sztylet69
07.02.04, 17:12
Rzeczpospolita, 7/8 Lutego
Zamek jest mój
Dzięki nowym polskim właścicielom w zamku w Mierzęcinie powstało luksusowe
centrum konferencyjne. W byłej gorzelni mieści się kawiarnia i sala bilardowa.
Są korty tenisowe, ujeżdżalnia, staw i setki hektarów lasów
(c) MACIEJ PIĄSTA
PIOTR JENDROSZCZYK
- Hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu - twierdzi Alexander
von Waldow, potomek byłych właścicieli polskiego dziś Mierzęcina. Jego zdaniem
po wejściu Polski do Unii Europejskiej na obszarach Śląska, Pomorza oraz
dawnych Prus Wschodnich powinno powstać swego rodzaju państwo o nazwie
Centropa, podległe Brukseli i zarządzane wspólnie przez mieszkańców tych
terenów - po powrocie tam wypędzonych.
Mierzęcin jest małą osadą koło Dobiegniewa w województwie lubuskim. Większość
mieszkańców pochodzi zza Bugu. Odrestaurowany kilka lat temu z niezwykłą
pieczołowitością zamek stał się eleganckim hotelem. Do Mierzęcina zaczął
przyjeżdżać Alexander von Waldow, starszy pan, potomek rodu, którego siedzibą
był zamek do momentu pojawienia się Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku.
Pan Alexander był częstym gościem hotelu, jak zresztą i inni członkowie
rodziny von Waldow. Nawiązali towarzyskie, niemal przyjacielskie kontakty z
obecnymi właścicielami odbudowanego zamku. Organizowano nawet wspólne
przyjęcia. W listopadzie ubiegłego roku 81-letni Alexander von Waldow udzielił
na tle zamku wywiadu niemieckiej telewizji Deutsche Welle: - Jako oficjalny
właściciel tego miejsca mogę złożyć obecnym posiadaczom ofertę
dziesięcioletniej, może dwudziestoletniej bezpłatnej dzierżawy - powiedział
przed kamerą.
Obecnych właścicieli zamku zmroziło. Dopiero wtedy dowiedzieli się, że
Alexander von Waldow jest jednym z trzech założycieli Preussische Treuhand,
czyli Pruskiego Powiernictwa, i w pewnym sensie ideologiem najbardziej
nieprzejednanego środowiska wypędzonych. Po emisji programu wysłali do niego
list zawiadamiający, że jest w tym miejscu persona non grata. "Nie akceptujemy
podwójnych standardów" - napisali. Tak zakończyła się próba
polsko-niemieckiego pojednania w Mierzęcinie. Trwała cztery lata.
Prawo do sentymentu
Początek tej nieudanej próby związany jest z listem wysłanym przez Piotra
Nowakowskiego do Alexandra von Waldow w 1998 r., w którym Polak prosi o pomoc
w rekonstrukcji nabytego popegeerowskiego majątku. Nowakowski jest
współwłaścicielem firmy Novol pod Poznaniem, która całkowicie zrujnowany zamek
kupiła od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa za kilkadziesiąt tysięcy
złotych.
- Od początku mieliśmy zamiar zrekonstruować budowlę z szacunkiem dla historii
i pokoleń niemieckich właścicieli. Nie sposób wymazać niemieckiej przeszłości
tych ziem - mówi Piotr Nowakowski. Odszukano przedstawiciela rodziny von
Waldow i nawiązano z nim kontakt. Nowi właściciele napisali, w jakich
warunkach nabyli zamek i co zamierzają z nim zrobić. Prosili o informacje na
temat historii zamku, by jak najwierniej go odbudować.
Już w pierwszym liście Alexander von Waldow nie pozostawił cienia wątpliwości,
że uważa Mierzęcin (Mehrenthin) za własność swojej rodziny. Pisał o prawie
międzynarodowym, o Karcie wypędzonych, w której wypędzeni zrzekli się "odwetu
i zemsty", o traktacie polsko-niemieckim z 1991 r., z którego wyłączone
zostały kwestie własności w stosunkach pomiędzy obydwoma krajami, o
konieczności pojednania i przeświadczeniu, iż Nowakowski wraz z swym
wspólnikiem Piotrem Olewińskim nabyli zamek w dobrej wierze. Świeżo upieczeni
właściciele Mierzęcina przypomnieli o odpowiedzialności Niemiec za wybuch II
wojny światowej, o sześciu milionach ofiar w Polsce, o zbrodniach
hitlerowskich i pogwałceniu konwencji haskiej, o utracie przez rodzinę
Nowakowskiego posiadłości na Wschodzie. - Pragnęliśmy uniknąć dwuznacznej
sytuacji i przedstawiliśmy sprawę własności jasno - mówią wspólnicy.
