zielona jesteś. Od długopisu.
        • dlania Ciemnanocko 26.06.08, 20:42
          Rewelacja. Ale masz język, normalnie oderwac sie nie mozna;-) Świetnie się
          czyta. Mozna cie gdzieś kupić?
    • czepialska Macie ochotę "się poznęcać"? Tekst jest niżej. 02.04.08, 20:15
      Baśń o wietrze - purpurowa

      Urodził się tam gdzie niebo jest bladoniebieskie, gdzie wzgórza
      porosłe trawą zdają się nie mieć końca, a mgły snują się wśród
      liści. Lata bywają tam gorące i parne. Tak parne, że czasami trudno
      dostrzec niebo i wtedy wszystko wydaje się być zasnute. Drzewa,
      liście i kapelusze ludzi.
      Był jednym z wielu co świszcząc i hucząc spadali z gór i gnali tak
      na oślep. Oszołomiony swą siłą leciał w dół, strącał kamienie i
      przedrzeźniał mieszkające u stóp gór echo.
      O jakże się spieszył! Chciał zobaczyć to wszystko o czym mówili mu
      starsi bracia. Namokłą ziemię i stada gawronów, co na polach
      poszukiwały pożywienia. Już sobie wyobrażał ich gwar. I błękit
      wyrastających spod śniegu krokusów. I tajemnicę zaczajonych nad
      górami chmur... Nagle zapragnął szarpać je aż do chwili gdy sypną
      deszczem, a potem poczuć świeżość i ucichnąć, patrząc w zachwycie na
      nagłe przyjście Wiosny.
      Rozmarzony tymi myślami, ukrył się za jedną ze skał i czekał. Pola
      były jeszcze puste, a deszcz - siąpiący od rana - otulił delikatną
      mgłą całą okolicę. Czekał więc Wiatr. Wiele dni i nocy. Mgła,
      jednak, zaczepiona o szczyty gór, zrobiła się tak gęsta, że nie mógł
      zobaczyć ani krokusów, ani gawronów. Nie widział też złocących się
      po polach kaczeńców i nie czuł zapachu paproci. Nawet niebo było
      niewidoczne.
      Gdy tak czekał, Wiosna, otulona mżawką, wcale nie zamierzała ukazać
      mu swego oblicza. A gdy stracił już nadzieję na jej spotkanie,
      pewnego dnia wreszcie ją zobaczył. Zobaczył ją odchodzącą już.
      Widział jak zarzucając na ramiona utkany z mgieł szal, znikła gdzieś
      za horyzontem. A on, zapatrzony i zachwycony, nie zauważył
      nadchodzącego właśnie drogą Lata.
      Znów schował się za skałami i dręczony ostatnim widokiem Wiosny,
      tęsknił do niej i marzył o jej warkoczach. I nie widział jak w polu
      dojrzewało zboże. Jak słońce suszyło rosę na trawach i mieniło się
      wszystkimi barwami tęczy. Nie widział ani słoneczników, ani pola
      pełnego maków, ni źródlanek, co wieczorami tańczyły przy potokach.
      Nie słyszał też ptaków, co wśród drzew wychowywały swe młode. Nie
      dostrzegał suszących się stogów siana i nic nie wiedział o miłości
      stracha na wróble...
      Zajęty swymi marzeniami nie zauważył nawet jak od strony lasu, razem
      ze zmierzchem, któregoś dnia, przyszła Jesień. Przyszła tak
      niespodzianie - ubrana w suknię z klonowych liści - z koszami
      pełnymi kasztanów i żołędzi. A razem z nią szarugi i deszcze. I
      słoty. I wichury.
      Liście, targane przez jego braci, już po kilku dniach zażółciły się
      i zbrązowiały. Kilka dni później, gdy szron pościnał korę na
      gałęziach drzew, opadły i pokryły ziemię różnobarwnym, szeleszczącym
      płaszczem. Ostatniej jesiennej nocy najstarszy jego brat, wymiótł je
      wszystkie, dźwignął w górę i uniósł ze sobą, nie wiadomo gdzie. A
      świat ucichł i czekał na idącą w lodowym orszaku Zimę.
      Ona ścięła wody w potokach. Swym oddechem zmroziła krzewy i drzewa,
      tak, że wszystko wokół zasnęło okryte jej białym puchem. Zasnął też
      i Wiatr. Ukryty za swą skałą, zapadł w jedną z zasp i spał tak, spał
      aż do pierwszych promieni słońca. I śnił o Wiośnie, która zazielenia
      pola i rozwija kwiaty. O Lecie, co wyzłaca pola i nagrzewa wody.
      Śnił o Jesieni, która pozbawia drzew liści i rozwiesza mgły. I o
      Zimie, zasypującej świat nieskończoną bielą...
      Śnił jeszcze o tym, że nigdy już tego wszystkiego nie przegapi, nie
      zapomni. Że wtopiony w rytm następujących po sobie pór roku razem z
      nimi pojawiać się będzie i odchodzić. I że temu też nigdy nie będzie
      końca...


