ignorant11
25.08.04, 10:00
Sława!
Mój warszawski szał. Druga strona Powstania
Jesień 1943 r. 17-letni Bubi w niemieckim mundurze. Przymusowa służba dla
Rzeszy. Robili betonowe płyty na lotnisku w Longerich
Z archiwum Mathiasa Schenka
1946 r. 20-letni Mathi po powrocie z Ochodzy
Z archiwum Mathiasa Schenka
1950 r. Mathias, zanim zaczął produkować szpachlówkę, hodował krowy
Z archiwum Mathiasa Schenka
W ramionach kolegi Józefa Libnera
Kadr z filmu Dietricha Schuberta ?Mathi Schenks letzte Reise nach Polen?
Tereso, byłaś wtedy małą dziewczynką - Mathi odwiedza dawnych znajomych z
Ochodzy
Kadr z filmu Dietricha Schuberta ?Mathi Schenks letzte Reise nach Polen?
Lipiec 2004 r. Mathi Schenk w ?Bąkowie? mieszka pod strzechą z żoną i
najmłodszym synem
Fot. Tomasz Kamiński
WŁodzimierz Nowak, Angelika Kuźniak 23-08-2004 , ostatnia aktualizacja 22-08-
2004 11:27
W Warszawie stoczyłem 19 walk na noże i bagnety. W piwnicach. Piwnice to była
druga Warszawa. Kiedy walczysz w piwnicy, jest cicho, nic nie widzisz. Byłem
szybszy. Zabiłem tego Polaka. Warszawa to moje najstraszniejsze przeżycia
Lato 1944. W gospodzie jedzą zupę fasolową, Mathi Schenk z Peterem, kolegą z
wojska. Obaj w mundurach Wehrmachtu. Urwali się z koszar na miasto. Gadają o
tym durniu Felsie i że wczoraj jakimś chłopakom znowu udało się zwiać z
wojska. Mathi nie może uciekać, bo gestapo zagroziło, że wezmą jego ojca na
front wschodni. Jest najmłodszy w 46. Brygadzie Szturmowej, wołają na niego
Bubi. Niedawno skończył 18 lat. Stacjonują pod Bonn. Do brygady wzięli ich
podstępem. Najpierw szukali chętnych do SS, potem ochotników do nowej brygady
szturmowej. Nikt się nie zgłosił. To ogłosili, że potrzebują szoferów
ciężarówek. Chłopacy się pchali. Każdy chciał pojeździć. Mathi był
szczęśliwy, że się dostał. Dali im nowe mundury, okulary ochronne i
przywieźli pod Bonn. Tu przywitał ich porucznik Fels: - Bezczelne świnie, co
się tak wystroiliście jak cyrkowcy, zdjąć te okulary!
O ciężarówkach nie było już mowy.
Oberżysta podkręca radio. Mówią o Führerze, że był zamach, że chyba nie żyje.
W gospodzie robi się cicho. Po ulicy jeżdżą żołnierze na motocyklach. Słychać
rozkazy. Nagle sala pustoszeje. Jedzenie zostaje. Nikt nie płaci. Oberżysta
chowa się za ladę. Mathi z kumplem uciekają tylnymi drzwiami.
W koszarach zamieszanie, wyją syreny. - Czy Hitler nie żyje? - pyta jakiś
żołnierz.
- Zamknąć mordy! Nawet jeśli zostaliśmy całkiem sami, pozostaniemy wierni
naszemu Führerowi. Kto się zawaha, będzie rozstrzelany! - wrzeszczy Fels.
Ustawia warty wokół koszar, a żołnierze się podśmiewają, że przecież jeszcze
broni nie mają.
Karabiny i granaty dostali po kilku dniach. Gotowość. Grała orkiestra.
Pomaszerowali na dworzec. Byli pewni, że jadą do Francji. Cieszyli się, bo
tam łatwiej zwiać. Prowiant na dwa dni i pełno czerwonego wina w 20-litrowych
kanach. Wagony otwarte, na podłodze siano. Wygodnie. Piją, śpiewają. Grają w
karty. Ludzie na polach machają. Na postoju posłali Bubiego na tył pociągu,
żeby załatwił następne 20 l wina. Pociąg był długi, kiedy ruszył, Bubi nie
zdążył do swojego wagonu. Noc przesiedział na schodku między wagonami.