Z Niemiec nadeszła propozycja spotkania w celu znalezienia na gruncie
prywatnym "rozsądnego rozwiązania", którego nie udało się znaleźć na poziomie
państwowym. - Uznaliśmy, że propozycja spotkania po takim liście była wyrazem
szczerej gotowości do współpracy i akceptacji obecnego stanu rzeczy w
Mierzęcinie - mówią właściciele. - Być może byłem zbyt łatwowierny - mówi
dzisiaj Nowakowski. Pierwsze spotkanie odbyło się w restauracji w Komornikach,
gdzie znajduje się siedziba firmy Novol. - Zobaczyliśmy sympatycznego,
starszego pana niepasującego do wizerunku strzelającego obcasami aroganckiego
Niemca, który przyjechał z nadzieją odzyskania tego, co uważa za swą własność
- wspomina Nowakowski. Rozmowa przy obiedzie była na tyle sympatyczna, że
zaproszono Alexandra do obejrzenia firmy Novol.
Nowoczesny zakład produkujący samochodowe materiały lakiernicze zrobił na
przybyszu dobre wrażenie. Jego dotychczasowe wyobrażenia o Polsce były bliskie
pojęciu "polnische Wirtschaft" z czasów Bismarcka. Rozstano się w dobrej
atmosferze. Wyglądało na to, że Alexander von Waldow uznał historyczne realia
i zrezygnował z pretensji do Mierzęcina. Był to początek częstych, nawet
przyjacielskich kontaktów.
Półtora roku temu w Mierzęcinie odbyło się rodzinne spotkanie kilkudziesięciu
członków rodziny von Waldow. Nikt nie zgłaszał żadnych roszczeń. Atmosfera
była doskonała. Panowie Nowakowski i Olewiński zostali oczywiście zaproszeni.
Zorganizowano konkurs malarski i rodzinną aukcję, aby zebrać środki na
renowację cmentarza, gdzie znajdują się rodzinne groby. Alexander namalował
most - po jednej stronie Niemcy, po drugiej Polska. Rysunek kupili właściciele
Mierzęcina, traktując to jako jeszcze jeden dowód pojednania i akceptacji
przez rodzinę von Waldow obecnego stanu rzeczy. Podobnie jak ofiarowaną im
paterę z napisem "Dona nobis pacem" (Obdarz nas pokojem). Wisi do dzisiaj w
jednej z sal zamku. W sąsiedniej fotografie i nieliczne pamiątki rodziny von
Waldow. - Nie można odmówić byłym właścicielom sentymentalnego prawa do tego
miejsca - podkreślają Polacy.
Po PGR w Mierzęcinie pozostały zrujnowane zabudowania i zniszczony zamek. Był
tam kiedyś sierociniec prowadzony przez siostry zakonne. Kilka lat temu
posiadłość nabyło dwóch poznańskich przedsiębiorców.
(c) MACIEJ PIĄSTA
Spotkanie w Eckerf�rde
Alexandra von Waldow rozpoznaję natychmiast na peronie dworca w Eckerf�rde,
stutysięcznym malownicznym miasteczku w Szlezwiku-Holsztynie, niedaleko
duńskiej granicy. Starannie ubrany, niespokojnie wyczekuje mego przyjazdu. -
Musimy koniecznie porozmawiać. Serdecznie zapraszam - mówił kilka dni temu w
rozmowie telefonicznej.
Jedziemy do domu mego gospodarza eleganckim samochodem. - Doskonale przydaje
się do dalekich podróży. Ma sto osiemdziesiąt koni - tłumaczy.
Po chwili wiem już, że Alexander von Waldow ma dom w Hiszpanii nad Morzem
Śródziemnym, gdzie spędza sporo czasu. Bywa też u syna w USA. Na stałe mieszka
w Eckerf�rde, gdzie w miejscowym porcie czeka na niego jacht. Odbywa nim rejsy
po Morzu Bałtyckim. Jest już po osiemdziesiątce, ale wygląda na znacznie
młodszego. Jest emerytowanym profesorem architektury. Przez lata wykładał w
jednej z wyższych szkół w Kilonii. Wcześniej miał firmę architektoniczną w
Bonn. Należy do pokolenia Niemców, którzy swój dobrobyt zawdzięczają okresowi
cudu gospodarczego. Dom w Hiszpanii kupił, realizując kontrakty w tym kraju.
Swą posiadłość w pobliżu Barcelony nazwał Waldorado. - Skromna, ale wygodna,
tuż przy plaży - opowiada.
Niechętnie mówi o przeżyciach wojennych. Przez dwa lata był żołnierzem
Wehrmachtu, w stopniu szeregowca. - Widziałem nawet rzekę Terek na Kaukazie -
mówi w chwili, gdy zatrzymujemy się przed jego położonym na wzgórzu domem z
widokiem na morze. Zbudowany tarasowo dom ma kilka poziomów. W ogrodzie basen.
Jako najstarszy męski potomek rodu von Waldow Alexander jest od czterdziestu
lat szefem rady rodzinnej. Ród ten wywodzi się z Bawarii. Jedna z jego gałęzi
od XIII w. mieszkała na Pomorzu. Mierzęcin był w