      • belinks Re: Macie ochotę "się poznęcać"? Tekst jest niżej 02.04.08, 22:45
        jezu, wgniotło mnie w krzesło...
    • mka16 a wierszyk moze byc? 04.04.08, 05:57
      Pisze od niespelna 2 miesiecy, wiec uwagi krtyczne
      bardzo mile widziane

      PISAKI

      Domem ich jest pudełeczko,
      jest ich razem ze sześć chyba,
      ledwo im uchylić wieczko,
      już energia je rozrywa.

      Pierwszy z brzegu jest zielony;
      temu żartów się zachciewa.
      Pogryzmolił już zasłony,
      zamaszyście kreśląc drzewa.

      Czerwonemu to na rękę,
      artystyczny zmysł mu dany;
      w okamgnieniu maki piękne
      pokrywają kawał ściany.

      Czarny ledwo się wychyli,
      już pod nosem się uśmiecha.
      Obok maków w jednej chwili
      czarna się pojawia krecha.

      Zaraz potem turkusowy
      w mig rękawy zakasuje.
      Wkrótce sufit jest jak nowy,
      tylko słońca mu brakuje.

      Na to żółty tylko czekał
      piękne słońce w górze kreśli
      byłby jeszcze drugie dodał,
      ale chyba się nie zmieści.

      Nawet się brązowy pręży,
      choć z natury jest leniwy.
      Dorysował kilka węży,
      i przy drzewach płotek krzywy.

      Tak się wszystkie rozszalały
      że nie sposób ich zatrzymać.
      Martwi się więc Damian mały:
      - Przecież to nie moja wina!
      • czepialska Re: a wierszyk moze byc? 04.04.08, 08:41
        Jest nienajgorszy, choć w kilku miejsach wali się rytm.
        Popracowałabym też nad słownictwem - wiem, nie jest łatwo - ale ten
        wierszyk ma w sobie coś, co przypomina mi SMS-owe życzenia...
        Podoba mi się za to pomysł, dość sprawnie go rozwinęłaś, choć
        musiałam dziecku trzy razy czytać, by zorientowało się jaki był
        skutek tego "malowania". A oznacza to, że za bardzo skupiłaś się na
        rymach, a mniej na obrazie, który powinien pojawiać się w chwili
        czytania ... W kilku miejscach dostrzegam też dysonans - nie podoba
        mi się początek wersa - a to znaczy, że łatwiej kończysz niż
        zaczynasz. Podobno wielu twórców tak ma, w związku z czym potrzebują
        oni dłuższej rozgrzewki. Próbuj więc :)
        Kiedyś czytałam o pudełku kredek, malujących coś tam - nawet nie
        pamiętam co - ale ten Twój tekst jest dużo sypatyczniejszy. I chyba
        w tym tkwi jego główna siła.
    • suzaku18 Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 28.04.08, 22:06
      Wybrałem jeden (z wielu) fragment. Mam tremę...