Dlatego, jak o świcie wjechali między małe wioski, tylko on był trzeźwy. Od
razu pomyślał, że to Polska, bo płasko, chaty pod strzechą. Znów zaczęło się
picie. Było gorąco, 1 sierpnia. Leżeli na sianie i wsłuchiwali się w stukot
kół. Nagle zobaczył, jak drewno z desek wagonu dziwnie odpryskuje. Krzyki,
krew. - Ktoś do nas strzela! Pociąg zaczął się cofać. Ranni umierali, pijani
się budzili. - Cholera, na ruski front nas wywieźli. Nawet dowódca kompanii
się zataczał; był niezdolny do walki. Jakieś dzieci prosiły o chleb. Przez
pola biegł żołnierz; miał podarty mundur, twarz umazaną krwią. - W Warszawie
wybuchło powstanie! - krzyczał.
W "Bąkowie"
Lato 2004. 1200 km z Warszawy do Büllingen, małej belgijskiej wioski przy
granicy z Niemcami (po jednej stronie ulicy knajpa belgijska, po drugiej
niemiecka). Okolica malownicza, wiatraki-elektrownie. Mathias Schenk mieszka
w chatce po przodkach z żoną i najmłodszym synem. Chata kryta strzechą.
Dziadkowie nazwali to miejsce "Bąkowem" od roju bąków, które gnieździły się w
starym dębie.
Nad kominkiem Matka Boska Częstochowska. Dar od polskich chłopów z Ochodzy,
którzy w 1945 roku uratowali Mathiasowi życie.
Pojechaliśmy do "Bąkowa", żeby wysłuchać relacji z Powstania Warszawskiego.
Relacji drugiej strony.
Opowiada 78-letni Belg Mathias Schenk, wtedy 18-letni Sturmpionier, (saper
szturmowy - torował drogę esesmanom). Jego pociąg był ostatnim, który 1
sierpnia wjechał do powstańczej Warszawy.
- Tego się nie da tak opowiedzieć... - krzywi się staruszek. - Jak się pali
ciała, to one się poruszają. Słychać odgłosy, jakby jęki. Wtedy myślałem, że
oni naprawdę jeszcze żyją. I te muchy, robaki. Ilu ludzi zostało zabitych w
Warszawie? Chyba ze 350 tys. Tak?
Ordynans kapitana
- Od dziecka chciałem zostać weterynarzem. Mieliśmy gospodarstwo. Kiedy w
1940 roku niemieckie wojsko pojawiło się w naszej wiosce, miałem
14 lat. (Region Eupen-Malmedy to dzisiaj Belgia niemieckojęzyczna. Jako teren
przygraniczny przechodził z rąk do rąk, w 1919 roku został przyznany Belgii
traktatem wersalskim. Hitler po zajęciu Belgii traktował te tereny jak część
Rzeszy). Niektórzy sąsiedzi zaczęli się witać "Heil Hitler!". U nas mówiło
się po staremu "Guten Tag". Patrzyli na nas jak na zdrajców, bo nie
wywiesiliśmy w oknach swastyk. Naziści pytali ojca, dlaczego nie jestem w
Hitlerjugend. Przesłuchiwali rodziców, bo dwaj moi bracia uciekli w głąb
Belgii. Było gestapo, mnie też pytali o braci. Trzeci brat ukrywał się w
okolicy. Złapali go. Wrócił z frontu rosyjskiego ciężko ranny.
Najlepszym moim przyjacielem był kuzyn Daniel, uzdolniony majsterkowicz.
Zrobił nawet potajemnie radio. Skrzynka odbierała tylko BBC. Na słuchaniu
audycji przyłapali nas ojcowie. Dali lanie i rozbili skrzynkę.
Daniela powołali do Wehrmachtu. Został radiotelegrafistą; poległ na Krymie.
Od dziecka znałem drogę przez zieloną granicę. Pomagaliśmy uciekać do Belgii
Żydom z Niemiec, szmuglowaliśmy jedzenie. Ostatni raz szedłem przez nią na
Wielkanoc 1944, już w niemieckim mundurze. Złapali mnie, ale miałem
szczęście, bo służbę pełnił pan Furt, szewc z Losheim. Przed wojną szył nam
buty. Pozwolił uciec.
Wezwanie do obowiązkowej pracy dla Rzeszy dostałem w październiku 1943 roku.
Pierwsze Boże Narodzenie poza domem. Przepustek nie było. W dwudziestu
przeskoczyliśmy płot i poszliśmy na pasterkę. Za karę musieliśmy opróżniać
latryny, biegać po kupie gnoju i śpiewać kolędy.
Pół roku później wzięli mnie do wojska; specjalność saper. Część chłopaków
zwiała. Ja nie mogłem, bo moja rodzina była już na cenzurowanym i grozili, że
wyślą ojca na front wschodni. Na szkoleniu saperskim nie cierpiałem ćwiczeń
wodniackich. Pływać się nie nauczyłem, bo kapitan wziął mnie na ordynansa.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie