Gość: lolita
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
02.03.05, 23:46
Za GW
Okupacja Urzędu Miasta w Zabrzu. - Będziemy tu spać i nie wyjdziemy, dopóki
nie dostaniemy mieszkań - żądają rodziny z lokali socjalnych przy ul.
Legnickiej 17. Nie udobruchają ich obietnice prezydenta. Będą spać z dziećmi
w sali na ostatnim piętrze.
Środa, godzina 9 rano. W zabrzańskim magistracie pojawiają się Grusieccy,
Szady, Bombowie i Czubanowscy. Cztery matki (tatusiowie pracują, chorują albo
w ogóle ich nie ma) z maleńkimi dziećmi w wózkach. Mają ubytki w uzębieniu i
ziemistą cerę, tak je wyniszczyła bieda, ale są zdeterminowane. Mają ze sobą
koce, materace, pieluchy, mleko, bułki i czajniki. Ściągają telewizję, radio
i prasę, bo "urzędnicy w mediach kłamią".
Rodziny mieszkają na ul. Legnickiej 17 w Makoszowach. To dawne koszary. W 70
lokalach bez łazienek, ubikacji i kuchni tłoczy się dzisiaj 300 ludzi po
eksmisjach. Trzypiętrowy biurowiec nazywany jest Alcatraz, bo nie ma stąd
wyjścia. Kto nie płaci za czynsz i media, ten nie ma szans dostać
samodzielnego mieszkania. A dług ma każdy, ponieważ oszczędzać się nie da.
Czynsz na ul. Legnickiej jest bardzo niski, ale opłaty windują horrendalne
rachunki za wodę. Zużycie w zbiorowych łazienkach dzielone jest po równo.
Podobnie jest z ogrzewaniem. Na kaloryferach nie ma mierników ciepła. Zresztą
i tak nie można by ich przykręcać, bo przez nieszczelne okna wieje.
Indywidualne liczniki są tylko na prąd. Cóż jednak z tego, skoro na prądzie
trzeba gotować. W Alcatraz nie ma gazu, poza nielegalnymi butlami, które
wybuchają.
Niektórym mieszkańcom podoba się darmowe życie na ul. Legnickiej. Grusieccy,
Szady, Bombowie i Czubanowscy mają dość zagrzybionych ścian, karaluchów w
szafach i pijackich awantur, które co rusz wybuchają pod drzwiami ich
mieszkań na wspólnych korytarzach.
Godzina 9.50. Rzeczniczka urzędu wprowadza rodziny do dużej sali na ostatnim,
piątym piętrze urzędu. Prezydent miasta Jerzy Gołubowicz pojawia się ze świtą
urzędników. Brodaci, rośli mężczyźni w marynarkach i skórach nic nie
wygłoszą, za to szeptają pod nosem krytyczne uwagi, tak żeby słyszeli tylko
dziennikarze: "W takich warunkach żyje 30 proc. zabrzan. Dostają wszystko na
tacy. Damy im lokale z piecami, to chociaż pozbierają węgiel, drewno. Trzeba
ich uaktywnić!".
Prezydent składa rodzinom inne obietnice: - Zamontujemy w łazienkach liczniki
wrzutowe. Każdy będzie płacił za swoją kąpiel. Opomiarujemy kaloryfery.
Zrobimy recepcję. Portier będzie sprawdzał gości ul. Legnickiej, żeby
lokatorzy nie płacili za ich nielegalny pobyt.
Jest parę minut po godz. 13. Atmosfera wydaje się ugodowa. Nawet roczny
Fabian przestaje ryczeć, ale Darek, lat 12, uderza w płacz. Żeby dojechać do
szkoły w Rokitnicy, musi wstawać przed szóstą rano. Do podstawówki w
Makoszowach nie chce chodzić. - Przecież jest dobrze wyposażona. Może wam
nową szkołę wybudować, co? - kpi jeden z urzędników. - No, powiedz, powiedz -
matka szturcha chłopca. - Bo tam mnie skopią - wydusza Darek i trze oczy.
Rośli brodacze kiwają głowami, że przecież takie rzeczy zdarzają się we
wszystkich szkołach. Barbara Szady: - Jak jedziemy autobusem, to ludzie łapią
za torebki. Patrzą na nas jak na złodziei. Jesteś z Alcatraz, jesteś oszust,
pijak, brudas, jesteś gorszy.
Rodziny żądają obietnic prezydenta na piśmie. Gołubowicz nazywa otrzymanie
nowego mieszkania "ograniczoną możliwością propozycji" i wychodzi ze świtą
brodaczy.
Godzina 15. W sali na piątym piętrze pojawiają się strażnicy miejscy. -
Nikogo nie wyrzucimy. Pilnujemy bezpieczeństwa - zapewniają. - Dziewczyny,
nie szkoda wam dzieci? - uderzają w instynkt macierzyństwa. Wchodzi młoda
urzędniczka. - Możecie korzystać z toalety, prądu i zostać tu nawet tydzień,
ale kto wyjdzie, ten już nie ma wejścia - mówi do matek.
Kobiety dzwonią z komórki Szady ("To na kartę, mąż po by-passach, muszę mieć
kontakt z pogotowiem") do mężów i konkubentów. Jedzenie dla dzieci mają
zabezpieczone, ale im w brzuchach burczy. Mężczyźni jednak nie spieszą z
pomocą, czekają na powrót kobiet. Do prania, sprzątania, gotowania, łóżka.
Chcą wziąć ich głodem.
- Co robić? - rozpaczają kobiety. Trzyletni Patryk zasypia na krześle,
niemowlaki drą się na przemian w niebogłosy. - Już raz, w listopadzie
zeszłego roku, byliśmy tu u prezydenta. Uwierzyliśmy. Jedna rodzina miała
dostać mieszkanie w styczniu, druga - w lutym. Nadal tkwią na ul. Legnickiej.
O godz. 15.30 Gołubowicz i jego świta poszli do swoich domów. Po siódmej
wieczorem na ostatnim piętrze urzędu dmuchano materace. - Zobaczymy, co
będzie rano - mówiły głodne matki. Nadzieja na lepsze malała.