      Maria Zawisza padła na obdarty fotel.
      - Dalibóg! Kompletnie opadłam z sił! – sapnęła jak lokomotoywa wjeżdżająca na
      peron w Siedlcach.
      Nogi siedziska zaskrzypiały pod naciskiem dziewięćdziesięciotrzykilogramowego ciała.
      - Odpocznij sobie, Marysiu, odpocznij – przybiegła z radą kobieta nie lepszej
      postury. – Przeleciałaś całe trzy piętra. Należy ci się odpoczynek. Zaraz naleje
      ci kawuni. Rozprostuj sobie nogi, to poprawisz krążenie. O! Woda już się gotuje!
      Skaranie boskie z tymi studentami. Zostawi ich człowiek na dwa dni, a piętra
      nadają się do gruntownego remontu. To nie to co dawniej. No, pij kawę póki ciepła.
      Kobieta z niespotykaną wprawą przeskakiwała z tematu na temat. Gdyby się na
      chwilę wyłączyć, człowiek straciłby orientację.
      - A ty, Bogda, nie pijesz?
      - Nie, teraz piję ziółka. Wątroba znowu się odezwała. W sumie to nie wiem, czy
      to ma sens. Nieraz się przecież słyszy, że człowiek leczy kamicę, cukrzycę,
      osteoporozę, a w końcu i tak umiera na zawał.
      Na te słowa Bogda zdjęła spodek przykrywający tanią szklankę z supermarketu.
      Odcisnęła torebkę i zaciągnęła się zapachem mięty. Miała na twarzy głębokie
      bruzdy i ciemny meszek nad górną wargą. Oczy zdawały się wychodzić z orbit,
      jakby kobieta była w stanie wiecznego zdumienia.
      Ci, którzy znali ją od dawna, przywykli do tak niecodziennego widoku. Inni
      myśleli, że jest pijaczką, tym bardziej, że po urazie szyjki kości udowej
      poruszała się jak wstawiona.
      Marysia przyjęła gorący napój z obrzękniętych dłoni. W duchu pozazdrościła
      portierze, która według niej w pracy przeżywała istną sielankę. Siedzi sobie
      człowiek paręnaście godzin na stołku, wpatruje się w gadające pudło i rozdaje
      klucze do pokojów. Czasem oczywiście zjawi się jakiś petent w postaci rodzica,
      które po dwóch miesiącach niewidzenia postanowiło odwiedzić swoją ukochaną
      córeczkę bądź niezrównanego jedynaka. No i należałoby wspomnieć o wydawaniu
      odkurzacza, odbieraniu poczty i wysłuchiwaniu narzekań kierowniczki, która
      zarzuci pobłażliwy stosunek do obowiązku oddawania klucza przez studentów.
      Marysia pociągnęła łyk kawy i aż się wzdrygnęła. Takiej lury dawno już nie piła.
      Ale nie chciała odmówić koleżance, która mogłaby się wstawić u władzy wyższej
      (czytaj: kierowniczki) w razie jakiegoś przykrego zajścia.
      - Już jestem, dziewczyny! – krzyknęła kolejna kobieta wchodząc do hallu. – Macie
      dla mnie kawę?
      - No pewnie, Wanda, siadaj – nakazała portiera wskazując jej kolejny zdziadziały
      fotel.
      Wanda, podobnie jak Marysia, nie zważała na wątpliwą wytrzymałość mebla i
      zwaliła swoje cielsko na brunatne obicie. W fotelu powstało silne wgłębienie,
      tak że kobieta pośladkami szorowała płytki PCV.
      O ile Marysia była kobietą zadbaną, regularnie myjącą farbowane włosy szamponem
      z rzepy, o tyle Wanda przypominała owocnik muchomora sromotnikowego. Na jej
      posiwiałej głowie ostały się pojedyncze, ciemne pasma, kiedyś zapewne pięknych
      włosów. Prócz tego wściekle odwijały się w każdą stronę, tworząc niejako kłąb
      podobny do wełny ze świeżo ogolonej owcy.
      Kobiety spotykały się regularnie około godziny trzynastej. Hasłem do zbiórki
      była krótka informacja przesyłana przez radiowęzeł o treści „Raz, raz”. Punkt
      zborny – portiernia.
      - Macie jakieś nowe wieści? – zagaiła portiera, przerywając ciszę. – Powiadam
      wam, co się tutaj nie działo przez weekend. Hohoho, pani Orszulka znów będzie
      miała pełne ręce roboty. Podobno czwarte piętro jest całe rozkurzone. A
      zauważyłyście, że pani Orszulka jest ostatnio jakby przygnębiona? Zjawa, nie
      człowiek. I ciągle tylko piję kawę litrami.
      - Czwarte piętro? - Marysia powróciła do poprzedniego wątku. - O ile sobie
      przypominam, nigdy nie było z nimi problemów. No tak, jeszcze tylko ono zostało
      mi do ogarnięcia.
      - Dziewczyno – krzyknęła Wanda tak donośnie, że kobiety podskoczyły na krzesłach
      – chyba ósmego nie widziałaś. Wszystko zerzygane, po podłodze walają się pety, a
      po ścianach to oni chyba sikają.
      - Pani Ula powinna się bardziej zainteresować losem swoich podopiecznych. Nie
      dość, że pracuje ledwie 6 godzin dziennie, to na domiar złego odpuszcza sobie
      soboty i niedziele. A wtedy uchowaj Panie Boże! Sodoma z Gomorą się chowa!
      - Ostatnimi czasy studenci okrutnie się rozbestwili. Nie można przejść spokojnie
      korytarzem. Urągają człowiekowi na każdym kroku. Myślą, że jak studiują
      medycynę, to pół świata ma się kłaniać im w pas. To po prostu brak szacunku.
      - Podpisuję się pod tym – podsumowała Marysia.
      Kobiety nie przestawały się żołądkować. Przekrzykiwały się jedna przez drugą jak
      jelenie na rykowisku.
      - Powiadam wam, nie chciało by mi się tak harować – ucięła portiera i wzięła do
      rąk robótkę leżącą na blacie. W jej ręce zabłyszczała igła, którą fachowo
      zaczęła przebijać matrycę. Ukończony fragment Matki Boskiej Kazańskiej był
      wykończony tak misternie, iż spokojnie mógłby zająć miejsce w ikonostasie w
      cerkwii Wasyla Błogosławionego.
      Sprzątaczki straciły wątek, więc zajęły się pochlipywaniem kawy. W popielniczce
      tlił się niedopałek papierosa.
      • suzaku18 Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 28.04.08, 22:07
        I reszta...

        Otworzyły się drzwi i do środka wszedł młody człowiek. Napotykając wścibskie
        spojrzenia kobiet, skinął niedbale głową i ruszył w kierunku windy.
        - Chwila, moment – zawołała za nim portiera. – A klucz?
        Maciej zawrócił. Sprzątaczki nie przestawały lustrować 180 centymetrów
        kształtnego ciała, zakrytego dżinsami i stonowanym pulowerem.
        - Nawet nie licz na windy – dodała, wręczając mu klucz. – Konserwator siedzi w
        suterenach od samego rana.
        - Widziałyście go? – wszczęła dyskusję Wanda, gdy student zniknął im z oczu. –
        Jakiś zdziwaczały. Ukłonił się, czy nie, bo sama już nie wiem?
        Sprzątaczka nie bez przyjemności doszukiwała się uchybień. Gdyby Maciej został
        na portierni chwilę dłużej, niewątpliwie zaczęłaby mu wiercić dziurę w brzuchu.
        - Bo to on jeden? Dzisiaj młodzi nie patrzą na zasady. Uważają, że mają takie
        same prawa jak dorośli – dodała Bogusia.
        - Tak – zakończyła lakonicznie Marysia.
        Wolała powiedzieć cokolwiek, niż pozostawić sprawę bez komentarza.
        - Napomknęłam o nim pani Uli – włączyła się znowu portierka - ale ona powtarza,
        że to „młody bóg”, że „młodość musi się wyszumieć” i że „powinnam zająć się
        sprawami, które leżą w moich kompetencjach”. Powiadam wam, nie wiem, co ona w
        nim widzi, ale ja od tamtej pory boję się wspomnieć choćby słowem.
        - Zawsze mówiłam – wtrąciła Wanda – że akademik powinien służyć wyłącznie
        studentom Akademii Medycznej. To był błąd, że pozwolono pomieszkiwać tu innym
        uczniakom. A to filologie, a to psychologie, czasami nawet jakaś Murzynka
        wychynie zza węgła. Koniec świata!
        - Pani Ula jest łasa na pieniądze – obruszyła się Marysia. – Jakby jej
        brakowało. Nieraz widziałam, ile forsy upycha po szufladach. Nam z tego niewiele
        skapnie.
        Drzwi ponownie otwarły się i weszła przygarbiona studentka w okularach. Szurając
        nogami szła w kierunku windy.
        - Chwila, panienko! – krzyknęła za nią Bogusia. – A klucz?
        Portierka co kwadrans przeżywała deja vu. Gdyby przemnożyć to przez tygodnie i
        lata, okazałoby się, że jej życie przypomina zapętloną piosenkę.
        Marzena podeszła do portiery z nosem spuszczonym na kwintę. Nie podnosiła
        wzroku. Wyglądała jak skarcone dziecko, które pochlapało nowy obrus zupą pomidorową.
        - A nie! Moja wina! – krzyknęła ze śmiechem Bogusia – Pani Magda zabrała już
        klucz. Przecież wróciła przeszło pół godziny temu z Anetką – powiedziała jakby
        do siebie.
        Dziewczyna obróciła się na pięcie i poinstruowana przez portierkę poszła w
        kierunku klatki schodowej.
        Kobiety powróciły do plotek. Rzuciły się w wir rozmów, jak wygłodzone sępy na
        padlinę.
        - Boże! Nie poznałabym jej, gdyby nie podeszła bliżej – mruknęła Marysia. –
        Zawsze taka radosna, taka żywa, a dzisiaj...
        - Każdy z nas ma swoje problemy – powiedziała Wanda. – nic nam do tego. Mimo
        wszystko szkoda jej. Obie z Magdą to takie miłe dziewczyny. Bo Aneta to inny
        gatunek kobiety.
        - Co masz na myśli? – rzuciła niby oskarżycielskim tonem Marysia.
        - Dziewczyna ma poprzewracane w głowie. Że też matka się za taką nie weźmie.
        Chadza z podejrzanymi typami, obściskuje się na korytarzu i do tego kopci jak
        lokomotywa.
        - Nie przesadzaj. Kiedy ma zacząć szukać mężczyzny swojego życia? Na emeryturze?
        - Drobna wstrzęmieźliwość jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
        - Ale nadmierna i owszem. Na litość boską, chyba nie chcemy wychować stada
        katechetek.
        Ujadanie kobiet zapewne nie miałoby końca, gdyby nie słodki sopran, który
        interferował ze stentorowymi głosami sprzątaczek.
        Niska blondyneczka poprosiła o klucz do pokoju numer 404.
        - Już ci daję, serdeńko. – rzekła matczynym głosem portiera, chyląc się nad
        dziewczyną, jakby chciała ją pogłaskać. Zacisnęła klucz w dłoni dziewczyny,
        rzekła – No, leć. – i poklepała ją po ramieniu.
        - Elizka wygląda jak anioł – stwierdziła Wanda, czemu kobiety ochoczo
        przytaknęły. – Nie powinna mieszkać pośród tej hołoty.
        Z głębi korytarza dobiegł rytmiczny stukot obcasów. Ani czarny kot, który
        przebiegł drogę, ani przejście pod drabiną, ani nawet roztrzaskane zwierciadło
        nie miały tak negatywnego wydźwięku jak ów odgłos, która nadciągał jak fala, by
        spustoszyć pobrzeże.
        Do hallu wkroczyła kierowniczka.
        - Nie płacę wam za siedzenie, drogie panie! Na korytarzach walają się śmieci, a
        wy sobie posiadówki urządzacie? Już was tu nie ma! – krzyknęła, jakby rozpędzała
        stado gęsi.
        Skruszona Marysia poczłapała na czwarte piętro. Wanda wysunęła szczękę, jakby
        chciała obrzucić pracodawczynię gradem obelg, ale porzuciła ten zamiar.
        - Ja już skończyłam na dziś pracę. Moje piętra lśnią jak dupcia niemowlaka –
        oświadczyła i znikła kierowniczce z pola widzenia.
        - A pani, pani Bogusławo, powinna zakończyć ten proceder – tym razem
        kierowniczka obrała sobie za cel portierkę. – Wszyscy studenci już się śmieją z
        waszego „raz, raz”. Też mi tajemnica Poliszynela.
        - Czy mogłabym... wyjść dzisiaj nieco wcześniej? – zapytała uniżenie Bogusia,
        ale nie zdążyła podać powodu, gdyż kierowniczka spojrzała na nią wzrokiem Meduzy.
        Gdy zniknęła na klatce schodowej, portierka powróciła do dziergania, z trudem
        przełykając żal. Maria i Wanda osamotniły biedaczkę, co wymusiło na niej powrót
        do rutyny.
        Nie zaznała długo spokoju, gdyż hall znowu wypełnił się gwarem. Dwóch młodych
        mężczyzn, intensywnie o czymś rozprawiających, zaczęło dopominać się klucza.
        Portiera podała Marcinowi i Piotrowi klucze do pokojów 401 i 405. Piotr podszedł
        do windy, a Marcin wybrał trudniejszą trasę - schody.
        Bogusia nie zamierzała się trudzić, by wspomnieć Piotrowi o konserwacji wind.
        Nigdy nie przepadała za tym chłopakiem, twierdząc, że źle mu patrzy z oczu.
        Ponadto wysłuchiwała zwierzeń lokatorek, które narzekały na nieustanne zaczepki
        z jego strony.
        Z kolei ten z brodą to podobno już magister. Pomyślałby kto? Zarośnięte to jak
        koza na Polanicy. No ale całkiem przyzwoity z niego mężczyzna. Zawsze się
        ukłoni, jak Pan Bóg przykazał.
        Nie zdążyła jeszcze spocząć, a przez korytarz przemknął Kamil Próchniewicz. Nim
        zdążyła otworzyć usta, on był już na trzecim piętrze.
        „Smarkacz” – mruknęła pod nosem.
        W końcu wróciła do swojej robótki. Była w trakcie wykańczania aureoli
        Najświętszej Panienki. W przerwach zaciągała się kolejnym papierosem. Trudno
        było nie zauważyć pewnego dysonansu. Z jednej strony Bogusia wypijała galony
        naparów z mięty, melisy, rumianku i dziurawca, a z drugiej doprawiała się
        papierosami.
        Robótki ręczne mają tę cechę, że ilekroć kobieta weźmie się do nich z zamiarem
        wykończenia pewnej partii, nie może przestać bez ingerencji sił natury. Podobnie
        portierkę pochłonęło to kreatywne zajęcie. Przestała zwracać uwagę na płynący czas.
        W międzyczasie pani Ula wróciła do swojego gabinetu. Mijały kolejne minuty. Raz
        czy dwa z klatki schodowej dobiegły jakieś hałasy. Widocznie studenci wychodzili
        na papierosa. W głębi budynku rozległ się dudniący odgłos – ktoś zrzucał śmieci
        do zsypu.
        Bogusia spojrzała na zegarek. Było kwadrans po czternastej. Za niecałe cztery
        godziny skończy dyżur. W końcu wróci do swojego kota, który już pewnie przymiera
        z głodu. Wsypała mu co prawda całą miskę pokarmu, ale znając jego żarłoczność,
        wylizał ją do sucha i zaczął się rozglądać po mieszkaniu za nowymi smakołykami.
        Oby tylko nie otworzył lodówki! Akurat kupiłam ładny kawałek polędwicy kujawskiej!
        Portiera wcisnęła peta do popielniczki, gdy w całym akademiku rozległ się krzyk.
        Ktoś biegł po schodach z zawrotną prędkością. Z gabinetu wybiegła pani Ula.
        - Co się dzieje?! Atak terrorystyczny?! Wojna?! Złamany paznokieć?!
        Do hallu wbiegła Marzena Pikulska. Nie mogła złapać oddechu. Niemal dało się
        wyczuć dudnienie jej serca, które objawiało się silnym pulsowaniem skroni i
        wypiekami na twarzy. Drżała i to drżenie zaczynało się przenosić na panią Ulę
        • mary_sio Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 30.04.08, 11:00
          Kochanieńki, a ciąg dalszy gdzie Ty zapodział, he? :-)
          W kilku miejscach albo bym coś wycięła, albo dodała (?), coby trochę
          całości większej naturalnej letkości nadać, ale i tak czyta się
          świetnie!

          Przyczepię się tylko do jednego fragmentu, bo aż mnie poniosło:
          "Maciej zawrócił. Sprzątaczki nie przestawały lustrować 180
          centymetrów kształtnego ciała, zakrytego dżinsami i stonowanym
          pulowerem."

          Kobiety w cytowanym przez ciebie wieku nie oceniają choćby i
          najcudniejszych efebowatych małolatów pod kątem ich seksualnego
          promieniowania!!! Dla takich bab jak ja, czy Twoje
          sprzątaczki/portierki itd wszystkie osoby płci męskiej w wieku od
          nastu do ? lat to dzieciaki, gówniarze, małolaty... rozpatrywane
          ewentualnie jako zbiór cech i zachowań, natomiast na pewno nie przez
          pryzmat "kształtnej" bądź też nie osobniczej fizyczności!

          • suzaku18 Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 30.04.08, 16:38
            Ups, nie widziałem, że ucięło. Oto końcówka:

            Do hallu wbiegła Marzena Pikulska. Nie mogła złapać oddechu. Niemal dało się
            wyczuć dudnienie jej serca, które objawiało się silnym pulsowaniem skroni i
            wypiekami na twarzy. Drżała i to drżenie zaczynało się przenosić na panią Ulę.
            - Co się stało?! No powiedz wreszcie! – krzyczała, potrząsając dziewczyną.
            - Nie żyje... Nie żyje... Trup...
            • suzaku18 Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 30.04.08, 16:40
              P.S. Dzięki ogromne za uwagi! Na pewno je wykorzystam przy korekcie (powiedzmy,
              że to wersja Beta). Jestem na finiszu, a później zaryzykuję i uderzę do wydawnictw.
    • dorcyk583 Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 21.08.08, 17:07
      ROZDZIAŁ I



      Też coś

      Szklane, chłodne stoliki, niedbale rozstawione w gościnnej sali firmy, idealnie pasują do sytuacji.

      - A nie ma jakichś kolonii? – nie patrzy na mnie. Interesuje go przezroczysta tafla.

      - Nie ma. Jedzie z nami. To jakiś problem? – staram się być silna, chociaż mam wrażenie, że zaraz połknę własne serce.

      - Nie... – wzdycha, odwracając w stronę ekranu komputera.

      „Chryste Panie. Co za człowiek. Nie dogadamy się za Chiny Ludowe. Za Chiny Ludowe – tak mówiła babcia. Czemu za Chiny? Że duże? Że dużo ludzi i dlatego nadają się do pokazania skali problemu? Babcia Janka. Migające oczko pierścionka z rubinem. Kresowy zaśpiew.
      Jeszcze nie dojrzał do tematu? Ja nie dojrzałam do rozwiązania tego pokrętnego układu? Pokrętnego? Tysiące kobiet rozwodzi się i ponownie wychodzi za mąż. Tysiące ma dziecko z pierwszego małżeństwa i tysiące żyje w drugim związku szczęśliwie. A tysiące nie. Właśnie!
      Coraz słabsze porozumienie. Na każdym polu. I Kalina. Moja ukochana córka”.

      Do środka wdziera się upalne powietrze, a wraz z nim szczupła długonoga blondynka. Dziwnie znajoma twarz o przenikliwych wąskich niebieskich oczach. Właściwie nie wąskich, spojrzenie ma tylko czujne, szybkie.

      - I co, Marcin? Robimy?
      - Karolina! Witaj! No, robimy, jasne.

      Blondynka podchodzi do mnie i śmiało wyciąga rękę.

      - Jestem Karolina. A ty pewnie Natalia?
      - Natalia – uśmiecham się lekko. Przypominam sobie.

      Kilka tygodni temu znajomi zaciągnęli mnie na próbną lekcję tańca do nowo powstałej szkoły. Dziewczyna była narzeczoną właściciela - dobrze zbudowanego, dynamicznego, bardzo empatycznego, o niewątpliwych talentach pedagogicznych. Chyba miał na imię Piotr. Marcin robi kampanię reklamową ich szkoły.

      - Bo wiesz, Natalia, biorę ślub! I zdjęcia musimy wkleić do zaproszeń. Znalazłam takie jedno, z Brutalem. Co myślicie?

      Wysypuje z torebki mnóstwo przedmiotów i kopertę ze zdjęciami. Na jednym z nich para – wielki facet, ta oto Karolina, a u ich stóp Brutal – ogromny pitbull.

      „Zaproszenie z psem. Ciekawe. Chyba mają całkowitego fioła” – oglądałam zdjęcia, uśmiechając się pobłażliwie.

      - Co myślicie? Głupio z psem? – blondynka mruży oczy. Niecierpliwie pociera dłonią kopertę.

      - Nie...właściwie nie...przecież to wasz ślub. Będzie ciekawie – postanawiam być sympatyczniejsza.

      - Właśnie! – podchwytuje szybko – właśnie! Bo wszyscy mają takie typowe zaproszenia. Jakieś obrączki albo róże. I ten tekst wierszem. Boszszsz...A Marcin mówił, że można zdjęcie! I czy możemy szybko? Już się spóźniłam... Zadzwonię po taksówkę, prędko wybierzemy szablon i ja zmykam! Tylko jak tu z tą taksówką...?

      Patrzę na nią rozbawiona. Trochę mnie drażni jej niezwykła spontaniczność, wyrzucane w pośpiechu słowa: a to o zimnej teściowej, a to o tym, że ślub już za chwilę, a to o tym, że taksówka nie może podjechać pod dom i nagle o tym, że nie może mieć dzieci!

      „Egzaltowana młoda osoba. Pewnie nie może zajść w ciążę za pierwszym razem i panika. To takie trendy – mieć w życiu coś, co jest nietypowe, można tym epatować bez zastanowienia.”

      Marcin projektuje w pośpiechu zaproszenia. Ona stoi ze mną przy oknie. Z kolorowej torebki wyciąga paczkę Vogue’ów. Miętowe, cieniutkie. Modne. Patrzę na nią z zainteresowaniem. Jest młodsza o jakieś dziesięć lat. Blond włosy spięte w ciasny kucyk, wyrazista twarz, ni to blada ni to opalona skóra. Ostre spojrzenie niebiesko-szarych oczu, podkreślone cienką, czarną kreską. Zawadiacka kolorowa spódnica i biała koszulka - zwykła, sportowa. Pełny, piękny biust, zachęcające połówki wychylające się zza śnieżnobiałego materiału. Szczupłe łydki, a na stopach kolorowe sandałki. Pomarańczowe? Chyba pomarańczowe...

      Natychmiast dokonuję niezbędnych porównań. Jest wyższa, smuklejsza. Oczy ma zimne. Bez zmarszczek przy zgięciu powiek. Piękny biust. Mam pełniejsza pupę. Łydki też mam okej. Uda też. Ona ma dłuższe nogi. I właściwie nie jest ubrana jakoś rewelacyjnie, jednak emanuje z niej świeżość. Kojarzy mi się z twarożkiem ze szczypiorkiem, ze śniadaniem, jadanym na tarasie, zalanym porannym słońcem. I z rzodkiewkami.
      Ale pretensjonalna. Irytująca.

      .......- i wiesz, szaleństwo jakieś! Nie mam jeszcze butów! I ta Krystyna, zaglądająca za Piotrem zza każdego rogu. A jaką ty masz teściową? Spoko jest? Matko, już druga! Piotr mnie zabije! Przyjmujemy dziś nowego nauczyciela do szkoły. Mam z nim pogadać. Marcin, już? Halo, halo? No, nie odbiera! A tu jest w ogóle zasięg?! O mam! Za 20 minut? Dopiero?! Jezus Maria! Co mówiłaś?

      Niecierpliwie wyszarpuje kartkę z drukarki.

      - Super! Dzięki! Lecę! Może złapię taksówkę za rogiem! Oczywiście jesteśmy umówieni za dwa tygodnie! Marcin, masz już ten aparat? No i Natalia, musisz być koniecznie!!!

      Wybiega. Zostaje smuga jej ciężkiego zapachu, zbyt ciężkiego jak na tę porę roku, i moje rozbawione spojrzenie.

      - To żona Piotra? Właściwie przyszła żona, tak?
      - Taaa... – Marcin przeciaga się, wyczerpany kilkunastominutową eksplozją hałasu.
      - Dziwna...Dziwna, ale ciekawa... – gryzę słone paluszki, prowokując dialog.
      - Wariatka jakaś – rzuca ziewając.
      - Dlaczego? Dlaczego wariatka? – pytam przekornie, chociaż jeszcze kilka minut temu myślałam tak samo.
      - Jakaś kompletnie stuknięta jest. Taksówki takie, które nie podjeżdżają pod dom, żeby Piotrek nie widział. Jak on z nią wytrzymuje?
      - A o co chodzi z tym aparatem? Robisz im zdjęcia ślubne?
      - Taaa...Piotrek mnie poprosił, ale...
      - Jak to, ale? To robisz, czy nie?
      - No, robię, robię...
      - Super! Więc jesteśmy zaproszeni na ślub, tak?
      - Taaa...Jest tam jeszcze jakaś herbata? Tylko bez cukru, jeśli możesz...Nie taka słodka jak ostatnio.


      ROZDZIAŁ II


      Ślub


      „Boże, jaki upał. Kto, do diabła, wymyślił, że czerwiec to najlepszy miesiąc na chajtanie? I ta okropna garsonka. Chryste, co ja tu robię? Już wiem! Że też wcześniej nie wpadłam na ten genialny pomysł! Ja się po prostu schowam! Nakryję się cała prześcieradłem, na pewno nikt mnie tam nie znajdzie! Będę tak leżeć i leżeć! Wszyscy mnie będą szukać, ale nikt nie będzie wiedział, że tu jestem! Aż opadną z sił i pojadą do domu! Tak! Tak!”

      - Karolka? Gdzie jesteś? Wstawaj!

      „Ciiii…. Nie ma mnie...”

      Stukot babcinych pantofli. Już go słychać w przedpokoju. Materac po prawej stronie łóżka lekko się zapada.
      - Karolinko, bądźże dorosła….
      - Kiedy ja nie chcę, babciu!!!
      Spod szarego prześcieradła wychyla się moja głowa. Wykręcone na wszystkie możliwe strony blond loki, zapuchnięte oczy, dziecinny grymas ust.
      - Dość tych głupot! Zaparzyłam ci rumianek – na oczy. I miętę – na stres.

      Stukot babcinych pantofli oddala się w stronę kuchni.
      Siadam na brzegu łóżka i myślę, którą by nogą dzisiaj wstać.
      „Powinnam chyba prawą Przecież to najpiękniejszy dzień w życiu kobiety, tak?”
      Dotykam drewnianej podłogi obiema stopami.
      „No dobrze, przecież wstaję!”

      - Wyglądasz jak jedno wielkie nieszczęście! – atakuje babcia – kobiety w naszej rodzinie…
      - Tak, wiem. Nawet w pościeli miały klasę - rzucam zgryźliwie, opadając jak flak na drewniany stołek.
      - Jak zwykle mądrzejsza od samego Pana Boga – stęka babcia, wykonując znak krzyża na piersi.
      - Babciu, czy ja dobrze robię? Bo ja już nic nie wiem! Nic nie rozumiem, powinnam się przecież cieszyć, prawda?
      Milczenie. I ciche westchnienie.

      Siedzimy przy małym, dębowym stole. Tym samym, który moi rodzice dostali 20 lat temu w prezencie ślubnym od dziadków. Siedzimy na taboretach. Tych samych, które podpisałyśmy z siostrą od spodu jako małe dziewczynki. Jeden taboret – jedno imię. Pastelową kredką.
      Popijamy miętową herbatę. Nic nie widzę, rzecz jasna, bo przecież na oczach mam rumianek – ach ta babcia…
      - Jeśli chcesz się wycofać, jeszcze jest
      • ciemnanocka dorcyk 26.08.08, 09:46
        Bardzo fajne. Chce wiedziec co dalej!!!!
        Takie mile i cieple. kojarzy mi sie z czyms takim fajnym.
        Ale nie koncz tego zle!!!!
      • nobullshit Dorcyk 02.10.08, 01:27
        Wcześniej nie zwróciłam uwagi.
        Całkiem niezłe. I poprawne językowo (przepraszam, ale jestem na to wrażliwa, a
        "w dzisiejszych czasach" mało kto o to dba).
        Dobrze się zaczyna - od rozwodu - czytelnik zastanawia się "Dlaczego? Co poszło
        źle?" I ciekawa konstrukcja - dwie narratorki, dwie perspektywy.
        W opisie tej dziewczyny ze szkoły tańca trochę powtórzeń - do przeredagowania.
        Chętnie przeczytam więcej.
    • marajka Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 22.08.08, 19:46
      Kawałek opowiadania (i na razie, żadna ze mnie atorka)

      Delikatnie i powoli wciągam powietrze. Zapach palonych liści
      łaskocze mnie w nos. Zamykam oczy i widzę polną drogę, obsadzoną
      kasztanowcami.
      Zawsze woń jesieni przypomina mi najszczęśliwsze momenty życia.
      Prawie widzę samą siebie, jak w granatowej spódniczce i białej
      bluzce wskakuję do rowu. Mama mi na to nie pozwoliła, powiedziała,
      że pobrudzę nowe lakierki. Ale czym są czyste buty w porównaniu z
      przyjemnością rozdeptania ich obcasem twardej, kłującej łupiny
      kasztana? Wyciągam kilka zielonych, kolczastych kulek z rowu i kładę
      je na drodze.
      Przygniatam obcasem i wyjmuję wspaniałe, gładkie i błyszczące
      kasztanki.
      Wyciągam przed siebie rękę z tym cudem i patrzę pod słońce. Mieni
      się rudymi refleksami, zupełnie jak włosy mojej przyjaciółki. Też
      chciałabym mieć takie.
      Przytulam kasztan do policzka. Jest ciepły. Nie wiem, dlaczego, ale
      zawsze czułam od nich ciepło. Uśmiecham się.
      Ból ramienia. Ktoś mnie klepnął Otwieram oczy i patrzę na
      swoje dłonie.
      Dlaczego nie ma w nich kasztanów? Odwracam głowę. Jak mogłam
      zapomnieć?
      Przecież nie jestem już dziewczynką z podstawówki. Jestem studentką
      i razem ze swoją klasą urządzamy pożegnalne ognisko. Takie
      ukoronowanie szkolnych wspomnień. Wcale nie miałam ochoty na nie
      przychodzić, ale mama powiedziała, żebym przynajmniej w ostatnich
      dniach przestała zgrywać dziwaka i wyszła do ludzi.
      Całe życie słyszę od niej, żebym wyszła do ludzi i nie potrafię jej
      wytłumaczyć, że to ludzie odtrącają mnie. Ona twierdzi, że to na
      moje własne życzenie. Żeby nie wyprowadzać się z domu w atmosferze
      złości przyszłam na to spotkanie. Jakoś przeżyję. Zresztą, pewnie za
      godzinę wszyscy będą już pijani i wrócę do domu.
      Słyszę za plecami swoje imię. Wołają mnie, ale nie reaguję
      od razu. Mam piękne imię, ale nikt nie potrafi go wymówić jak
      trzeba: miękko, ale dostojnie zarazem. Często powtarzam w myślach
      swoje imię, bo to jedyne, co mam ładnego.
      Dlatego, na zwykłe: „Aśka!” reaguję powoli. Lubię tylko „Joannę” i
      tak nazywam sama siebie. Jestem pod tym względem jak Jana z książki
      Lucy Montgomery. Tylko, że ona nazywała samą siebie właśnie
      zdrobnieniem. Wzdycham. Skoro mnie wołają, muszę iść. Wszyscy już
      siedzą wokół ogniska. Rozglądam się uważnie po ich twarzach, po
      twarzach ludzi, z którymi spędziłam dwanaście lat życia. W pobliskim
      miasteczku nie rozdzielano raczej klas, które przechodziły kolejne
      stopie edukacji. A szkoda…
      - Chcesz browara?- pyta mnie Mateusz.
      - Nie chcę. Na każdym spotkaniu pytacie o to samo. Ja nie
      piję. Wszystkie doznania chcę przeżywać świadomie i na trzeźwo.
      Śmiech. Doznania kojarzą im się tylko z seksem.
      • puszczyk-w-puszczy Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 01.10.08, 08:59
        Czy to jest może jakiś osobisty pamiętnik?
        • marajka Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 01.10.08, 15:39
          Nie;)Pamiętnika nie piszę, a jakbym pisała, nie umieściłabym w sieci.
          • zooloza Re: Teksty do oceny (jak już kogoś przyciśnie :D) 01.10.08, 19:02
            pomyśl o czymś takim jak rytm. Inaczej się czyta

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka