Czy wszystkie judenraty byly ogniwami zbrodni?

07.09.04, 21:07
Sława!
Skrzydła rozpostarł szeroko nad nami




Żydzi z łódzkiego getta - zdjęcie z wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi, sierpień
2004
Fot. Tomasz Stańczak / AG




Joanna Szczęsna 27-08-2004 , ostatnia aktualizacja 27-08-2004 19:23

Nie wiemy, jak zginął. Wiemy, jak rządził. Dla części Żydów jest postacią
tragiczną, człowiekiem, który podjął grę z hitlerowcami, by uratować choć
część swoich rodaków za cenę życia pozostałych. Dla Marka Edelmana jest
pomocnikiem kata. Portret Chaima Rumkowskiego, "króla" łódzkiego getta,
przedstawia Joanna Szczęsna

Ze stacji Łódź Radegest 28 sierpnia 1944 r. rusza w kierunku Auschwitz
przedostatni już transport z mieszkańcami od dwu miesięcy ostatecznie
likwidowanego przez hitlerowców getta. W zatłoczonym towarowym wagonie Chaim
Rumkowski, przełożony Starszeństwa Żydów w Łodzi, po raz pierwszy od czasu
objęcia władzy dzieli los swych poddanych.

Czy wierzy, że jadą w głąb Rzeszy, gdzie - jak zapewniali Niemcy, żądając od
niego kolejnych kontyngentów ludzi do wywózki - mają na nich czekać prace
porządkowe w zbombardowanych rejonach i produkcja na rzecz armii? Gdyby tak,
byłby spokojny: komu, jak nie jemu, mistrzowi świata w
dziedzinie "produktywizacji Żydów", powierzono by organizację takiej akcji?
Niemożliwe jednak, by był aż tak naiwny. Musi wiedzieć, że celem jest obóz.
Czy rozmyśla nad tym, jak został przez Niemców oszukany? Zastanawia się nad
sensem prowadzonej z nimi przez pięć lat gry? Nasłuchuje odgłosów
zbliżającego się frontu, skąd mógłby nadejść ratunek?

Z otchłani tego wagonu nie dotarło do nas nic.

Tak naprawdę nie wiemy nawet, jak zginął. To znaczy wiemy za dużo. Jest kilka
różniących się istotnymi szczegółami wersji jego śmierci, a każda niesie inne
przesłanie, zaspokaja inną potrzebę ludzkiej natury.

Najlepsze getto w Polsce

Pod datą 13 września 1940 r. Adam Czerniaków, prezes gminy żydowskiej w
Warszawie, zanotował w dzienniku, że do Łodzi udała się niemiecka delegacja z
gubernatorem Ludwigiem Fischerem. "Czy nie ma to związku z niedawnym pobytem
Rumkowskiego w Warszawie?" - zastanawia się Czerniaków, któremu Rumkowski
złożył wtedy wizytę, chwaląc się, że ma w swoim getcie ministerstwa i budżet
w wysokości półtora miliona marek. Czerniakowa irytowało stawianie mu za wzór
porządków w łódzkim getcie, zwłaszcza że tamtejsi Żydzi - póki było można -
masowo uciekali do Warszawy. "Jest to samochwalec. Zarozumiały i głupi.
Szkodliwy, bo wmawia władzom, że u niego jest dobrze" - notował w czasie
drugiej wizyty Rumkowskiego, w maju 1941 r.

W Warszawie prace prowadzone przez Niemców nad zorganizowaniem zamkniętej
dzielnicy dla Żydów ślimaczyły się miesiącami. Tymczasem getto łódzkie
powstało już w lutym 1940 r. (jako pierwsze na ziemiach polskich).
Prawdopodobne zatem, że - jak podejrzewał Czerniaków - delegacja jedzie do
Łodzi zapoznać się z tamtejszymi doświadczeniami. I może to przypadek, ale
już dwa tygodnie później Fischer podpisuje zarządzenie o utworzeniu getta w
Warszawie.

"Tu w Łodzi zaczął się eksperyment hermetycznego zamknięcia 160 tys. ludzi.
Tu zrobiono pierwszą próbę całkowitej izolacji żydowskiej ludności od świata
zewnętrznego, sąsiadów, źródeł utrzymania. Niemcy na łódzkie getto patrzyli
jak na wzór" (Leon Hurwicz, zapiski z łódzkiego getta). "Podczas zwiedzania
Łodzi przez niemiecką komisję przedstawił on [Rumkowski - red.] getto jak
raj. Miało się to przyczynić do powstania gett w innych miastach Guberni.
Dowiódł on, że eksperyment się powiódł" (Emanuel Ringelblum, "Kronika getta
warszawskiego").

Historyk Icchak Rubin, żarliwy obrońca Rumkowskiego, autor imponującego pod
względem faktograficznym i źródłowym dzieła "Żydzi w Łodzi pod niemiecką
okupacją 1939-1945", opinie tego typu kwituje jako niepoparte dowodami
plotki. Podobnie jak pogłoski, że łódzkie getto odizolowano od reszty miasta
na wniosek Rumkowskiego, gdy oświadczył, że tylko pod takim warunkiem
podejmuje się utrzymać w nim ład i porządek.

Tak czy inaczej Niemcy znaleźli w Rumkowskim zwolennika samej idei getta. U
Ringelbluma czytamy, że głosząc cuda o swoim żydowskim państwie, z jego
policjantami i więzieniem, Rumkowski przechwalał się: "Zobaczycie, za rok,
dwa będę miał najlepsze getto w Polsce". Doktor Edward Reicher, członek tzw.
drugiej Rady Starczej, wspomina, jak Rumkowski oświadczył mu: "To będzie
samodzielne, nowoczesne państwo żydowskie! A pana mianuję ministrem zdrowia.
Zrobię klejnot z getta" ("W ostrym świetle dnia"). Z kolei doktor Izrael
Milejkowski (szef wydziału zdrowia w warszawskim getcie) podczas pierwszego
pobytu Rumkowskiego w Warszawie miał okazję wysłuchać jego - jak to nazwał -
quasi-wykładu o porządkach w łódzkim getcie i wizji getta w ogóle. Entuzjazm
Rumkowskiego przekonującego słuchaczy, że getto to per saldo instytucja
użyteczna, służąca przekształceniu Żydów w ludzi "wydajnych, produktywnych i
kreatywnych", wydał mu się odrażający.

