Masz dyplom - sprawdź uczelnię cz. II

IP: *.zabrze.sdi.tpnet.pl 11.11.02, 22:09
Magister tapirowania

MEN bada szkoły pod względem formalnym, PKA - merytorycznym. Niepokojącym
sygnałem był już lipcowy raport NIK, krytycznie oceniający jakość
szkolnictwa. Choć Komisja Akredytacyjna istnieje od początku roku, dopiero
teraz zabiera się za istniejące uczelnie. Do tej pory rozpatrywała wnioski
nowych założycieli, w tym 300 odziedziczonych po Radzie Głównej Szkolnictwa
Wyższego. Tylko 20% wniosków o zgodę na założenie wyższej szkoły zostało
zaopiniowanych pozytywnie.
Komisja Akredytacyjna ma do przecięcia parę wrzodów, pewnie dokona także
kilku sensacyjnych odkryć. Wszystko to przypomina porządkowanie stajni
Augiasza, bo tak sytuację polskiego szkolnictwa niepublicznego określa
Andrzej Wojtyła, rektor katowickiej szkoły ekonomicznej.
Określenie "wyższa uczelnia" nie jest zastrzeżone, można więc zakładać, co
się chce. - Być może, fryzjerstwo jest wyrafinowaną umiejętnością, ale na
pewno nie musi być częścią szkolnictwa wyższego - zapewnia dr Jamiołkowski
(Wyższa Szkoła Fryzjerstwa i Kosmetologii miała zostać założona w
Białymstoku). Wyższa Szkoła Gry w Tarota to już tylko kabaret. Podobnie jak
University of Galaxis, Uniwersytet Środkowoeuropejski, Międzynarodowa
Akademia w San Marino (filia nad Wisłą), Europejska Akademia Psychologii
Integracyjnej. Tu ostrzeżeniem jest sama nazwa. Łatwiej można się złapać na
humanizm i ekonomię.

Jak przekupić komisję?

Już dziś Komisja Akredytacyjna zabezpiecza się przed próbami korupcji. Do
każdej szkoły jedzie 3-5 osób. Żadnych samotnych wizyt. Członkowi komisji nie
wolno ani mieszkać np. w gościnnym pokoju uczelni, ani nawet przyjąć
zaproszenia na posiłek z pracownikiem sprawdzanej placówki. Każda z osób z
PKA, a także kilkuset ekspertów dostają pieniądze z MEN. Zakazane są wszelkie
prace zlecone na koszt kontrolowanych uczelni.
Technika jest następująca: szkoła na podstawie otrzymanych pytań sporządza
samoocenę, która potem jest weryfikowana.

Filozofowanie przez klikanie

Kolejnym problemem jest nauczanie przez Internet. W prawie oświatowym w ogóle
nie ma takiego terminu. Renata Olbrysz z MEN mówi, że w uczelniach próbuje
się znaleźć dziwaczne słowa zastępcze: "zaoczne na odległość", "zamiejscowe
sale wykładowe", "wspomagane eksternistyczne", "wideokonferencje". Wszystko
to nie zadowala urzędników ministerstwa. Uważają, że Internet może tylko
wspomagać nauczanie. Rektorzy niektórych uczelni są innego zdania. - Co nie
jest zakazane, jest dozwolone - twierdzą.
Warszawska Wyższa Szkoła Społeczno-Ekonomiczna dzięki Internetowi dociera do
małych miejscowości. Czesne wynosi tysiąc złotych za semestr. To, co szkoła
uważa za misję, MEN określa jako co najmniej omijanie przepisów. - Czy można
nauczyć się pedagogiki na odległość? - pyta Andrzej Jamiołkowski. - A poza
tym nie przekonuje mnie skuteczność 20 osób, które sprawdzają wiedzę kilku
tysięcy. Egzekwowanie wiedzy zawsze będzie tu problemem. Inne kraje
przetestowały Internet, wiadomo, że ta metoda nie jest tak skuteczna jak
tradycyjna.
Andrzej Jamiołkowski uważa również, że wirtualna nauka jest nieporównywalna
nawet z eksternistyczną, która opiera się na precyzyjnym egzaminie. - Jeśli
ktoś chce mieć dyplom, nie wiedzę, niech decyduje się na Internet - to
najczęstsza opinia profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. - Najlepsze
uczelnie nie kształcą na odległość - ucina prof. Tomasz Goban-Klas,
wiceminister odpowiedzialny za szkolnictwo wyższe. Polska jest krajem
średniej wielkości. Nie ma olbrzymich połaci, które można połączyć tylko
wirtualnie. No i najważniejszy argument: studentowi potrzebny jest mistrz.
Nie może być nim Internet. - W każdym kształceniu, tak jak w nauce pływania i
doskonaleniu tej umiejętności, konieczny jest trener i konkurencja - kończy
prof. Goban-Klas. Natomiast Lucyna Kasprzak z warszawskiej WSS-E inaczej
interpretuje przepisy. Uważa, że forma i metoda to sprawa indywidualna
uczelni. Internet, jej zdaniem, wspomaga nauczanie zaoczne i eksternistyczne,
a MEN nie ma im tego za złe.
Lucyna Kasprzak bagatelizuje również roczną zgodę PKA. Ma to oznaczać
nieukończoną kontrolę i czas na usunięcie niedociągnięć. Tymczasem w opinii
PKA zgoda na rok to tylko krok do dyskwalifikacji. Oznacza krytyczną ocenę
uczelni, ale i szansę.

Studiuj, nic się nie stało

Bagatelizowanie zarzutów to ulubiona metoda kontrolowanych szkół. Nigdzie nie
usłyszałam, że zarzuty są poważne i dla dobra studentów trzeba się z nimi
uporać. Prof. Adam Wirski, prorektor ds. kształcenia w Bałtyckiej Wyższej
Szkole Humanistycznej, zapewnia, że jedynym ich problemem był brak pracownika
naukowego na polonistyce. A brak ten wynikał wyłącznie z bałaganu, bo
zapomniano go wpisać na listę. Ukarano ich nieproporcjonalnie, w zeszłym roku
zakazano naboru. Szczęśliwie teraz dostali trzy lata spokoju i przeprowadzili
bardzo udaną rekrutację. Mają tysiąc słuchaczy, każdy płaci około 1,3 tys zł
za semestr. Tymczasem w MEN pamiętają, że szkoła miała problemy finansowe,
prowadziła też bez zezwolenia oddziały zamiejscowe.
O Internet potknęła się także łódzka Wyższa Szkoła Humanistyczno-Ekonomiczna.
Jej władze uważają, że to, co robią, jest zdalnym nauczaniem i pomocą dla
niepełnosprawnych oraz matek z dzieckiem na ręku. Czy tylko te dwie grupy
korzystają z "seminariów grupowych metodą audiotele"? Wątpię.
Makary Stasiak, kanclerz łódzkiej szkoły, nie jest zaskoczony kontrolą
Komisji Akredytacyjnej. Wątpiącym przypomina, że studia internetowe są o
połowę tańsze od klasycznych.

Filia w Pcimiu

Uczelnie próbują również ukryć tworzenie filii. Ponieważ ich otwieranie nie
jest łatwe, zapewniają, że tylko czasami wynajmują sale na zamiejscowe
wykłady. Najwięcej krętactwa jest jednak we wmawianiu studentom, że mają
świetną kadrę. - Zarządzania uczą ludzie, którzy niczym nie zarządzali, a
ich "dorobek naukowy" jest krótką listą popularnych publikacji - tłumaczy
Andrzej Jamiołkowski. - Zdarzyło się, że osoba określająca się jako
informatyk potrafiła jedynie posługiwać się komputerem.
Filie prawie utopiły warszawską Wyższą Szkołę Dziennikarstwa im. Melchiora
Wańkowicza. Tylko 10% zajęć odbywało się w głównej siedzibie. Pozostałe
oddziały, kryjące się pod kuszącymi nazwami, były rozrzucone po całej Polsce.
Poprzedni rektor odkrył, tak jak kierujący innymi uczelniami, że decyzje
władz można po prostu ignorować. Czesne wpływa, a konsekwencje poniosą tylko
studenci, gdy okaże się, że ich dyplomy są nieważne. Aktualny rektor
Wańkowicza, profesor Politechniki Warszawskiej, chce uporządkować sytuację,
jednak plotka głosi, że ma dosyć oporu współpracowników i myśli o porzuceniu
władzy.
"Niepubliczni" mają naprawdę genialne pomysły. Jeden z nich sprowadza się do
zasady: "tu się uczysz, ale dyplom dostajesz w innym państwie". Wyższa Szkoła
Społeczno-Ekonomiczna w Warszawie nie ma zgody na prowadzenie studiów
magisterskich. Daje licencjat z ekonomii i pedagogiki. Ale zatrzymuje
studentów, bo informuje ich, że współpracuje z uczelnią, która takie tytuły
nadaje. Uczelnia mieści się w Kijowie, filią jest Warszawa. Tyle że
nieuznawaną przez MEN.
Ostatnio nasiliło się także odsprzedawanie studentów pracownikom Uniwersytetu
Warszawskiego. Gdy prywatna uczelnia widzi, że pali się jej grunt pod nogami,
oddaje młodego człowieka tam, gdzie jest on w stanie zrobić przynajmniej
licencjat. Jednak niektóre szkoły po prostu likwidują filię lub kierunek, nie
czekając na kontrolę. Znowu tracą studenci, bo muszą dojeżdżać do innej
miejscowości.
Inne uczelnie odwrotnie, przyjmują tłumy. I okrzepły.
By być sprawiedliwym, można tylko zasygnalizować nieprawidłowości w
szkolnictwie państwowym. Barbara Rogowska z MEN opowiada o szkole zawodowej w
Jarosławiu. Rektor zapewniał, że nie ma filii w Zamościu, tymczasem - mówiąc
delikatnie - mijał się z prawdą. Dopiero na wieść o kontroli (do MEN
nadesłano zdjęcia nie
Pełna wersja