Nim jeszcze getto powstało, Rumkowski zapewniał niemieckich decydentów, iż
będzie ono "kopalnią złota". Swoim współpracownikom mówił: "Posiadam
najlepszą walutę na świecie, lepszą niż dolary (...) - ręce do pracy. Żydzi
będą pracować i z tego będziemy żyć".

Rumkowski przekształcił więc getto w wielką produkcyjną machinę pracującą na
potrzeby Rzeszy i aż do ostatnich chwil jego istnienia lansował
hasło "produktywności" za wszelką cenę. Czy naprawdę wierzył, że Niemcy,
mając z Żydów pożytek, zmienią jeśli nie stosunek, to swoje wobec nich
działania? Czy też był tylko jednym z tych, którzy skorzystali z możliwości
stworzonych przez totalitarny system, by zaspokoić własne ambicje i dorwać
się do władzy, choćby miało to być stanowisko kapo. Bo - jak notował włoski
pisarz, więzień Auschwitz Primo Levi - "u podnóża każdego tronu tłoczą się
ludzie tacy jak Rumkowski, by zagarnąć swoją małą cząstkę władzy".

W każdym razie wszystkie getta były już zlikwidowane, a ich mieszkańcy
wymordowani w Treblince i innych obozach zagłady; trwało tylko getto w Łodzi
i ze swymi 80 tys. mieszkańców wkroczyło w rok 1944.

Dyktatura to nie jest brzydkie słowo

W nocy z 4 na 5 września 1939 r. razem z władzami miasta ewakuował się prezes
gminy żydowskiej. Pięć tygodni później szef Wojennego Zarządu Cywilnego Łodzi
Leister mianował der Älteste der Juden - przełożonym Starszeństwa Żydów -
Chaima Rumkowskiego i poinformował rozwiązany zarząd gminy, że należy mu
okazywać bezwzględne posłuszeństwo.

Chaim Mordechaj Rumkowski, urodzony w 1887 r. w rodzinie kupieckiej na
Wołyniu, do Łodzi, gdzie znalazł pracę jako subiekt, przyjechał w wieku lat
21. Praktycznie bez wykształcenia, posługiwał się głównie jidysz, nigdy nie
nauczył się dobrze ani po polsku, ani po niemiecku. Próbował swych sił jako
fabrykant i kupiec, ale zbankrutował. Pracował jako agent ubezpieczeniowy.
Był działaczem różnych żydowskich instytucji charytatywnych i dyrektorem
sierocińca w Helenówku pod Łodzią (wydawał nawet gazetkę "Sierota"). Był
radnym gminy żydowskiej z ramienia organizacji Syjonistów Ogólnych. Według
opinii partyjnego kolegi Icchaka Gruenbauma (w latach 1919-30 posła na sejm)
Rumkowski był człowiekiem małego formatu i gdyby nie Niemcy, którzy wynieśli
go w górę, nigdy nie wybiłby się na znaną postać. Gruenbaum, później szef MSW
w pierwszym gabinecie państwa Izrael, taką właśnie opinię o Rumkowskim
przekazał Antkowi Cukiermanowi, członkowi Żydowskiej Organizacji Bojowej,
twórcy kibucu im. Bohaterów Gett. Nie była to opinia odosobniona. Bodaj tylko
cytowany Rubin pisał o nim jako o jednym z najwybitniejszych przedstawicieli
żydowskiego mieszczaństwa w Łodzi (a to na podstawie faktu, że "Nasz
Przegląd" opublikował w latach 30. fotografie wybitnych Żydów łódzkich, gdzie
sąsiadowały ze sobą zdjęcia Rumkowskiego i Tuwima).

Obdarzywszy Rumkowskiego niczym nieograniczoną
    • ignorant11 Czy wszystkie judenraty byly ogniwami zbrodni(2) 07.09.04, 21:08
      Sława!
      Skrzydła rozpostarł szeroko nad nami (2)




      Żydzi z łódzkiego getta - zdjęcie z wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi, sierpień
      2004
      Fot. Tomasz Stańczak / AG





      Taką wersję już po wojnie spopularyzował Adolf Rudnicki w opowiadaniu "Kupiec
      łódzki". Taką też wersję odnalazłam w pisanej znacznie później w USA książce
      Leonarda Tushneta o szefach judenratów w Warszawie, Łodzi i Wilnie ("Byli pod
      wrażeniem jego wyprostowanej postawy, śmiałego spojrzenia niebieskich oczu,
      siwych włosów"). Tej malowniczej hipotezie niemal nikt - ani z oskarżycieli,
      ani z obrońców Rumkowskiego - nie był w stanie się oprzeć. Prócz Rubina, który
      z żelazną konsekwencją budując Rumkowskiemu pomnik, stwierdza, że to nie mógł
      być przypadek, bo był on jedyną wśród łódzkich Żydów osobą zdolną do wzięcia na
      swe barki ciężaru odpowiedzialności - kierowania nimi w warunkach katastrofy.

      "Na mocy zarządzenia Pana Komisarza m. Łodzi zostaje Pan mianowany członkiem
      Rady Starszych przy Gminie Wyzn. Żydowskiej m. Łodzi. Przyjęcie mandatu jest
      obowiązkowe. Ch. Rumkowski". List tej treści wysłano do pozostałych w mieście
      działaczy żydowskich. Rada nie zdążyła nawet przystąpić do urzędowania, gdy 11
      listopada 1939 r. na jej posiedzenie wkroczyli Niemcy, aresztowali 29 jej
      członków (wszystkich poza Rumkowskim i dwiema osobami) i osadzili w więzieniu w
      Radogoszczy, skąd tylko dziewiątka uszła z życiem.

      Był to kolejny już akt dramatu. Od momentu przyłączenia do Rzeszy Łódź stała
      się widownią niesłychanych okrucieństw. 1 listopada Niemcy zrobili nalot na
      lokal Astoria, miejsce spotkań żydowskiej inteligencji. Zebranych tam twórców i
      działaczy bito i torturowano, a od rodzin zażądano okupu. 15 losowo wybranych
      osób rozstrzelano. Nie minęły dwa tygodnie, a podpalono cztery główne synagogi,
      przy okazji znęcając się nad naczelnym rabinem Łodzi Segalem. Stało się to w
      nocy z 10 na 11 listopada; dopalające się zgliszcza domów modlitwy mogli
      widzieć zmierzający na zebranie do budynku gminy członkowie pierwszej Rady
      Starszych.

      Póki się dało, to jest póki aresztowanych nie odesłano do obozów
      koncentracyjnych (część, jak się zdaje, rozstrzelano na miejscu), Rumkowski
      zabiegał o ich uwolnienie. Zaraz potem zaczął kompletować drugi skład Rady.
      Szło mu opornie, bo obawiano się, że to wyrok śmierci. On sam nie potrzebował
      Rady ani do dzielenia się władzą, ani do słuchania jej rad. Niemcy chcieli
      jednak, by miał Radę Starszych, więc wyznaczył jej członków.

      Doktor Reicher zeznał po wojnie: "R.[umkowski] wykonywał ślepo wszystkie
      zarządzenia Niemców. Marzył o idealnym kolektywie. Ciągle o tym mówił. Z punktu
      widzenia lekarskiego uważałem go za maniaka. Ja mu nie kadziłem i za to
      krzyczał na mnie i prześladował mnie".

      Nawet obrońcy Rumkowskiego przyznają, że był człowiekiem apodyktycznym, żądnym
      pochlebstw, rozsadzanym ambicjami. Powtarza się relacja, że Rumkowski wyznał
      jednemu ze współpracowników: "Co ty wiesz o władzy? Władza jest słodka, nadaje
      sens życiu. Biada temu, kto zrobi najmniejszą próbę wydarcia mi władzy". Mówił
      o tym również wprost. I tak, gdy do getta wsiedlono Żydów z Europy Zachodniej,
      którzy chcieli wejść do gminy, by ograniczyć jego władzę, zwołał zebranie ich
      przedstawicieli i oświadczył: "Tu, w getcie, ja rozkazuję. Wybiorę sobie
      spośród was tych, co mi będą potrzebni i będą się dla mnie nadawali. Władza
      jest bardzo dobrą rzeczą i nie chce się jej oddać".

      A oto jego mowa wygłoszona podczas pobytu w Warszawie 15 maja 1941 r. do
      mieszkających tam łódzkich Żydów: "Gdy zastanawiałem się, jak pokonać problem,
      wobec którego stanęli Żydzi, doszedłem do wniosku, że praca jest dla nich
      najlepszym z błogosławieństw. Znacie, nieprawdaż, moich pięć podstawowych
      haseł? 1. Praca. 2. Chleb. 3. Pomoc dla chorych. 4. Opieka nad dziećmi. 5.
      Spokój w getcie. (...) Mój Beirat potrafi tylko gadać. Samotnie dźwigam moje
      zadanie i jeśli trzeba, używam siły. Dyktatura nie jest brzydkim słowem. Dzięki
      dyktaturze zdobyłem uznanie Niemców dla mojej pracy. A gdy
      mówią: "Litzmannstadt Ghetto", odpowiadam: "To nie getto, to miasto pracy"...

      Ten opętany wizjoner żydowskiej produktywności chyba rzeczywiście wierzył w to,
      co mówił.

      Uważa się za pomazańca

      Decyzja o utworzeniu łódzkiego getta nosi datę 8 lutego 1940 r. Niespełna trzy
      miesiące później getto było już oddzielone od reszty miasta zasiekami z drutu
      kolczastego. Na powierzchni 4 km kw. najbiedniejszej (pozbawionej kanalizacji i
      pokrytej niską, często drewnianą zabudową) dzielnicy Bałuty (plus kawałek
      dzielnicy staromiejskiej i Marysina) stłoczono 160 tys. osób, w większości bez
      pracy i środków do życia. Był to kolejny już etap żydowskiej golgoty w Łodzi.
      Już w grudniu 1939 r. niemieckie bojówki zmusiły setki Żydów do panicznego
      opuszczania miasta. W marcu 1940 r. uzbrojeni Niemcy napadali na mieszkających
      wciąż poza gettem Żydów, zajmując ich mieszkania i dobytek. Byli zabici i
      ranni.

      "Rumkowski politycznie był amatorem - pisał o nim Rudnicki - najgroźniejszym
      typem amatora, jaki w ogóle istnieje; nigdzie amatorstwo nie pociąga za sobą
      tak straszliwych konsekwencji jak w polityce, nikt nie potrafi zadać światu
      takich ran, jak amator, któremu udało się pochwycić władzę w swoje ręce po to,
      by urządzić świat na nowo, po swojemu, w zarozumiałej pysze, że do tej pory
      rządzony był przez durniów i że on dopiero pokaże".

      Rumkowski szybko zaczął skupiać w swoim ręku coraz większą władzę. Rozbudował
      potężnie gettową biurokrację, powołał do życia tzw. Centralny Sekretariat (z
      siedzibą na Bałuckim Rynku). Z jego pomocą kierował osobiście kolejno
      powoływanymi i likwidowanymi wydziałami, które odpowiadały za każdą sferę życia
      w getcie; w szczytowym momencie pracowało w nich 10 tys. urzędników.
      Zorganizował getto na kształt państwa, w którym nie zabrakło nawet tajnych
      agentów donoszących mu o nastrojach (Rubin na jego obronę podaje, że nie ma
      dowodów, by swą wiedzą dzielił się z Niemcami).

      Ustalał podatki, miał pod kontrolą konfiskaty i przymusowy skup wszelkich dóbr.
      Jednocześnie wprowadzał zasiłki dla bezrobotnych, organizował darmowe kuchnie,
      opiekę nad sierotami, kolonie i wczasy. Nawet najbardziej nieżyczliwi
      podkreślali jego organizacyjny talent i rozmach ("Potrafił w ciągu dwu dni
      otworzyć z niczego stołówkę" - doktor Reicher).

      Praktycznie zlikwidował szmugiel, przez co jego agendy były jedynym
      dystrybutorem żywności (to on więc decydował, komu i jakie przysługują racje
      żywnościowe, komu dać dodatkowe talony).

      Kiedy zawieszono w getcie urząd rabinacki, postanowił wziąć na siebie rolę
      kapłana i udzielać ślubów "legalnych w sensie religii mojżeszowej".

      Przede wszystkim zaś organizował kolejne zakłady produkcyjne (zwane resortami),
      gdzie szyto i naprawiano mundury, robiono obuwie, meble biurowe, kołdry,
      bambosze, urządzenia elektryczne etc. Wspierał go w tych staraniach niemiecki
      zarządca getta Hans Biebow, który miał osobisty interes w jak najdłuższym
      utrzymaniu gettowej produkcji - niezależnie od zysków, jakie czerpał z
      niewolniczej pracy Żydów, był to zarazem glejt zabezpieczający go przed
      wysłaniem na front.

      W listopadzie 1940 r. Rumkowski powołał do życia Archiwum, którego zadaniem
      było gromadzenie i porządkowanie wszelkich gettowych dokumentów. O inicjatywie
      tej wiedzieli Niemcy. Nie jest jasne, czy wiedzieli też, że zespół Archiwum
      przygotowuje również "Biuletyn Kroniki Codziennej". Osobliwy ten dokument nigdy
      nie był rozpowszechniany (choć Poznańskiemu udało się doń zajrzeć i skomentował
      kąśliwie, że nie ma tam nic prócz danych statystycznych i peanów na cześć
      prezesa). Niewykluczone, że jego jedynym czytelnikiem był sam Rumkowski i paru
      gettowych dygnitarzy. Fakt ten zaciążył nad stylem "Kroniki" i odcisnął na niej
      propagandowe piętno.

      Weźmy choćby pierwszy numer (z 12 stycznia 1942 r.): "W godzinach rann
    • ignorant11 Czy wszystkie judenraty byly ogniwami zbrodni(3) 07.09.04, 21:09

    • ignorant11 Czy wszystkie judenraty byly ogniwami zbrodni(4) 07.09.04, 21:10
      Skrzydła rozpostarł szeroko nad nami (4)




      Żydzi z łódzkiego getta - zdjęcie z wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi, sierpień
      2004
      Fot. Tomasz Stańczak / AG





      Z beznamiętnym stylem "Kroniki" kontrastują ocalałe wspomnienia (z relacji
      kobiety pisanej w formie listu do synka: "Wiem, że żydowskiej policji nie oddam
      cię, ani katowi Rumkowskiemu. Są protekcje w getcie, policja, kierownicy
      resortów i inni. Szczęśliwie udało mi się cię schować. Jak wyglądało odbieranie
      dzieci od matek, jest nie do opisania. Nawet za Nerona nie mogło być gorzej").

      W domach, na podwórkach, ulicach rozgrywały się dantejskie sceny. Ludzie w
      rozpaczy próbowali ukrywać dzieci, bili się z policją, oblegali biuro
      ewidencji, by fałszować wiek najbliższych.

      Zofia L. miała wtedy dziewięć lat. Pamięta, że leżała na łóżku za szafą, matka
      zasłoniła ją, kiedy wszedł policjant. Jej zdaniem musiał ją zauważyć, ale udał,
      że nie widzi. Była jedynym dzieckiem w rodzinie, toteż cała rodzina
      zaangażowała się w jej ratowanie. Następnego dnia wuj, który pracował dla
      gminy, uzyskał dla niej zwolnienie od deportacji i zaprowadził na ulicę
      Łagiewnicką 37, gdzie zgromadzono dzieci i rodziców gettowych dygnitarzy oraz
      Służby Porządkowej. Kilka dni później na wszelki wypadek miała już nową metrykę
      i poszła do pracy.

      Czy uważa, że swoje ocalenie zawdzięcza protekcji Rumkowskiego? - W mojej
      rodzinie uważano go za zwykłego bandytę - odpowiada.

      Chętnie ratował młode dziewczynki

      W niemal wszystkich wspomnieniach o Rumkowskich uporczywie powtarza się
      oskarżenie, że jeszcze przed wojną podejrzewany był o seksualne molestowanie
      powierzonych jego opiece sierot. Zwykle jednak ograniczone do ogólników ("Na
      jego temat krążyły różne brzydkie plotki, ale jawnie nic mu nie
      zarzucano", "Miał złą sławę jako prezes Helenówka"). Jedyny konkret to zeznanie
      doktora Reichera, wenerologa: "Odbiła się w Łodzi głośnym echem sprawa R.
      [umkowskiego] z rodzicami dziesięcioletniej dziewczynki. Ja leczyłem to
      dziecko, które było zarażone przez R.[umkowskiego]" (zeznanie w ŻIH).

      Powtarza się również opinia, że jako przełożony Starszeństwa Żydów nadal
      uprawiał swój proceder. „Zawsze chętnie »ratował « młode i ładne dziewczynki.
      On się z tym nie krył, a wręcz w poczuciu bezkarności afiszował i chwalił
      swoimi podbojami” - wspominał Leon Hurwicz. Antek Cukierman wiosną 1940 r.
      spotkał w Warszawie Rywkę Glanc, sekretarkę łódzkiej gminy. „Czując, że nie
      zdoła oprzeć się nagabywaniom i pogróżkom Rumkowskiego, uciekła stamtąd. Był
      chorym człowiekiem albo zboczeńcem - pisze Cukierman. - Wiedziano o tym jeszcze
      przed wojną”.

      Do niedawna jednak wszystko rozgrywało się w sferze niedomówień, a obrońcy
      Rumkowskiego odtrącali wszelkie zarzuty jako pomówienia. Wyłom w sprawie
      uczyniła Lucille Eichengreen (z domu Cecille Landau, sekretarka jednego z
      kronikarzy getta) w książce "Rumkowski i jego sieroty". Przedstawia tam, jak na
      przemian grożąc i obiecując lepsze warunki, zmuszał ją do czynności
      seksualnych. Podobnie jak jej koleżankę z pracy, którą molestował jeszcze w
      sierocińcu.

      Proszę pana do gazu

      "Nieprzyjemny incydent" - tak "Kronika" pod datą 16 czerwca 1944 r.
      zatytułowała informację o pobiciu Rumkowskiego przez Hansa Biebowa. Była
      godzina piąta po południu. Podekscytowany Biebow wpadł do biura na Bałuckim
      Rynku, kazał wszystkim urzędnikom opuścić pomieszczenie, zamknął drzwi od
      wewnątrz i rzucił się na Rumkowskiego. Poturbował go tak, że zabrano go do
      szpitala.

      O co poszło? Autorzy "Kroniki" wydarzenie to łączą ze spotkaniem, jakie
      poprzedniego dnia miał Rumkowski z szefami łódzkiego gestapo. Zażądano tam od
      niego, by przygotował kolejne kontyngenty (mowa była o 3 tys. osób tygodniowo)
      na - jak powiedziano - roboty do Niemiec. Biebow miał się ponoć mścić na
      Rumkowskim, że rzecz odbywała się za jego plecami.

      Z zachowanych dokumentów wynika, że w sprawie "być albo nie być" łódzkiego
      getta do ostatniej chwili trwały jakieś przepychanki. 9 czerwca 1944 r.
      gauleiter Kraju Warty Arthur Greiser wysłał Himmlerowi tajny telefonogram, że
      zainteresowany produkcją getta minister ds. przemysłu wojennego Rzeszy Albert
      Speer żąda szczegółowych danych: liczba zatrudnionych, czas pracy, tygodniowa
      produkcja w poszczególnych resortach. Greiser obawiał się, że akcja ta może
      pokrzyżować zarządzenie Himmlera dotyczące ewakuacji, to jest de facto
      likwidacji pozostałych jeszcze skupisk Żydów.

      Kiedy stało się jasne, że getto musi złożyć kolejną daninę z ludzi, urzędnicy
      komisji wysiedleńczej zaczęli przygotowywać listy do wywózek. Od 23 czerwca do
      14 lipca 1944 r. odjechało dziesięć transportów (zapisy w "Kronice" dowodzą, że
      Rumkowski miał jeszcze kontrolę nad sytuacją: przy każdym transporcie podano
      liczbę osób i nazwisko towarzyszącego deportowanym lekarza). Kiedy transporty
      wstrzymano, Rumkowski oświadczył, że to jego zasługa, że on to wynegocjował. W
      getcie zapanowała radość, obcy ludzie rzucali się sobie na szyję na ulicach.

      Dziś wiadomo, że była to tylko krótka przerwa. Niemcy zlikwidowali bowiem obóz
      śmierci w Chełmnie z obawy, że dowody zbrodni mogą wpaść w ręce zbliżających
      się Rosjan.

      Ostatni zapis w "Kronice" datowany jest na niedzielę 30 lipca. Mówi o pogodzie
      ("Do 28 stopni Celsjusza, słonecznie, gorąco"), populacji getta ("Śmierci -
      jedna, narodziny - brak, samobójstwo - jedno; razem ludności - 68 tys. 561"),
      zaopatrzeniu ("Dziś przywieziono tylko: 7160 kg kartofli, 46 210 kg kapusty, 13
      790 kg kalarepy. Żadnej innej żywności nie ma. Jeśli jutro nie przywiozą mąki -
      sytuacja stanie się krytyczna"). I jeszcze: "Pan Prezes miał różne spotkania. W
      getcie panuje spokój i porządek". Na tym urywa się "Kronika getta łódzkiego".

      Decyzja o ostatecznej likwidacji łódzkiego getta zapadła w sierpniu 1944 r.
      Mówiło się zresztą nie o wysiedleniu, ale o ewakuacji w głąb Rzeszy. Rumkowski
      namawiał do posłuchu wobec władz niemieckich (4 sierpnia). Oświadczył, że nie
      dopuści, by Niemcy sami brali ludzi do wyjazdu, bo powtórzą się wypadki z
      września 1942 r. (6 sierpnia). Apelował raz za razem do ludności, by stawiała
      się dobrowolnie do wywózki (ostatnie obwieszczenie nosi datę 22 sierpnia).

      Do końca nie chciał wypuścić steru z ręki, co skrupulatnie odnotowywał w swoim
      dzienniku Jakub Poznański. „Prezes nie chce nam dać obiecanej żelaznej racji
      [żywności], uważając, że lepiej trzymać samemu wszystko w garści i dawać
      społeczeństwu, kiedy on będzie głodny (...) - Pomimo zbliżającego się końca, a
      może właśnie dlatego, wydał Prezes wczoraj talony dla kierowników resortów i
      wydziałów. (...) On sądzi, że to ci panowie uratują go przed sądem po wojnie, a
      zapomina, że i oni wraz z nim staną przed sądem za wspólne przestępstwa wobec
      społeczeństwa żydowskiego. (...) Gdy mu na to delegacja robotników zwróciła
      uwagę, odpowiedział: »Nie bałem się was dotychczas, nie boję się i teraz «”.

      W sierpniu jednak nie słuchano już jego apeli. Getto ogarnął chaos, za gettowe
      pieniądze nic nie można było dostać, zaczęła się grabież, policja nie radziła
      sobie z porządkiem, ludzie chowali się przed wywózkami. Co prawda wciąż
      pracowały niektóre resorty, komisja wysiedleńcza robiła listy, a tym, których
      na nich umieszczano, cofano kartki żywnościowe, by zmusić ich do stawienia się
      w punktach zbiórki, Niemcy i tak brali, kogo chcieli, nie obowiązywały żadne
      listy ani glejty.

      W poniedziałek 28 sierpnia przyszła kolej na resort papierniczy. "Jadą podobno
      do Wiednia - pisał Poznański, pracownik tego resortu, który zdecydował się
      ukryć wraz z rodziną. - Podróż odbędą w towarzystwie Rumkowskiego, który został
      pozbawiony godności przełożonego Starszeństwa Żydów".

      Tego dnia Hans Biebow osobiście zatwierdzał, kto jest zwolniony (miało zostać
      kilkaset osób do uporządkowania getta). Włąc
    • ignorant11 Czy wszystkie judenraty byly ogniwami zbrodni(5) 07.09.04, 21:11
      Skrzydła rozpostarł szeroko nad nami (5)




      Żydzi z łódzkiego getta - zdjęcie z wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi, sierpień
      2004
      Fot. Tomasz Stańczak / AG





      To, co dzieje się dalej, znamy z relacji Poznańskiego, który zastanawiając
      się, "co skłoniło władze niemieckie do likwidacji Prezesa i jego kliki",
      przypuszcza, że "w grę wchodzą przyczyny natury osobistej" i "obawa przed
      odkryciem nadużyć".

      Biebow osobiście odwozi Rumkowskiego na stację. Dla niego, rodziny,
      najbliższych współpracowników wyznacza oddzielny wagon (pewnie stąd plotki, że
      odjechał salonką). Żegna się. Serdecznie (pewnie stąd pogłoska, że zaopatrzył
      go w glejt bezpieczeństwa). A kiedy opuszcza dworzec, niemieccy policjanci
      dopychają do wagonu kilkadziesiąt osób.

      Potem Rumkowski mignął już tylko komuś na rampie w Auschwitz.

      Często powtarza się relacja, że razem ze wszystkimi poszedł od razu do selekcji
      i znalazł się po tej stronie, która prowadziła do komory. Równie często - że
      rozwścieczeni mieszkańcy getta wrzucili go żywcem do krematoryjnego pieca.
      Pomiędzy nimi rozciąga się cała gama wersji pośrednich. Podobnie jak jego życie
      zmitologizowana została również jego śmierć.

      "Znajdzie się może ze dwustu mieszkańców Bałut, którzy przeżyli w Oświęcimiu
      trzy ostatnie miesiące oraz wszystkie te lata, które upłynęły od tamtego czasu
      do dnia dzisiejszego. Powiedzmy, że napisaliśmy do nich do Ameryki albo Ameryki
      Południowej lub dokądkolwiek. (...) Zdumiewające doprawdy, ile odpowiedzi byśmy
      otrzymali, a też ilu z nich powiedziałoby, że Starszy zginął tam, w obozie
      zagłady.

      Wersje są przeróżne. Według jednej do Oświęcimia pojechał jeszcze jeden,
      dodatkowy transport - Żydów, którzy ukryli się gdzieś w dzielnicy - i nim
      właśnie przyjechał Starszy. Inna z kolei mówi, że Chaim został tam przewieziony
      specjalnym samochodem dowództwa, sam jeden. Wielu z tych, co mieszkali na
      Bałutach, wierzy, że otrzymał list od wysokiego rangą oficera, który miał mu
      gwarantować specjalne prawa w obozie. Lecz gdy tylko list otwarto, stanął pod
      ścianą i został rozstrzelany. Są też Żydzi, według których Starszy miał dalej
      zachowywać się jak kiedyś w getcie - przechadzając się dostojnie w czarnych
      wysokich butach, o lasce, wydając rozkazy - a wszystko jedynie ku uciesze kapo
      i strażników. Są też tacy, co mogą przysiąc, że widzieli Starszego, jak ze
      szczytu wzgórza wołał »hop, hop, hop «, gdy u jego stóp maszerowali mieszkańcy
      Bałut: na koniec sam przyłączył się do idących, by zniknąć w domu śmierci. A
      oto jeszcze jedna opowieść. Chaim usiłuje zniknąć, schować się, stać się
      niewidzialnym. Przemyka się chyłkiem w przebraniu. Jednak tłum mieszkańców
      Bałut - niektórzy powiadają, że członkowie Judenratu - rozpoznaje go i katuje
      na śmierć. Plotki! Domysły! Pogłoski! Dla Żydów z Oświęcimia myśl, że mógłby
      zginąć gdzie indziej, jest po prostu nie do zniesienia”.

      Tak kończy "król żydowski" u Leslie Epsteina. Ta groteskowa, tragikomiczna,
      pełna humoru i rozpaczy powieść z Rumkowskim jako głównym bohaterem (nazywa się
      tam I.C. Trumpelman) budzi podziw znajomością faktów, realiów, klimatu. Jej
      konwencja pozwala autorowi dorzucić jeszcze jedną szaloną hipotezę: Starszy
      łódzkich Żydów w ogóle nie opuścił Bałut, mieszka tam po dziś dzień, a
      przynajmniej kołacze się tam jego duch.

      Urodzony i wychowany w Los Angeles w rodzinie związanej z biznesem filmowym
      (jego ojciec i stryj to scenarzyści filmu "Casablanca") Epstein całe życie
      spędził w Ameryce. W bałuckim królestwie Chaima Rumkowskiego urodziłam się i
      wychowałam ja. Nigdy nie było tam jego śladów i nie kołatał się jego duch.
      Niestety, w społecznej pamięci nie istniało też łódzkie getto. Dopiero po
      przeczytaniu w końcu lat 60. "Kupca łódzkiego" Rudnickiego uświadomiłam sobie,
      że mieszkam na gigantycznym cmentarzysku po zaginionej społeczności łódzkich
      Żydów. Dopiero teraz, po przeczytaniu kilkuset stron "Kroniki", wiem, że całe
      dzieciństwo deptałam Rumkowskiemu po piętach.

      Znam miejsca, gdzie przemawiał (plac Strażacki, Dom Kultury na Krawieckiej), a
      Rynek Bałucki, gdzie urzędował, podobnie jak dla niego, tak i dla mnie był
      centrum świata. Tam bawiłam się między straganami, tam mieścił się sklepik U
      Paczesnej, gdzie topiłam kieszonkowe na lizaki i oranżadę w proszku, oraz kino
      Świt, gdzie doznawałam pierwszych filmowych wtajemniczeń. W szpitalu na
      Łagiewnickiej, gdzie mieszkał, mieściła się moja rejonowa przychodnia zdrowia.
      Na Marysin, gdzie wizytował kolonie dla dzieci i wczasy dla urzędników,
      biegałam puszczać latawce i piec ziemniaki. A "czerwony domek", w którym
      mieściła się niemiecka policja kryminalna, to była plebania mego parafialnego
      kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny - chodziłam tam
      na lekcje religii.

      W królestwie Rumkowskiego znam niemal każdy kamień. Na żadnym z tych kamieni
      nikt nigdy nie napisał: "Tu mieszkali, rodzili się i umierali Żydzi".

      Przed sądem historii

      Realizowana z przerażającą konsekwencją przez Rumkowskiego idea, by ratować
      getto poprzez wytężoną pracę na rzecz Niemców, od początku budziła opory wśród
      samej społeczności Żydów. Żadna z istniejących w łódzkim getcie partii nie
      chciała z nim współpracować, żadna nie wzięła udziału w robieniu list do
      wywózek. W getcie działała konspiracja, produkowano bibułę, przeciw
      Rumkowskiemu burzyli się pracujący za głodowe racje żywności robotnicy,
      wybuchały strajki i demonstracje, wzywano do sabotowania pracy lansując
      hasło "PP", czyli pracuj powoli. Niechęć, nawet nienawiść do niego
      odreagowywano w piosenkach, satyrycznych wierszach, paszkwilach.

      Na obchody przypadającej właśnie 60. rocznicy likwidacji łódzkiego getta mają
      zjechać z całego świata ci, którzy ocaleli. Jest ich wciąż niemało i nawet
      między nimi nie ma zgody, czy Rumkowski to ich zbawca, czy przeciwnie - tyran,
      który własnymi rękami pozbawił ich bliskich.

      "Nie podzielam poglądu, że to dzięki jego wysiłkom Niemcy uznali przydatność
      getta i dzięki temu przeżyło według różnych szacunków od 12 do 15 tys. Żydów
      łódzkich (Encyklopedia Holocaustu podaje: od 5 do 7 tys. Żydów). Opierając się
      na tej logice rozumowania, należałoby przypisać tę zasługę Biebowowi" - pisał
      wspominany tu już Henryk Francuz.

      - Jestem przekonana, że gdyby nie Rumkowski, nie ocalałoby tylu łódzkich Żydów -
      powiedziała mi Halina Elczewska, która poznała go, gdy ten udzielał jej
      ślubu. - Nie zgadzam się, że to kolaborant. To dla mnie postać tragiczna,
      człowiek, który uważając, że warto poświęcić tysiąc istnień dla uratowania 50
      tys., podjął się gry z Niemcami.

      "Racjonalizując politykę Rumkowskiego, nie dokonuję, rzecz jasna, oceny
      moralnej jego postawy - tłumaczył Arnold Mostowicz. - Nie wiem zresztą, jakie
      kryteria można tu stosować, skoro te, którymi szczyciła się ludzkość, zostały
      wytrute w komorach gazowych".

      Sam Rumkowski miał świadomość, że będzie musiał po wojnie bronić swej polityki.
      Oświadczył, że jest spokojny, jeśli chodzi o werdykt historii.

      Historyk Raul Hilberg w książce o polityce III Rzeszy wobec Żydów stawia
      pytanie: "Co Żydzi powinni i co mogli zrobić wobec ostatecznego rozwiązania?".
      I odpowiada, że ich los był przesądzony. Co oczywiście nie zawiesza prób
      indywidualnej oceny poszczególnych Judenratów. Hanna Arendt w "Eichmannie w
      Jerozolimie", potępiając działalność judenratów en général, też dostrzegała
      różnicę między postawami poszczególnych ich szefów: "Doskonale pamiętamy -
      pisała - twarze żydowskich przywódców, poczynając od Rumkowskiego, zwanego
      Chaimem I, który wprowadził do obiegu banknoty noszące jego podpis oraz znaczki
      pocztowe ze swoją podobizną (...), kończąc na garstce tych, którzy popełnili
      samobójstwo, jak Czerniaków".

      Dla potępienia postawy Rumkowskiego przytaczane są słowa rabina Mosze ben
      Majmona, żyjącego w XII w. w Kordobie: „Jeżeli
    • ignorant11 Czy wszystkie judenraty byly ogniwami zbrodni(6) 07.09.04, 21:11
      Skrzydła rozpostarł szeroko nad nami (6)




      Żydzi z łódzkiego getta - zdjęcie z wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi, sierpień
      2004
      Fot. Tomasz Stańczak / AG





      Nad rozmiarami jego odpowiedzialności przeprowadzono setki dyskusji (w marcu
      1968 r. zajęto się jego osobą, bo świetnie nadawał się na bohatera
      antysemickich tekstów; dziś w kontekście jedwabińskiej zbrodni pisze o nim
      Jerzy Robert Nowak jako o przedstawicielu "żydowskiej hańby domowej").

      Dla Primo Leviego jest Rumkowski koronnym dowodem, że ofiary też ulegają
      deprawacji. Jednak Levi cofa się przed kategorycznym osądem, umieszcza go "w
      szarej sferze sumienia" między kategorycznym dobrem a kategorycznym złem.

      Dla Romana Zimanda jednoznaczne potępienie Rumkowskiego i jego idei obrony
      substancji narodowej za wszelką cenę mogłoby wyjść tylko z ust kogoś, kto
      przeżył identyczną sytuację, został postawiony wobec równie przerażających
      wyborów ("Można nie lubić ideologii substancji narodowej choćby za to, że jest
      ona ideologią pełnej i bezwarunkowej kapitulacji (...), jednak w społecznej
      ocenie Rumkowskiego istotną rolę odgrywają osobiste cechy tego niezbyt
      zrównoważonego starca").

      Dla Mariana Turskiego, który w getcie łódzkim działał w komunistycznym
      podziemiu, Rumkowski był wtedy znienawidzonym przedstawicielem klasy
      ciemiężycieli, który rozdziela przywileje swoim protegowanym, podczas gdy
      zwykli ludzie umierają z głodu.

      - My nie wiedzieliśmy, co się dzieje poza naszym gettem, ta marksistowska wizja
      była nazbyt uproszczona - mówi dziś Turski. - Później porównanie z innymi
      gettami, konfrontacja ze źródłami historycznymi zmusiły mnie do zmiany opinii.
      Wymagało to ode mnie jednak wielkiego wysiłku, nie tylko intelektualnego.

      Dla Icchaka Rubina natomiast jest Rumkowski bohaterem: "W odizolowanym od
      świata, całkowicie osamotnionym getcie łódzkim żadnej innej polityki oprócz
      tej, którą prowadził, nie można było prowadzić. Obowiązki, które człowiek ten z
      własnego wyboru, z poczucia obowiązku wziął na siebie, spełnił bardzo dobrze. W
      panteonie naszej czci dla męczenników żydowskich epoki hitleryzmu powinno się
      znaleźć poczesne miejsce dla Chaima Rumkowskiego".

      Icchak Rubin opatrzył swoje dzieło historyczne poruszającą dedykacją dla matki
      Sznajdli Rubinowej, zamordowanej w 1942 r. w Chełmnie. I jeszcze bardziej
      poruszającym mottem:

      "Ten los Żydom zgotował świat, gojski świat! I niechaj żaden, ani z tych, co to
      umożliwili, ani z tych, co mordowali i pomagali mordercom, ani z tych, którzy
      skorzystali na tym, ani z tych, którzy nie zauważyli (...), niechaj nikt z nich
      nie umywa od tego rąk, niech potwierdzi tylko, że ma je nieczyste".

      Marek Edelman nie ma wątpliwości: - Nie interesuje mnie, czy Rumkowski
      prowadził jakąś grę z Niemcami, czy był tylko krwiożerczym psychopatą, który
      dorobił sobie do tego ideologię: że Żydzi, aby przetrwać, muszą się
      podporządkować i pracować bez wytchnienia, że mają sami organizować transporty,
      a wtedy nie będzie łapanek i strzelaniny na ulicach. Dla mnie Rumkowski był
      pomocnikiem kata. To dzięki niemu Hans Biebow nie musiał mobilizować
      niemieckich żołnierzy, wszystko miał podane na tacy. To bzdura, że przetrwało
      tylu łódzkich Żydów, bo Rumkowski zorganizował getto jako obóz pracy dla
      Niemców. W Warszawie też szopy produkowały tysiące mundurów dla niemieckiej
      armii, a w którymś momencie Niemcy powiedzieli "stop".

      - W Łodzi powiedzieli "stop" za późno, zbliżał się front, transporty nie
      zdążyły odjechać do obozów zagłady... - mówię.

      - Nawet z Wielkiej Akcji likwidacji getta w Warszawie ocalało wielu Żydów. We
      wrześniu 1942 r. ostatni transport - może nawet kilka ostatnich - nie pojechał
      do Treblinki, a do Auschwitz. Część ludzi przeżyła. I czyja to zasługa?



      Korzystałam m.in. z "Kroniki getta łódzkiego", monografii Icchaka Henryka
      Rubina "Żydzi w Łodzi pod okupacją niemiecką 1939-1945", antologii dokumentów i
      wspomnień "Lodz Ghetto. Inside the Community under Siege", wyboru z Oskara
      Singera "Przemierzając szybkim krokiem getto... Reportaże i eseje z łódzkiego
      getta", prac Juliana Baranowskiego "Łódzkie getto 1940-1944" i Marka
      Budziarka "Łódź. Lodsch. Litzmannstadt. Wycinki z życia mieszkańców okupowanego
      miasta", artykułu Pawła Spodenkiewicza w "Tyglu Kultury" - "38 przemówień
      Prezesa".

      Przemówienie Rumkowskiego z 4.09.42 cytuję za Rafael F. Scharf "Co mnie i Tobie
      Polsko. Eseje bez uprzedzeń".

      Dziękuję Monice Polit, pracowniczce Centrum Badań nad Zagładą Żydów, autorce
      pracy magisterskiej o kronikarzach getta, której uprzejmości zawdzięczam wiele
      informacji i która służyła mi swoją znajomością jidysz. Dziękuję Markowi
      Edelmanowi za tłumaczenie mi z jidysz piosenek z getta łódzkiego oraz wspomnień
      Leona Hurwicza




      Joanna Szczęsna
Pełna wersja